Zapomniana rocznica

Zapomniana rocznica

Zbliża się koniec roku, podczas którego naobchodziliśmy się i najubileuszowaliśmy pod dostatkiem. Z historycznych, spektakularnych okazji do wspominków pozostało nam już bodaj tylko stulecie śmierci Franciszka Józefa I, ale o tym najlepiej napisze Leszek Mazan. Mnie żal tylko, że minęła w niepamięci okrągła, 250. rocznica śmierci kawalera Jeana-François Lefèbvre de La Barre – zdarzenia niezwykle po dziś dzień pouczającego. Wiek XVIII, a szczególnie jego druga połowa, to we Francji okres oświecenia, czyli w największym skrócie walki o racjonalistyczną wizję świata. Jednym z jego aspektów było wolnomyślicielstwo prowadzące nieuchronnie do swoistego antyklerykalizmu. Miał on wymiar społeczno-polityczny, ale również ludyczno-libertyński, szczególnie drażniący kruchtę. W 1764 r. Ludwik XV, ongiś jeden z największych rozpustników naszej epoki, jest już schorowany, zgorzkniały i ster nawy państwowej wypada mu z rąk. Nikt nie wie, czego się trzymać. Tu i ówdzie coraz częściej dochodzi do różnorakich ekscesów, m.in. w Abbeville sprofanowana zostaje święta figura. Rzecz stała się w nocy, bez świadków, toteż śledztwo idzie opieszale i właściwie jest pewne, że nie da rezultatów. Wtedy jednak do prokuratora miejskiego Jeana-Clémenta Hecqueta zgłasza się niejaki Étienne Mature – fechmistrz prowadzący szkołę szermierki dla miejscowej złotej młodzieży. Donosi, że słyszał, jak jeden z jego uczniów, La Barre, przechwalał się przed kolegami, że nie zdjął kapelusza, gdy mijała go procesja z najświętszym sakramentem. Niby nie ma to nic wspólnego z pobrudzeniem posągu, ale upewnić się zawsze warto. Już po paru dniach dowiaduje się ambitny prokurator, jakoby słyszano La Barre’a wyśpiewującego wysoce nieprzystojne piosenki. Nadal piernik nie ma nic do wiatraka, ale w oczach prokuratora bigota zaczyna już się malować obraz groźnego, 19-letniego libertyna. A takich, wiadomo, stać na wszelkie nieprawości. Wykryć je i stłumić zło w zarodku byłoby świadectwem godnej nagrody urzędniczej czujności i gorliwości. Wszystko zostaje więc połączone i dochodzą oczywiście coraz to nowe zarzuty.

Rodzina La Barre w pierwszej chwili zupełnie lekceważy prokuratorskie fantazje. Kiedy jednak zaczyna się przebąkiwać o torturach, podczas których z każdego wydobędzie się wszystko, co w konsekwencji przynieść może karę śmierci, wpada w panikę. Do króla dotrzeć niełatwo, zresztą ma on inne sprawy na głowie. Zwraca się więc do Kościoła. Miłosierni hierarchowie wiedzą oczywiście, że jedynym jako tako udowodnionym czynem jest w całym napuszonym oskarżeniu tylko owo nieszczęsne niezdjęcie czapki przed procesją, za które skazanie na śmierć 19-letniego chłopaka byłoby karą niewspółmierną do winy. Z drugiej strony wiedzą również, ile trudu i ambicji włożył przedstawiciel wysokiej sprawiedliwości w skomponowanie miażdżącego aktu. Kwestionowanie litery oskarżenia mogłoby go więc ośmieszyć, a co gorsza – istnieje w każdym razie taka ewentualność – nie spodobać się na wyższych szczeblach władzy. Należy więc rzecz bardzo starannie rozważyć.

Biskup Amiens – diecezji, w której leży Abbeville, ekscelencja de La Motte nie znosi oczywiście libertynów, ale przeciwko La Barre’owi osobiście nic nie ma. Problem w tym, że ma właśnie w planie budowę sieci szkół katolickich, do czego niezbędne są fundusze królewskie. Wygłosi więc ogólne kazanie, bez popadania w szczegóły, a tym bardziej cytowania jakichkolwiek faktów czy nazwisk, o miłości bliźniego, w którym zawrze aluzję, że nieuniknioność pośmiertnego sądu bożego może niekiedy wpływać łagodząco na sprawiedliwość doczesną. Jego przyszły następca, na razie sufragan, bp Machault, widzi to nieco inaczej i opowiada się za surowością ziemską, którą potem skorygują ewentualnie sądy niebieskie. Biskup Lille, bo na skutek starań La Barre’ów sprawa zatacza coraz szersze kręgi, zajmuje stanowisko formalne: Kościół może współczuć, wszelako rzecz podlega jurysdykcji nie kościelnej, ale królewskiej, toteż nie ma podstaw do żadnej interwencji. Inni jeszcze słudzy boży (skąd my to znamy) wypowiadają się nieco bardziej po tej czy tamtej stronie, ogólnie jednak panuje solidarne przekonanie, że w momencie, w którym król nam sprzyja (a nie zawsze tak bywało), lepiej oddać co prokuratorskie prokuratorowi.

1 lipca 1766 r. wstępuje młodziutki La Barre na stopnie szafotu. Na szyi umieszczono mu napis: „Niegodny bluźnierca, odrażający i potworny świętokradca”. Chciałby zapewne coś powiedzieć, ale po torturach nie bardzo jest w stanie, poza tym dosyć już się naskarżył i usiłował przekonywać, jak niegodnie go się traktuje.

Jak to dobrze, że u nas Kościół nie musi stawać przed tak tragicznymi dylematami. Żeby dać popis kazuistyki, wystarczy mu już sprawa ekshumacji ofiar katastrofy lotniczej. Nikt od niej jeszcze nie umarł, a jeśli chodzi o krzywdę i poniżanie uczuć ludzkich, to do czego służyłaby woda, gdyby nie można było jej nabrać w usta?

Wydanie: 48/2016

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy