Odwieczne myśli

Prawo i obyczaje

Na gmachu dawnego Towarzystwa Dobroczynności przy Krakowskim Przedmieściu 62 w Warszawie widnieje stara, lecz ciągle aktualna sentencja: Res sacra miser (Nieszczęśliwy jest rzeczą świętą). W epoce nieznajomości łaciny słowa te są dla szerokiego ogółu ludzi współczesnych zupełnie niezrozumiałe. A są to słowa wielkie. Ludzkość zawdzięcza je Lucjuszowi Anneuszowi Senece, filozofowi rzymskiemu, żyjącemu jak wiadomo w czasach Nerona, a więc 20 wieków temu.
Dziś nie ma warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności, ale idea miłosierdzia jest nadal żywa w sercach ludzi, którzy nie ulegli pokusie bogacenia się za wszelką cenę kosztem nowego, postkomunistycznego proletariatu. Działalność filantropijną prowadzi przede wszystkim Kościół oraz organizacje pozarządowe. W porównaniu jednak z dawnymi czasy, w których miłosierdzie stanowiło cnotę dość powszechną, w nowym ustroju mało jest ludzi bogatych wspierających bliźnich żyjących w skrajnej biedzie. W społeczeństwie coraz bardziej egoistycznym, nastawionym na zbijanie fortun, altruizm wychodzi z mody. Ludzie niezaradni, chorzy i zaniedbani uważani są przez neoliberałów za bezwartościowy element, którym nie warto się zajmować, bo przyszłość należy, ich zdaniem, do ludzi silnych, przedsiębiorczych, budujących kapitalizm.
Przeciętni obywatele wręcz z nienawiścią odnoszą się do jednostek cierpiących na tzw. wstydliwe choroby, zwłaszcza na AIDS. Ludzie o wielkich sercach i umysłach, jak Marek Kotański czy ks. Arkadiusz Nowak, to postacie wyjątkowe, niemające naśladowców równie wielkiej miary.
Pewien udział w kształtowaniu negatywnych postaw wobec osób uważanych za „wykolejeńców” ma niestety Kościół katolicki, piętnujący takie zjawiska jak prostytucja i homoseksualizm. Według „Katechizmu Kościoła Katolickiego”, prostytucja jest zawsze grzechem ciężkim. Nędza, szantaż i presja społeczna mogą jedynie „zmniejszyć odpowiedzialność za winę”. Kobieta, która nawet z biedy oddaje się prostytucji, jest winna, bo znieważa swoje ciało, „świątynię Ducha Świętego” (sic!). Odwołując się do Pisma Świętego, Kościół uważa również homoseksualizm za „poważne zepsucie”. Nic dziwnego, że praktykujący katolicy mają do homoseksualistów stosunek wrogi, mimo iż katechizm nakazuje traktować te osoby „z szacunkiem, współczuciem i delikatnością”.
Prawo do godnego życia ludzi słabych było uznaną wartością w europejskiej kulturze od czasów bardzo dawnych. Perykles, twórca demokracji ateńskiej (500-429 p.n.e.) ostrzegał w słynnej mowie na cześć żołnierzy poległych w pierwszym roku wojny peloponeskiej, że wykroczyć przeciw niepisanym prawom, które biorą w opiekę upośledzonych, znaczy ściągnąć na siebie powszechną niesławę. Odmienny pogląd sofisty Kalliklesa był w historii odosobniony aż do czasu, gdy doszedł do głosu w hitlerowskich Niemczech. Ludzie niedołężni, chorzy umysłowo i starcy uznani zostali przez nazistów za niepotrzebny balast, którego należało się w narodzie czystym rasowo pozbyć.
Niektórym ludziom obecnej, postkomunistycznej formacji nie jest obca myśl, że prawa do życia nie mają jednostki słabe, które są ciężarem dla młodej, zdrowej generacji. Oto np. w „Tygodniku Powszechnym” z 1.09.br. opublikowany został list czytelnika, który wytyka osobom w podeszłym wieku, że „biegają po doktorach różnych specjalizacji, wysiadują przed gabinetami lekarskimi, domagając się kosztownych badań i niepotrzebnie przedłużają swe życie dzięki kosztownemu rozwojowi medycyny”. Robią to tylko po to, żeby „w jakiś sadystyczny sposób” być utrapieniem dla młodszych pokoleń. Redakcja „TP” zbyła ten niehumanitarny list kompletnym milczeniem.
W publicystyce współczesnej trwa niezwykle ostra kampania na rzecz drakońskiego karania jednostek, które popadają w kolizję z prawem karnym. Trudno się temu dziwić, skoro groźna przestępczość osiągnęła rozmiary dawno niespotykane w naszym kraju. Gniew społeczny musi mieć jednak granice. Zwolennicy surowej represji często zapominają, że nawet najgroźniejsi przestępcy nie mogą być wyzuci z wszelkich praw, a w szczególności pozbawieni prawa do sprawiedliwego sądu.
W czasie gdy piastowałem urząd rzecznika praw obywatelskich (1992-1996) mówiłem wielokrotnie, że prawa obywatelskie przysługują wszystkim, nawet jednostkom odrażającym, brudnym i złym. Niestety, był to głos wołającego na puszczy. Od tamtego czasu niechęć wobec „złych” jeszcze się nasiliła.
A.L. Seneka uczył przed wiekami, że moralność społeczeństwa polepsza się dzięki wstrzemięźliwemu wymierzaniu kar. Przekonywał, że „tłumy grzeszników oswajają ludzi z grzechem i mniej ciąży piętno, które nosi rzesza skazańców, a surowość, będąca najskuteczniejszym środkiem zaradczym, traci znaczenie wskutek swej częstotliwości” („De clementia” I 22.2-3). Społeczeństwo niedojrzałe do zrozumienia tych prawd skłonne jest do sięgania po ekstremalne środki, takie jak zabijanie zbrodniarzy bez sądów. Za pierwszy sygnał tego rodzaju dewiacji uważam niedawny tekst znanej felietonistki, która opowiedziała się półserio za zlinczowaniem gwałciciela dziewczynki. Gdy usłyszała, że sprawca gwałtu przebywa w szpitalu w wyniku postrzelenia podczas ucieczki, „pomyślała od razu, że trzeba tam podjechać na chwilkę i załatwić sprawę od ręki. Może zrobią to lekarze?”. Prawa człowieka należą się ludziom, stwierdziła autorka, sugerując, że gwałciciel człowiekiem nie jest.
Nasi przodkowie nie odmawiali prawa do sądu nawet największym hitlerowskim zbrodniarzom. Powojenne społeczeństwo odnosiło się do tak wymierzanej sprawiedliwości na ogół ze zrozumieniem. A dzisiaj? Pewna pani powiedziała wprost, że gdyby to od niej zależało, to zboczonego złoczyńcę kazałaby wykastrować („Przegląd” 9.09.br.). Stąd już tylko krok do przywrócenia tortur.
Zapewne oburza też niektórych ludzi fakt, że ranny gwałciciel znalazł się w szpitalu. Czy zasłużył na pomoc lekarską? Tu warto znowu zacytować myśl wyrażoną przez Senekę: „Niektóre dobra przeznaczone są dla wszystkich. Medycyna przychodzi z pomocą nawet zbrodniarzom; nikt nie tai recept na skuteczne lekarstwa, aby nie leczyli się niegodziwcy” („De beneficiis” IV 28.4).
Mądry Seneka ostrzegał przed bezkrytycznym uleganiem opinii publicznej. Nic nas nie wikła w większe zło, mówił, niźli uznawanie za najlepsze tego, co spotkało się z wielką aprobatą. Należy żyć podług zasad rozumu, a nie naśladownictwa („De vita beata” 1.4). W demokracji jest inaczej. Bardziej od opinii światłych ludzi liczy się głos gminu. Wszechwładna opinia publiczna zmusza prawodawcę do ciągłego zaostrzania kar i do odchodzenia od resocjalizacji, która jest najbardziej cywilizowanym sposobem zwalczania zjawiska powrotu do przestępstw. Lud łaknie surowych kar. Nie rozumie, że obecny wzrost przestępczości ma swe źródła w patologicznym układzie stosunków społecznych okresu transformacji ustrojowej. W referendum na temat kary śmierci uzyskaliby dziś zapewne przewagę jej zwolennicy, a prawodawca przyznałby im rację, uznając głos ludu za głos Boga (vox populi vox dei). Demokratyczny parlament z istoty swej jest bowiem zakładnikiem opinii publicznej.

 

 

Wydanie: 40/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy