Wioska

Wioska

Filmy wybieramy przypadkowo. I każdy z nas może coś zaproponować. Wiadomo tylko, że seans musi się odbyć w poniedziałek wieczorem albo nocą. Jeśli ktoś myśli, że w poniedziałki po godz. 20 w kinie Nowe Horyzonty są puchy, to nie docenia fantazji kinomanów. W poniedziałki w nocy atmosfera jest festiwalowa, nikt nie rozsiewa popcornu i wszyscy się lubią. Sale są względnie wypełnione. Jest sporo samotników, którzy nie chcą iść wcześnie spać. Przychodzą też pary, czasem spotykają się dopiero tu, w ustalonym rzędzie. Są grupki znajomych, którzy potem pójdą na kieliszek wina i ploty do ostatniej otwartej knajpy w okolicy. Do tej kategorii należy nasz mały klub filmowy – nieformalny kolektyw dyskutantów – wymiennych, czasem przypadkowych. To wielbiciele filmów albo rozbitkowie, którzy mieli zły dzień, tydzień, miesiąc. Bo się wyprowadzili, z kimś rozstali, pokłócili i chcą być z ludźmi, a perspektywa wspólnego wieczoru pomaga przełknąć gorzki poniedziałek.

Niektóre seanse są naprawdę późne – zaczynają się przed samą 22 i kończą tuż przed północą. Latem jest łatwiej, bo knajpiane ogródki jeszcze nas przyjmują. Czasem nawet po oficjalnym zamknięciu udaje się zamówić piwo i paluszki. Już nikomu się nie chce wymieniać popielniczek ani ścierać ze stołów plam po coli i hummusie, więc zdarza się, że ktoś przejmuje funkcje gospodarskie i przesypuje kiepy na zgrabne górki przy innych stolikach.

Właściwie tworzymy małą wioskę, w której każdy ma swoją funkcję, ale może w każdej chwili wyjść z roli, zmienić ją lub zrezygnować. W grupie jest reżyserka, która na nasze zachwyty na początku filmu („Charlotte! Kocham ją”!) reaguje rozsądnie: „Dajcie jej zagrać!”. Albo wybucha śmiechem: „Ha, ha! Jak retrospektywa z Polski, to w sepii!”. Jest psycholożka, o którą można się oprzeć, która coś poradzi na druzgotki poniedziałku. Jest autorka bloga kulinarnego, u której można zlądować, kiedy naprawdę zamkną wszystkie knajpy – ona umie zrobić zupę z gwoździa i zawsze ma w lodówce jakiś chleb bananowy albo pastę z warzyw. I jest sarkastyczny kompozytor, który w razie popadnięcia w egzaltacje wieczoru gasi nas jednym spojrzeniem i przywraca odpowiednie proporcje emocjom. Jest domorosła medyczka, słodka lekomanka, ona ma zawsze przy sobie to, czego akurat potrzebujemy, kiedy placek nam stanie na żołądku albo głowa rozboli, bo ktoś nie zadba o podkładkę pod lane jasne. Albo straci umiar w upalną letnią noc, kiedy wszystko wydaje się uchodzić na sucho.

No więc dzielimy się skillami jak w jakiejś hipisowskiej piosence o wspólnym domu i życiu bez forsy. Szczerze mówiąc, brakuje nam tylko baristy i barmana, dlatego permanentnie postulujemy poszerzanie grupy, bo rząd dusz może być podwójny, jak rząd w kinie. A nabór do klubu nigdy się nie kończy.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 31/2018, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Tagi: kino, przyjaźń

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy