Zobaczyć Neapol

WIECZORY Z PATARAFKĄ

Neapol jest bardzo daleko. Do 27 godzin autokarowej podróży do Rzymu trzeba jeszcze dodać niemal 250 km na południe. Mało kto tam dociera z północy. Neapol to znany i uznany symbol piękna, ponoć takiego, że po jego zobaczeniu pozostaje już tylko umrzeć. Ale ja wcześniej wiedziałem, że to zabawne nieporozumienie – przysłowie dotyczyło całkiem czegoś innego. Mianowicie, jak w każdym mieście portowym roiło się tam i zapewne roi do dzisiaj od “niepruderyjnych panienek”, roznoszących śmiertelną w nie tak znów dawnych czasach chorobę – syfilis. Więc to dziewczyny były tak piękne, że nie można się było im oprzeć, no a w konsekwencji się umierało.
Inni zresztą prawią o jakichś jeszcze chorobach, ale to wszystko było bardzo dawno temu.
Dzisiejszy Neapol również ma niedobrą sławę, jest to ponoć miasto niebezpieczne, zapełnione gangsterami, mafiozami i złodziejaszkami wszelkiego autoramentu. Ja z niczym takim się nie spotkałem, a nawet przeciwnie – właściciel baru, w którym żona zostawiła żakiet, gonił nas po ulicy, żeby nam odnieść zgubę. Stary Neapol to plątanina wąziuteńkich uliczek, rozwieszonego w nich różnorakiego prania, mnóstwa sklepików, kościołów, z których zrobiono doły na odpadki, ogłuszającego łoskotu wszystkiego, co się rusza na kołach i równie hałaśliwego zachowania pieszych. Bardziej niż nogi rozbolały nas uszy. Typowo lewantyńskie miasto, stu ras i stu kultur. Ale także wspaniałych zamków i pałaców, sławnego oceanarium, gigantycznych hoteli, światowej renomy muzeów i świątyń.
Miasto spiętrza się nad zatoką, pośrodku której, na małej wysepce połączonej z lądem, stoi stary zamek – Castel dell’Ovo, czyli jajka, na którym rzekomo postawił go Wergiliusz, poczytywany tam za proroka i czarodzieja. Jajko trwa do dzisiaj; jeżeli pęknie, Neapol zginie. Przewodnik Pascala żywo zapewnia, że zamku się nie zwiedza, ale łże, jak w innych przypadkach. Owszem, dotarliśmy na sam szczyt, a nie była to krótka wędrówka. Miejsce zresztą magiczne i niesamowite, nagie, ogromne ściany, a u stóp skały i rozbijające się na nich morze. Zakamarki i strzelnice, jakieś tajemne przejścia, wszystko obliczone na zaciekłą obronę. Trochę podobne do rzymskiego Zamku Anioła, który nigdy nie został zdobyty. A na szczytowym tarasie widok, który uzasadnia zmodyfikowane przysłowie o Neapolu jako symbolu piękna. Widziałem już w życiu podobne widoki – w Monaco, na Wyspach Kanaryjskich czy też leżącej na równiku Fernando Po. Ale chyba nic się nie może równać z Zatoką Neapolitańską z masywem Wezuwiusza od południa, wysokimi wzgórzami bramującymi pnące się w górę miasto, łańcuchem omglonych wysp – od Capri po Ischię, przejrzystością wody i błękitem nieba.
To po prostu nie mogło być rzeczywiste.
Po ujrzeniu czegoś takiego już nie zwiedzaliśmy zamków ani kościołów, odpuściliśmy sobie także muzea – a w jednym z nich jest przesławna mozaika, na której pod Issos walczą ze sobą perski Dariusz i Aleksander Wielki. Objechaliśmy straszliwie zatłoczonym autobusem pół miasta i ruszyliśmy, już niemal na czworakach, ku stacji. Miasto jest bardzo rozległe, port chyba jeszcze większy, ruch i tłok zarówno na lądzie, jak i na wodzie przeogromny.
Cóż, porównywałem Neapol do nieładnej, ale i pięknej zarazem kobiety (Jak to wyrazić? Krzywe nogi i piękne oczy, czy może odwrotnie?) ubranej w fantastycznie piękną suknię. Ale to wszystko nie tak, nie tak. Nie ośmielam się przecież powiedzieć, że naprawdę Neapol widziałem, liznąłem go tylko odrobinę, wiem, że są w nim prawdziwe cuda, że tuż obok są Pompeje, Herculanum, Amalfi, Sorrento, że Neapol to tylko centrum o wiele większej i rozleglejszej aglomeracji, że jego mieszkańcy to Grecy, Normanowie, Hiszpanie, że to stolica królestwa “obojga Sycylii”, że nie tylko Wergiliusz, ale także Boccacio, wielka historia Hochenstaufów, Andegawenów, Burbonów, a każda dynastia zostawiła po sobie królewskie rezydencje. Zamęt i krew, a wszystko odrobinę podobne do Łodzi – gdyby w Łodzi rosły palmy i szumiała Zatoka Neapolitańska.

Wydanie: 19/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy