Wojna europejska

Zaczyna się oto w Polsce nowa wojna. Będziemy ją mieli przez czas dłuższy. Jest to wojna europejska. Jej bojową surmą jest na razie dziki wrzask – zdrada! hańba! zaprzaństwo! targowica! – jakim prawica polska powitała wracającą z Brukseli polską delegację rządową, która nolens volens podpisała tam kompromisowy projekt konstytucji europejskiej.
Ale to przecież dopiero początek. W dalszym ciągu, pewnie po wyborach, Giertych postawi premiera Belkę, a chyba także ministra Cimoszewicza, przed Trybunałem Stanu. A potem będzie referendum w sprawie przyjęcia unijnej konstytucji. A potem, czego wcale nie można wykluczyć, jeśli rządy w Polsce obejmą PiS, LPR, Platforma etc., będzie wielka debata, czy i jak mamy z Unii Europejskiej wystąpić.
Przeciągnie się to na lata.
I bardzo dobrze, bo tylko taka wojna jest zdolna przeorać polską świadomość, wprowadzić ją wreszcie do XXI w. albo też – czego przecież nie można wykluczyć – cofnąć definitywnie do zaścianka.
Zagrajmy bowiem w otwarte karty. Prawica polska być może nie ma zbyt tęgiej głowy, ale ma instynkt. I on właśnie podpowiada jej słusznie, że im bardziej rzetelna, głęboka i otwarta będzie integracja Polski z krajami zachodu Europy, tym bardziej chwiejne i rozmazane będą się stawać same podstawy obecnych ruchów prawicowych w Polsce.
Przede wszystkim ich nacjonalizm. Nie znaczy to, aby w krajach unijnych nie wybuchały ruchy nacjonalistyczne – Le Pen, Haider, Fortuyn – ale traktowane są one jak wstydliwe pryszcze, które szybko należy leczyć, nawet taką metodą jak unijny bojkot Austrii, gdy ta wpuściła do swego rządu nacjonalistów. Podstawy nacjonalizmu staną się także niejasne, gdy, jak słusznie zauważyła to w trakcie dyskusji w Fundacji Batorego Lena Kolarska-Bobińska, stopniowo zacznie się zacierać granica pomiędzy tym, co zewnętrzne, a tym, co wewnętrzne, a więc przepisy prawa unijnego wejdą do naszych urzędów, mieszkańcy regionów przygranicznych poczują się zaś bardziej związani gospodarczo i cywilizacyjnie ze swoimi zagranicznymi sąsiadami niż z rodakami z innych regionów Polski. Nacjonalizm więdnie, gdy podział między „swoim” a „obcym” staje się nieostry i dwuznaczny. A przecież tak dziać się będzie u nas chociażby na skutek zniknięcia granic i paszportów, wspólnego, europejskiego rynku pracy, wymiany młodzieży i studentów.
Innego charakteru nabierze też polska religijność, wypadając stopniowo z arsenału narzędzi politycznych prawicy. Jest to kwestia długiego procesu, trzeba bowiem pamiętać, że Polska jest krajem, przez który nigdy – inaczej niż we Francji lub w Niemczech – nie przeszła fala reformacji, a więc nie było tu też nigdy istotnej debaty religijnej, to prawda, że często także krwawej. Ale krwawy był przecież także nabożny pomysł pana Longinusa Podbipięty, który modlił się żarliwie do Matki Boskiej, aby za jednym zamachem miecza pozwoliła mu ściąć trzy tatarskie głowy.
Nasz obecny katolicyzm formował się na gruncie kontrreformacyjnym, w aurze „przedmurza chrześcijaństwa”, stąd też wzruszające wyznanie ministra Cimoszewicza ( „Trybuna”, 22.06.br.), że „jestem bezradny, nie potrafię tego wyjaśnić, bo nie potrafię zrozumieć zachowania niektórych naszych partnerów europejskich” (w kwestii preambuły, oczywiście). Wystarczyłoby jednak pomyśleć, że ci partnerzy nie byli nigdy żadnym „przedmurzem”, jedni z nich przybijali na drzwiach katedry reformatorskie tezy, drudzy oddzielili surowo Kościół od państwa i skonfiskowali dobra kościelne, których nawet restauracja nie odważyła się zwrócić Kościołowi, jeszcze inni zaś, z Garibaldim, oblegali Watykan. Byłoby doprawdy dziwne, gdyby te kraje wpisywały do świeckiego dokumentu, jakim jest konstytucja europejska, religijne inwokacje, skoro uporały się z kwestią rozdziału Kościoła i państwa już 200 lat temu.
Wystarczy już tego, aby zrozumieć, dlaczego wojna europejska jest tak nieuchronna, a jej wywołanie jest w tak oczywisty sposób dla polskiej prawicy koniecznością, podsuwaną przez prosty instynkt samozachowawczy. Nie znaczy to oczywiście, że w krajach Unii Europejskiej brakuje autentycznej prawicy, opartej głównie na procesie globalizacji i ideologii neoliberalnej. Jest ona piekielnie niebezpieczna, ale jest laicka, kosmopolityczna, racjonalna, a więc zupełnie inna niż nasza.
Tak samo dokładnie jak zupełnie inna i do niczego w świecie niepodobna jest obecnie nasza oficjalna lewica. Rządzi nią instynkt samozniszczenia. Objawia się on także w obecnej wojnie europejskiej.
Nie ulega bowiem kwestii, że integracja europejska jest dla lewicy wielką szansą, także polityczną i światopoglądową. Równocześnie jednak, jak wiemy, przedmiotem najgorętszych starań lewicowego rządu jest nie tylko owa nieszczęsna preambuła, nad której obecną formą wylewają łzy Józef Oleksy, Włodzimierz Cimoszewicz, Jerzy Jaskiernia, a nawet sam pan prezydent, lecz także system głosowania w Unii. Chodzi nam bowiem o zbudowanie takiego mechanizmu, który pozwoliłby Polsce na blokowanie postanowień unijnych, a w każdym razie na ich opóźnianie. Pomijając już kwestię, że taka broń jest zawsze obosieczna, nie świadczy to zbyt dobrze o naszej chęci lojalnej współpracy z krajami, które – powiedzmy to otwarcie – są od nas nie tylko bogatsze, z czego radzi jesteśmy skorzystać, lecz także mądrzejsze i bardziej demokratyczne. I do których dołączenie stanowiło do niedawna szczyt naszych marzeń.
Obecnie Polska, trwając przy swoich uporach, ma najniższy poziom stosunków politycznych z Niemcami i Francją, a także z resztą Europy. Budowane co jakiś czas iluzoryczne sojusze, a to z Hiszpanią, a to z Włochami, rozpadają się przy pierwszym podmuchu rzeczywistości. W dodatku zaś nie znajdujemy żadnego zrozumienia ani oparcia także w grupie krajów nowo przyjętych, a więc podobnie jak my słabszych i teoretycznie zagrożonych tą samą dominacją państw silnych, której my się obawiamy. Ale Praga, Budapeszt, Lublana czy Wilno nie tylko nie widzą w nas swego lidera, ale wręcz patrzą jak na dziwoląga.
Jest to dorobek zasmucający. Wskazuje on na kompletny zanik instynktu samozachowawczego po stronie polskiej lewicy, dla której integracja europejska jest szansą. Na normalne, świeckie państwo. Na pozbycie się ksenofobii i nacjonalizmu, z którym to bagażem nie mamy czego szukać w Europie i świecie, różnokolorowym, różnoreligijnym, różnokulturowym. Na rozsądne wyplątanie się z wojny w Iraku. Na społeczeństwo obywatelskie, które w dodatku, w Europie zwłaszcza, wyrosło na gruncie państwa opiekuńczego, łączącego szybki rozwój ze sprawiedliwością społeczną.
Zbliża się nieuchronnie polska wojna europejska. Ale lewicowe bastiony obrońców integracji europejskiej wydają się dziwnie opustoszałe.

Wydanie: 27/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy