Wspomnienie Świtezi

Wspomnienie Świtezi

Nikt chyba o tym nie pamiętał, a przecież minęło

200 lat. W Wilnie pod koniec czerwca 1822 r. ukazał się debiutancki tomik Adama Mickiewicza. Zatytułowany „Poezji tom I”, zawierał „Ballady i romanse”, i jest do dziś (choćby nawet z przesadą) uznawany za początek polskiego romantyzmu. Wtedy jednak – pisze w „Encyklopedii Mickiewiczowskiej” Dorota Siwicka – „najwięcej kupować [go] mieli służący i pokojowe, w salonach zaś wiersze wzbudzały śmiech i oburzenie”. Jan Śniadecki, największa intelektualna sława Wilna, wyszydził kiedyś przy Mickiewiczu jego wiersze, ten zaś „blady i drżący opuścił bez pożegnania salon”.

Napisałem w tytule „wspomnienie” nie dlatego, rzecz jasna, bym pamiętał te czasy. Pamiętam bowiem co innego: najpierw lata mojej szkoły podstawowej. Przerabiana na lekcjach ballada „Świteź” tak mnie zachwyciła, że nauczyłem się jej na pamięć i kiedyś recytowałem ją wieczorem, wracając z jakiejś wycieczki. A potem pamiętam przygodę ze „Świtezią” sprzed półwiecza. Jako student trzeciego roku wysłuchałem w Krakowie odczytu Kazimierza Wyki.

Sala naszego polonistycznego „Gołębnika” była pełna, a wśród publiczności zasiadł kwiat profesury. Widzę ich dziś jak na fotografii. Na katedrze Wyka ze słynnymi krzaczastymi brwiami, w pierwszym rzędzie siwy prof. Mieczysław Piszczkowski, dalej niewielkiego wzrostu prof. Tadeusz Ulewicz i jedyna w tym gronie kobieta, prof. Maria Dłuska. A także mój promotor, doc. Tomasz Weiss. 50-letni prof. Henryk Markiewicz wstaje, zadaje Wyce pytanie i przeprasza, że pyta jako pierwszy, skoro jest w tym gronie najmłodszy…

Dawne czasy. Odczyt „Ballady i romanse po 150 latach” wygłaszał Wyka w swoim zwykłym gawędziarskim stylu. I po kolei odmawiał wielkości poszczególnym balladom, uzasadniając, że się zestarzały. Trochę mi było przykro, ale wywodom wielkiego uczonego dałem się przekonać, natomiast czekałem, czy powie coś o „Świtezi”. Powiedział. Uznał, że akurat ta ballada się broni, że do dziś zachowała świeżość, że jest w niej kawał dobrej poezji, trafiającej także do współczesnego czytelnika. Odetchnąłem. Pomyślałem, że w sprawie literatury mam może coś do powiedzenia.

Ale przeżyłem też – nieco później – przygodę z realnym jeziorem Świteź. Jako młody pracownik naukowy często jeździłem na staże do Związku Radzieckiego. Mądrzejsi ode mnie koledzy poloniści pukali się w czoło, udawali się bowiem do Francji czy Portugalii, ja jednak uparcie jeździłem do ZSRR, bo szukałem tam ruskiego płuca dawnej, przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Za pierwszym razem wyjechałem do Kijowa i zdążyłem jeszcze poprosić o konsultacje Jarosława Iwaszkiewicza. Za drugim razem udałem się do Wilna, wspominając, jak kiedyś na wykładzie właśnie prof. Wyka rysował na tablicy drogę do „celi Konrada”. Za trzecim razem znalazłem się w Mińsku i wpadłem w ramiona tamtejszego białorutenisty i mickiewiczologa, prof. Olega Łojki. Był on członkiem radzieckiej partii, ale wiedział i rozumiał wszystko. Od razu się zaprzyjaźniliśmy. Razem z nim i z białoruskim pisarzem Wiaczesławem Adamczykiem udaliśmy się na Święto Poezji do Nowogródka.

Był rok 1988, trwała już, i wciąż się rozpędzała, Gorbaczowowska pierestrojka. Patrzyłem na Górę Zamkową, na ruiny zamku Mendoga, na farę Witoldową i odrestaurowany dworek Mickiewiczów, a przecież w tym uroczo smętnym Nowogródku nic nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, jak ujrzane zaraz potem nieodległe jezioro Świteź. Jechaliśmy do niego jakiś czas przez ostępy „Płużyn ciemnego boru” i gdy stanęliśmy u celu, zobaczyłem jezioro jak z ballady – jakby nie tknęły go czasy radzieckie, jakby czas się zatrzymał, a od młodości Mickiewicza nic się nie zmieniło. Nie było tu ludzi, panowała cisza. Czyżby nikt Świtezi nie odwiedzał? Nie była dla Białorusinów ważna?

Było zupełnie inaczej. W Nowogródku na Święcie Poezji wystąpił starszy już mężczyzna, nędznie ubrany, o grubo ciosanej twarzy i sękatych, spracowanych dłoniach. Poszeptano mi do ucha, że to były łagiernik, tutejszy Żyd, nazywający się Samson Perłowicz. Monotonnie, z charakterystyczną wschodnią intonacją, która chwilami brzmiała jak skarga, recytował swój wiersz, a w każdej strofie, zawsze w tym samym miejscu, powtarzał się zaśpiew: „Swiciaź, maja Swiciaź…” Słuchałem jak zaczarowany. Jezioro Swiciaź było miłością tego człowieka.

Od tego czasu minęły 34 lata. Od odczytu Kazimierza Wyki – równe półwiecze. Nie ma już moich profesorów. A na Białorusi – czy goszczono by mnie z tą samą, co kiedyś, serdecznością?

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 28/2022

Kategorie: Andrzej Romanowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy