Linie podziału

Linie podziału

W chwili gdy to piszę, zespół do spraw aborcji powołany przez Koalicję Obywatelską nie przedstawił jeszcze wspólnego stanowiska tego ugrupowania. Ścierają się tam trzy postawy: referendum w sprawie legalizacji aborcji do 12. tygodnia ciąży, powrót do tzw. kompromisu aborcyjnego z 1993 r. oraz – mające ponoć największe poparcie – pójście za wzorem niemieckim. A wzór ten zakłada zakaz aborcji, jednak z dwoma wyjątkami: gdy ciąża zagraża zdrowiu/życiu kobiety lub gdy jest wynikiem przestępstwa, przy czym aborcja do 12. tygodnia jest i tak możliwa, o ile poprzedziły ją konsultacje medyczne i psychologiczne.

Praktyka niemiecka jest obarczona wadą dwulicowości. Gdyby jednak takie okazało się stanowisko Koalicji Obywatelskiej, byłby to krok naprzód – spóźniony, lecz lepiej późno niż wcale. Alternatywą jest przecież piekło kobiet, piekło kalekich dzieci, praktyczny koniec badań prenatalnych (bo czemu miałyby teraz służyć?), uniemożliwienie leczenia dziecka jeszcze w łonie matki (bo jak to robić bez badań prenatalnych?), a wreszcie drastyczny spadek liczby ciąż (bo po co ryzykować?) i masowe emigracje (bo tu nie da się żyć). Już teraz mamy w Polsce ujemny przyrost naturalny.

Programy innych partii wyglądają bardziej klarownie niż nawet ten – hipotetyczny – program KO. Hipotetyczny – bo już teraz krakowski poseł Platformy Ireneusz Raś ostrzega: „Jeżeli moja partia powiedziałaby, że aborcja na życzenie jest OK, to mnie w tej partii nie będzie”. Tak oto, mimo tylu starań, Platforma jest wciąż „trochę w ciąży”. Tymczasem najszybciej określił się Szymon Hołownia, optujący za (skądinąd wyklinanym przez Kościół) referendum. Natomiast powrotu do „kompromisu aborcyjnego” chce PSL – proponuje nawet wpisanie go do konstytucji. A przecież nie ma dziś w Polsce problemu o większej społecznej nośności niż stosunek do legalności aborcji. Te nowe linie podziału wymagają – od wszystkich – nowego samookreślenia. Oraz jasnej odpowiedzi: jestem przeciw czy może jednak za PiS?

Tylko stanowisko ugrupowań lewicowych jest dziś przejrzyste do bólu i ucieleśnia ideę państwa dla wszystkich. „Dość pseudokompromisów! – krzyczą działacze lewicy. – Skrajności to zakaz aborcji i nakaz aborcji!”. Lewica nie podnosi nawet sprawy referendum – i słusznie, nie ma powodu wprowadzać do naszej demokracji, wystarczająco już rozchwianej, elementów demokracji bezpośredniej. To parlamentarzyści mają stanowić prawo i nie powinni ze swej roli abdykować. Zresztą łatwo sobie wyobrazić pytania referendalne typu: „Czy jesteś za zabijaniem człowieka?”. Przypuszczam, że takie referendum nawet Kościół by poparł.

Na razie wszakże nie ma szans na referendum, tak jak nie ma szans na zmianę czegokolwiek. Ale jedno można zrobić: nadać słowom właściwy sens. Już przed laty Kinga Dunin pisała, że na widok spadającego z dębu żołędzia będziemy kiedyś wołać: „O, dąb poczęty!”. Dziś prof. Jan Widacki upomina się w PRZEGLĄDZIE o zastąpienie terminów dziecko poczęte czy dziecko nienarodzone terminem płód. W rzeczywistości jednak nie tylko słów, ale i całych zwrotów przejętych zwykle wprost z mowy kościelnej jest u nas tak dużo, że czas wydać im walkę. Należą do nich określenia typu „aborcja na życzenie” czy „aborcja jest OK”, którymi tak łatwo szermuje się na prawicy. To prawda, że w ten prowokacyjny sposób określają czasem kobiety własną postawę, jednak ciąża jest dla nich zawsze doświadczeniem i przeżyciem, a jej przerwanie nigdy nie jest OK – nawet wtedy, gdy potem odczuwa się ulgę. Terminem do zakwestionowania jest także samo słowo aborcja. W czasach mojej młodości nie było znane – mówiło się: przerwanie ciąży, a lekarze używali (używają?) pojęcia terminacja ciąży. Termin aborcja jest wygodny, bo krótki, lecz zarazem – jako słowo obce – jakoś groźny, trochę tak jak słowo gender. Oczywiście aborcja już się zadomowiła w polszczyźnie, lecz to jeszcze nie powód, by terminu tego używać bezrefleksyjnie. W czasach gdy PiS mówi o „repolonizacji mediów”, pozwalam sobie apelować o repolonizację polszczyzny.

Piszę to wszystko – chcę to wyraźnie podkreślić – nie PRZECIW katolicyzmowi, lecz JAKO katolik. Oczywiście wiem, że za takie poglądy arcybiskupi Gądecki i Jędraszewski najchętniej by mnie wyrzucili z Kościoła, ale ja sam nie mam zamiaru się wyrzucić, nawet mogę poddać się klątwie, świadom i tego, że „nie ma zbawienia poza Kościołem”. W moim sumieniu jestem jednak spokojny: przecież między mną a nauczaniem Kościoła nie ma różnic. Dla mnie przerwanie ciąży też jest zabiciem człowieka – nie dlatego, bym chciał nazywać człowiekiem zygotę, lecz dlatego, że to od zygoty rozpoczyna się cykl biologiczny, na końcu którego znajduje się urodzony człowiek. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy do katolickiej aksjologii przyłożymy system prawny świeckiego państwa. Bowiem – ile razy trzeba to powtarzać – nie ma w Polsce NAKAZU aborcji. Katolik stający przed moralnym dylematem niech rozstrzyga go we własnym sumieniu, ale niech nie sięga po to, co Sobór Watykański II wykluczył – po brachium saeculare (ramię władzy świeckiej). Katolicy – jeżeli swą wiarę traktują poważnie – powinni kroczyć w jednym szeregu ze Strajkiem Kobiet. Powinni to robić w imię miłości bliźniego.

Co powiedziawszy, mam tylko jedną prośbę do lewicy. Niech w waszym słusznym programie zawrze się obowiązek konsultacji medyczno-psychologicznej przed przerwaniem ciąży. Czyli niech będzie jak w Niemczech. Ale też inaczej niż w Niemczech, bo prostolinijnie. Niech będzie w Polsce inaczej niż w Niemczech, bo BEZ ZAKAZU ABORCJI.

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 8/2021

Kategorie: Andrzej Romanowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy