Tag "polski Kościół"
I nie wódź nas w nieskończoność
Od kilku lat biskupi mówią o powołaniu komisji ds. pedofilii, ale robią wszystko, by nie powstała
„Kiedy powstanie zapowiadana komisja do zbadania przypadków wykorzystywania seksualnego nieletnich przez osoby duchowne?”, zapytałem ks. Leszka Gęsiaka, rzecznika prasowego Konferencji Episkopatu Polski.
„Szanowny Panie Redaktorze, dziękujemy za przesłane pytanie. Niestety Ksiądz Rzecznik przebywa obecnie na urlopie. Z wyrazami szacunku”, odpisało biuro prasowe KEP. Oczywiste jest, że ks. Gęsiakowi należy się zasłużony odpoczynek, ale rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ma przecież podwładnych – pracowników biura prasowego, które, jak napisano na stronie KEP, „kontaktuje się z mediami i prezentuje stanowisko zajmowane przez Konferencję Episkopatu Polski w sprawach ważnych dla życia Kościoła”. Biuro prasowe KEP podlega bezpośrednio sekretarzowi generalnemu, bp. Markowi Marczakowi, członkowi wąskiego grona prezydium KEP. Wystarczyło go zapytać.
Pracownicy biura prasowego mogli też zasięgnąć języka u abp. Tadeusza Wojdy, przewodniczącego KEP, jego zastępcy abp. Józefa Kupnego lub prymasa Polski Wojciecha Polaka. Raczej nie jest prawdopodobne, aby najbardziej decyzyjni hierarchowie Kościoła w Polsce byli jednocześnie na urlopach. Zdaje się jednak, że właśnie o to chodziło – tak mi odpowiedzieć, abym się odczepił i nie drążył niewygodnego tematu.
Kłamstwo ma krótkie nogi
Sprawa powołania rzeczonej komisji jest bowiem kompromitująca dla biskupów. W marcu 2023 r. po obradach KEP pasterze Kościoła poinformowali, że „w trosce o dobro ofiar” powstanie specjalna komisja ds. „zbadania problemu wykorzystania seksualnego małoletnich przez niektórych duchownych”.
W czerwcu 2023 r., podczas kolejnego zebrania KEP, w Lidzbarku Warmińskim, abp Wojciech Polak przedstawił wniosek, aby przyszła komisja miała charakter śledczy i zajęła się przypadkami pedofilii od 1945 r. do momentu jej powołania. „Nie da się zbadać tylko przeszłości, nie odnosząc się do teraźniejszości, ponieważ sprawy, które wydają się tylko historyczne, ostatecznie takimi nie są, gdyż często prowadzą do konieczności podjęcia działań dzisiaj”, mówił prymas Polski.
Wniosek został przedyskutowany, a potem przegłosowany przez biskupów. Przez następne miesiące hierarchowie zapewniali opinię publiczną, że prace nad utworzeniem komisji trwają, prowadzone są konsultacje, analizy i narady.
Jednak w marcu 2025 r. wyciekła do mediów opinia Rady Prawnej KEP (zasiada w niej 10 biskupów i kilkunastu księży konsultorów). W dokumencie zarekomendowano hierarchom złamanie złożonej publicznie obietnicy powołania komisji. Według członków Rady Prawnej KEP utworzenie komisji o uprawnieniach śledczych byłoby groźne m.in. dlatego, że przed jej oblicze byliby wzywani i przesłuchiwani nie tylko szeregowi księża, ale i biskupi. Działalność komisji przerodziłaby się w sąd nad „przełożonymi kościelnymi”, a w pracach
Baptyści też skorzystali
Niewiele jest już na świecie krajów z takimi ulgami dla wspólnot wyznaniowych jak Polska. Bonifikaty na zakup nieruchomości publicznych sięgają 99%. Grzechem byłoby więc nie skorzystać z takich okazji. I Kościoły korzystają. Bez skrupułów. I nawet malutkiej żenady.
Choć monopolistą (prawie) w tym żerowaniu jest Kościół katolicki, to czasem innym też uda się coś uszczknąć z tego darmowego tortu. W Głogowie był to Kościół Chrześcijan Baptystów. Radni Głogowa wyrazili zgodę na sprzedaż miejskiej działki (4,5 ha) wycenionej na 1,3 mln zł za 134 zł. Za byli radni rządzącej w Głogowie Koalicji Obywatelskiej i Komitetu prezydenta miasta Rafaela Rokaszewicza.
Watykan przydusił bp. Wątrobę
Już 20 polskich biskupów jest na watykańskiej czarnej liście. A wszystko za sprawą decyzji papieża Franciszka, który w 2019 r. wprowadził specjalne zasady dotyczące pociągania do odpowiedzialności tych biskupów, którzy nie reagowali na wykorzystywanie seksualne małoletnich. Wśród podpadniętych Watykanowi jest bp Jan Wątroba. Od 2013 r. ordynariusz diecezji rzeszowskiej. Gdy objął tę funkcję, odwiedziła go Monika i poinformowała, że ks. Edmund zaczął ją wykorzystywać, gdy miała 12 lat. Trwało to długo, bo kilka lat.
Bp Wątroba długo kluczył i potrzebował 10 lat, by na sprawcę nałożyć karę. Zrobił to dopiero po interwencjach Dykasterii Nauki Wiary. Gwałciciel nie został objęty nawet ścisłym nadzorem. Na te kpiny zareagował papież Leon XIV i wysłał bp. Wątrobie koadiutora – bp. Krzysztofa Chudzia. Wysłano go trzy lata przed emeryturą Wątroby. Zwykle Watykan tak nie robi. Trudno więc uwierzyć, że ochroniarz pedofila dotrwa w Rzeszowie do emerytury.
Prymas Polski Ludowej
Nigdy nie przyszło mu do głowy negować państwo, jego sytuację geopolityczną i ustrój społeczno-gospodarczy
„Dziś pogrzeb prymasa Polski, kard. Stefana Wyszyńskiego. Uroczystości żałobne rozpoczęły się o godzinie 16. Delegacji państwowej przewodniczy Henryk Jabłoński. W składzie delegacji: współprzewodniczący Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu Kazimierz Barcikowski, marszałek Sejmu Stanisław Gucwa, wicepremierzy Jerzy Ozdowski i ja, minister spraw zagranicznych Józef Czyrek, kierownik Urzędu ds. Wyznań Jerzy Kuberski i przewodniczący Zespołu ds. Stałych Kontaktów Roboczych ze Stolicą Apostolską Kazimierz Szablewski. Delegacji FJN przewodniczył Jan Szczepański. Uroczystość zaczęła się w prezbiterium katedry św. Jana. Po wyniesieniu trumny uformował się kondukt, który przez Krakowskie Przedmieście i ulicę Królewską dotarł na Plac Zwycięstwa. O 17 rozpoczęła się msza. Po wystąpieniu kard. Agostina Casarolego, który reprezentuje papieża, homilię papieską odczytał kard. Franciszek Macharski. Po mszy wyruszyliśmy do katedry. Trumna została wniesiona do XVII-wiecznej krypty. Przeszliśmy przed nią i na tym zakończył się ten szczególny dzień”. Tak opisał ten iście królewski pogrzeb Mieczysław Rakowski w swoim dzienniku 31 maja 1981 r.
Śmierć kard. Wyszyńskiego, która nastąpiła trzy dni wcześniej, przypadła na szczególny okres w najnowszej historii Polski. Na dobre trwał wówczas „karnawał Solidarności”, czyli kilkanaście miesięcy między sierpniem 1980 r. a 13 grudnia 1981 r., które cechowała faktyczna dwuwładza: z jednej strony oficjalne rządy PZPR i jej sojuszników, a z drugiej nieformalny wpływ NSZZ Solidarność na wszystko, co w PRL wtedy się działo. Owa dwuwładza coraz bardziej nosiła cechy anarchii, tak fatalnie zapisanej w dziejach szlacheckiej Rzeczypospolitej albo w historii Rosji pomiędzy rewolucją lutową a październikową 1917 r. W tak krytycznym momencie zabrakło człowieka, który bez wątpienia stanowił największy autorytet moralny – ale i polityczny – dla zdecydowanej większości Polaków, po obu stronach ówczesnej barykady.
W dominującej dziś IPN-owskiej, czyli antykomunistyczno-klerykalnej wersji historii prymas Wyszyński przedstawiany jest jako przywódca narodu walczącego przez cały okres powojenny z komunistycznym totalitaryzmem. Trudno o bardziej kłamliwą wizję naszej przeszłości, bo ani Polska Ludowa nie była państwem totalitarnym (zwłaszcza po 1956 r.), ani cały naród nie kwestionował tamtego państwa i panującego w nim systemu, ani sam kardynał nie aspirował do roli lidera walki z tym systemem i władzami PRL.
Dwie ściany
Jeszcze dwa miesiące przed śmiercią, 25 marca 1981 r., w Natolinie prymas spotkał się z gen. Wojciechem Jaruzelskim, wtedy świeżo powołanym szefem rządu. Jak generał relacjonował Rakowskiemu, Wyszyński powiedział, że Solidarność „powinna iść po linii społeczno-zawodowej, a napięcia, które się pojawiają, są wręcz irracjonalne. Ludziom trudno zrozumieć, o co chodzi”. Samą Solidarność określił jako „romantyczno-renesansowy prąd”, ale dodał, że obecnie „następuje infiltracja, żeby uczynić z niej ruch polityczny. To jest obce, narzucane z zewnątrz. Wałęsa to rozumie. To człowiek dobrej woli, ale wpływy z zewnątrz, zwłaszcza korowskie, popychają go niekiedy do niefortunnych posunięć”.
Podczas spotkania z premierem rządu PRL padły jeszcze dwie ciekawe uwagi prymasa, natury bardziej ogólnej. Pierwsza: „Jeżeli człowiek stoi w jakimś pomieszczeniu, to nie może jednocześnie opierać się o dwie przeciwległe ściany. Kraj nasz znajduje się jak gdyby między dwiema ścianami – germańską i słowiańską. Polska w tej sytuacji powinna opierać się o ścianę słowiańską”. I druga, dotycząca rewolucji październikowej, o której prymas powiedział, że „elementy wspólnotowe, komunistyczne i egalitarne tej rewolucji stanowią trwały wkład do dorobku kultury ogólnoludzkiej. Wzbogaciły jej rozwój, dały pożyteczne impulsy”.
Rakowski dodał, że to samo usłyszał od Wyszyńskiego w nieco wcześniejszej rozmowie Stanisław Kania, ówczesny I sekretarz KC PZPR. Na koniec zaś autor dziennika zanotował: „Generał był bardzo zadowolony z rozmowy z prymasem i z tego, co od niego usłyszał”. Z kolei Kania – według Rakowskiego – uznał, że „prymas ocenia Solidarność podobnie jak my. Analizuje Solidarność tak, jakby był marksistą”.
Oczywiście kardynał marksistą nie był, lecz niewątpliwie znał marksizm, i to znacznie
Pasterz Kościoła fundamentalistycznego
Zmarły abp Józef Michalik nie zapisał się chwalebnymi czynami w historii polskiego Kościoła
Emerytowany metropolita przemyski uchodził za wiernego ucznia, współpracownika i przyjaciela Jana Pawła II. Zajmował wiele ważnych stanowisk. Przez kilkanaście lat przebywał w Rzymie, gdzie studiował na Papieskim Uniwersytecie Świętego Tomasza z Akwinu, był rektorem Papieskiego Kolegium Polskiego i pracował w Papieskiej Radzie ds. Świeckich. W kraju pełnił m.in. funkcję wiceprzewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski (1999-2004), a następnie przez dwie kadencje przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski (2004-2014). Czyli rządził Kościołem w Polsce.
Obrońca wiary
Znajomi i przyjaciele, wspominając zmarłego, podkreślali zasługi Michalika w obronie życia, rodziny i wartości chrześcijańskich. Na łamach „Naszego Dziennika” Dariusz Lasek, pedagog i działacz katolicki, stwierdził, że pamięta go „z bardzo klarownych kazań”. „Słowem i czynem wdrażał katolicką naukę społeczną, troszczył się o człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci, sprzeciwiał się traktowaniu człowieka instrumentalnie, upominał się o sprawiedliwość, wskazywał na problemy społeczne, o których niektórzy bali się mówić. W jego nauczaniu bardzo ważne miejsce zajmowała rodzina (…). Jego słowa były przeinaczane, wyrywane z kontekstu i interpretowane w negatywnym świetle. Przez środowiska, które są nieprzychylne Kościołowi, Panu Bogu, katolickiej wierze, był postrzegany jako zagrożenie, stąd też podejmowały ataki na niego, próby podważenia autorytetu pasterza słuchanego przez tłumy”, mówił Lasek.
Abp Józef Michalik, choć był jedną z najważniejszych postaci współczesnego Kościoła w Polsce, nie był wybitnym teologiem ani hierarchą otwartym na zmieniający się świat. Jako spadkobierca ideowy Karola Wojtyły był przedłużeniem tej samej wizji Kościoła jako instytucji konserwatywnej i fundamentalistycznej, a dodatkowo oblężonej przez wszechobecnych wrogów. Ganił środowisko „Tygodnika Powszechnego” i jego naczelnego ks. Adama Bonieckiego (m.in. za rzekome ataki na Kościół i jego hierarchów), za to w wywiadzie dla tygodnika „Niedziela” chwalił Radio Maryja: „Zasługą Radia Maryja jest to, że rozmodliło Polskę, ale jest jeszcze jedna zasługa Radia Maryja i wszystkich tych lokalnych rozgłośni – że budzi podmiotowość narodu, że uczy nas podmiotowości”.
Protektor księdza pedofila
W rozmowie z Onetem w marcu 2012 r. Michalik opowiadał o „zorganizowanym, nieprzypadkowym, planowym ataku na Kościół” przeprowadzanym przez środowiska „libertyńskie, ateistyczne i masońskie”, które stosują jako narzędzia tego ataku „finanse, pedofilię, in vitro, debatę na temat nauczania religii w szkołach i propagandę rozwiązłości”. Pytany, dlaczego Kościół nie wydala księży pedofilów ze wspólnoty, tylko przesuwa ich do innych parafii, hierarcha odparł: „To legendy. Jeśli takie przypadki się zdarzają, to je potępiam… Nie ma zgody na przestępstwa we wspólnocie, ani na ich tuszowanie”.
Z kolei podczas święcenia kościoła w Nienadowej Dolnej koło Przemyśla (październik 2013 r.) Michalik wywodził, że Kościół jest atakowany, bo jest niewygodny, a mówienie, że toleruje krzywdzenie dzieci, jest wielkim kłamstwem”.
Tymczasem nie kto inny jak Michalik stanął w obronie księdza pedofila z Tylawy. Gdy w 2001 r. Lucyna Krawiecka zgłosiła mu (był wówczas biskupem przemyskim), że ks. Michał Moskwa od lat molestuje dziewczynki, a „Gazeta Wyborcza” opublikowała o tym reportaż, hierarcha urządził nagonkę zarówno na sygnalistkę, jak i na osoby pokrzywdzone. Michalik napisał list, w którym wyraził współczucie duchownemu i nadzieję, „że konfratrzy i parafianie, którzy znają lepiej środowisko niż wrogie Kościołowi i depczące prawdę gazety lub osoby, nie stracą zaufania do swego proboszcza, ale okażą mu bliskość przez gorliwą modlitwę”.
Warto pamiętać, że w obronie pedofila w sutannie stanął także ówczesny prokurator Stanisław Piotrowicz z Krosna, potem poseł PiS, który orzeka teraz jako sędzia w upolitycznionym Trybunale Konstytucyjnym. W 2004 r. Sąd Rejonowy w Krośnie skazał 65-letniego ks. Moskwę na dwa lata więzienia w zawieszeniu na pięć lat za molestowanie sześciu dziewczynek.
Mimo wyroku abp Michalik nie usunął z parafii księdza pedofila, który jak gdyby nigdy nic wypełniał obowiązki proboszcza. Nie pomogły listy wysyłane do Jana Pawła II. Dopiero po interwencji oburzonych parafian u Josepha Ratzingera, prefekta Kongregacji Nauki Wiary
Dar, za który trzeba płacić
Jakby mieszkańcy Miastkowa Kościelnego mało mieli własnych problemów, dostali jeszcze jeden. Dla żartu nazwany darem. Ks. Ireneusz Głowacki, proboszcz parafii pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, przedstawił wiernym ambitny projekt deweloperski. Pomyślany z rozmachem, ale kosztowny nowy dom parafialny. Mieszkania dla wikariusza i księdza seniora, sale parafialne z zapleczem, kancelaria z archiwum i magazyn Caritas. Makieta robi wrażenie. Podobnie jak apel o wpłacanie 800 zł składki na budowę tego daru. Można płacić w ratach. Można też dać więcej. Niestety, znalazły się czarne owce, które protestują. A nawet niewybrednie atakują proboszcza.
Polemika do tekstu 35 religii w szkole
Polemika do tekstu Kornela Wawrzyniaka z „Przeglądu” z 6.10.2025
https://www.tygodnikprzeglad.pl/35-lat-religii-w-szkole/
oraz do analogicznej wersji pod zmienionym tytułem na Portalu Onet z 12.10.2025
https://wiadomosci.onet.pl/kraj/seria-skandali-w-polskim-kosciele-to-byl-strzal-w-kolano/xj1k8xr
Autorzy: Dariusz Kwiecień i Tomasz Sypniewski, nauczyciele religii w szkole średniej w Warszawie, członkowie Stowarzyszenia Katechetów Świeckich
Czytając tekst pana Kornela Wawrzyniaka w „Przeglądzie”, trudno oprzeć się wrażeniu, że jego narracja o religii w szkole to nie analiza, lecz akt oskarżenia — z wyrokiem wydanym jeszcze przed rozpoczęciem procesu. Wawrzyniak i cytowani przez niego eksperci malują Kościół jako opresyjną instytucję, nauczycieli religii jako strażników „szariatu katolickiego”, a uczniów – jako ofiary „katolickiej indoktrynacji”. Tyle że ten obraz, choć wygodny, jest całkowicie nieprawdziwy. A przecież „półprawda jest całym kłamstwem”.
Manipulacja tytułem – przykład medialnej nierzetelności
Warto zauważyć, jak różnie przedstawiono ten sam tekst w różnych mediach. Oryginalny tytuł w Tygodniku „Przegląd” – „35 lat religii w szkole i coraz szybsza laicyzacja” – jest przynajmniej uczciwą publicystyczną tezą. Autor stawia diagnozę, z którą można się zgodzić lub polemizować, ale wiadomo, czego dotyczy artykuł. Natomiast tytuł nadany przez portal Onet: „Seria skandali w polskim Kościele. To był strzał w kolano” – to już czysta manipulacja. Nie tylko przesuwa akcent z tematu religii w szkole na sensacyjną narrację o „skandalach w Kościele”, ale też buduje emocjonalny kontekst, który nie ma wiele wspólnego z treścią artykułu. To przykład medialnej techniki, która z poważnej dyskusji o edukacji czyni propagandowy spektakl, odwołujący się do emocji, a nie argumentów. Takie zabiegi nie służą ani prawdzie, ani rzetelności dziennikarskiej. A przecież debata o religii i etyce w szkole powinna być przestrzenią spokojnego namysłu – nie medialnego polowania na sensację.
Mityczne przywileje kleru czy jawna dyskryminacja nauczycieli religii
Co to właściwie oznacza, że „od 1 września 2025 r. szefowa resortu edukacji ogranicza przywileje kleru w szkole i jego dostęp do uczniów”, jak w sposób mało wyrafinowany przedstawia to pan redaktor? Przypominamy, że „kler” to potoczna nazwa osób duchownych, do których zalicza się 34,7 tysiąca księży katolickich i 154 biskupów (z tego co wiemy, żaden z tych ostatnich nie uczy religii w szkole). Za to w szkołach pracuje 29,8 tysiąca pełnoprawnych nauczycieli, nazywanych potocznie katechetami, spośród których tylko 8 tysięcy stanowią księża. Zdecydowana większość katechetów to jednak osoby świeckie (3250 mężczyzn i aż 13450 kobiet). Po bezprawnej reformie pani minister Nowackiej wielu z nich straciło pracę, ma ograniczone etaty, a przez to niższe dochody, mimo że mają na utrzymaniu dzieci, starszych rodziców i zobowiązania kredytowe. Sam resort edukacji szacował, że w wyniku nagłego ograniczenia lekcji religii do jednej tygodniowo zlikwidowanych zostanie 10,5 tysiąca etatów nauczycieli religii.
Paradoksalnie więc minister Barbara Nowacka – znana feministka i orędowniczka równości kobiet – swoją decyzją najbardziej uderzyła właśnie w kobiety. W zawodzie nauczyciela religii przeważają przecież kobiety, często z wieloletnim doświadczeniem pedagogicznym i dodatkowymi kwalifikacjami. To one, a nie „kler”, poniosły największe konsekwencje tej decyzji. W imię rzekomego „unowocześnienia edukacji” pozbawiono pracy tysiące kobiet, które całe życie poświęciły kształceniu młodzieży i budowaniu etosu szkoły. Trudno o bardziej wymowny przykład sprzeczności między ideologicznymi deklaracjami a rzeczywistością.
Jakkolwiek by liczyć, nawet gdyby każdy z uczących księży zrezygnował z nauczania w szkole (choć część dyrektorów chce mieć księdza jako katechetę, bo jest kompetentnym nauczycielem, ma dobry kontakt z młodzieżą i często realizuje awans zawodowy, którego nie może przerwać), bilans się nie zgadza.
Nie przywilej, tylko prawo
Zacznijmy od rzeczy podstawowej: religia w szkole nie jest żadnym „przywilejem kleru”. To prawo rodziców i uczniów, zapisane w Konstytucji RP (art. 53) oraz w konkordacie między Stolicą Apostolską a Polską. To prawo do wychowania dzieci zgodnie z przekonaniami, a nie przymus uczestnictwa w praktykach religijnych. W każdej szkole rodzic lub pełnoletni uczeń sam decyduje o uczestnictwie. Mówienie o „ograniczaniu dostępu kleru do uczniów” brzmi tak, jakby nauczyciele religii byli intruzami, a nie pełnoprawnymi pracownikami systemu edukacji, którzy – przypomnijmy – zdają takie same egzaminy, podlegają ocenie pracy i są zobowiązani do przestrzegania tych samych standardów dydaktycznych, co inni nauczyciele. My, nauczyciele religii, nie walczymy o przywileje, lecz o zachowanie sensu swojej pracy – katechetycznej i wychowawczej, opartej na trosce o człowieka. To nie jest interes zawodowy, lecz apel ludzi, którzy codziennie słuchają młodzieży, rozmawiają z nią o wartościach, cierpieniu i nadziei, gdy inni już nie mają na to czasu.
Religia fanatyzuje czy wychowuje do miłości i ofiary?
Kolejny redaktorski „kwiatek” to passus, że w obronie katechetów „do akcji ruszyła fundamentalistyczna organizacja Ordo Iuris ze swoim projektem, który ma nas cofnąć o 100 lat, do dwóch obowiązkowych godzin religii w szkołach. Tyle że działania te przyniosą skutek odwrotny do zamierzonego (…) Lekcje religii katolickiej, które miały wymiar indoktrynacji, stały się jednym z najważniejszych elementów sekularyzacji polskiej młodzieży — tłumaczy prof. Stanisław Obirek, teolog i były jezuita”.
Rzeczywiście, w międzywojniu religia była obowiązkowa i to w wymiarze dwóch godzin. Czy indoktrynowała pokolenie Kolumbów, które oddało niewyobrażalną daninę krwi w walce z dwoma totalitaryzmami, czy raczej wychowała ich w duchu miłości do ojczyzny i uzdolniła do najwyższej ofiary – niech ocenią historycy, socjologowie i psychologowie. Równie wątpliwa jest teza prof. Obirka, że lekcje religii przyczyniły się do sekularyzacji Polaków. Czy zatem gdyby religii nie przywrócono w 1990 r. po jej bezprawnym usunięciu przez komunistów w 1961 r., sekularyzacja by nie nastąpiła? Badania socjologiczne pokazują, że sekularyzacja społeczeństw dobrobytu ma zupełnie inne źródła – kulturowe, polityczne, gospodarcze i społeczne.
Sama zaś „szarża” Instytutu Ordo Iuris polegała jedynie na tym, że wsparł on środowisko katechetów i przygotował dla Komitetu Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej „Tak dla religii i etyki w szkole” projekt ustawy, postulujący przywrócenie poprzedniego wymiaru nauczania religii, który – jak sam autor przyznaje – został bezprawnie naruszony rozporządzeniem minister Barbary Nowackiej.
Europejski standard, nie polska osobliwość
Warto przy tej okazji poruszyć wątek skargi, a właściwie dwóch skarg – z 24 marca 2025 i 16 maja 2025 r., złożonych przez nasze stowarzyszenie do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Należałoby się zastanowić, dlaczego rząd najprawdopodobniej przegra obie sprawy.
W większości państw europejskich – w tym w Niemczech, Austrii, Hiszpanii, Włoszech czy Finlandii – lekcje religii są integralną częścią edukacji publicznej, finansowaną przez państwo. Polska nie jest tu wyjątkiem, lecz kontynuuje europejską tradycję wychowania integralnego, w którym wiedza i moralność się dopełniają.
Bezstronność (nie „neutralność”) światopoglądowa państwa nie oznacza eliminacji religii z przestrzeni publicznej, lecz równy szacunek dla przekonań wierzących i niewierzących. Dlatego szkoła powinna zapewniać możliwość nauki religii lub etyki – a nie likwidować jedną z nich pod hasłem „neutralności”. Wiedzą to europejscy włodarze. Wiedzą to całe społeczeństwa 22 krajów Unii Europejskiej. Tylko na własnym, polskim podwórku zaściankowego antyklerykalizmu toczymy spór o wartości aksjologiczne, które mogą przynieść wielką społeczną korzyść w naszym narodzie.
Religia nie indoktrynuje, lecz uczy myślenia
Pan redaktor powtarza jak mantrę, że lekcje religii to „indoktrynacja”. Szkoda, że najwyraźniej nie zajrzał do podręczników, w których mowa o wolności sumienia, odpowiedzialności moralnej, historii religii, a nawet o zjawisku niewiary. Religia w szkole nie zamyka umysłów – przeciwnie, stawia pytania, których nikt inny w edukacji już nie zadaje: po co żyję, co jest dobrem, czym jest miłość, kim jestem?
W świecie, w którym uczymy młodzież algorytmów, ale nie sensu, lekcja religii pozostaje jednym z niewielu miejsc, gdzie młody człowiek może zmierzyć się z pytaniami o siebie. Nie każdy uczeń wyjdzie z niej wierzący – ale każdy ma szansę wyjść myślący.
Zarzuca się nam, nauczycielom religii, że „zmuszamy” uczniów lub że „wszyscy byli z automatu zapisani”. To nieprawda. Od lat obowiązuje zasada dobrowolności: jeśli ktoś nie chce chodzić – nie chodzi. Ale czy naprawdę rozwiązaniem problemu ma być całkowite usunięcie religii ze szkoły? Czy nie lepiej rozmawiać, doskonalić metody i podnosić jakość nauczania – tak jak w przypadku każdego innego przedmiotu?
Spadek zaufania do Kościoła a przemiany społeczne
Kolejnym, być może nieświadomym przekłamaniem w artykule, jest przywołanie spadku zaufania do Kościoła katolickiego w Polsce w ciągu ostatnich dziesięciu lat – z 58 proc. do 35,1 proc. we wrześniu 2025 r. Jednocześnie autor podaje, że „między 1992 r. a 2022 r. liczba dorosłych Polaków deklarujących wiarę spadła z 94 proc. do 84 proc., a regularnie uczestniczących w praktykach religijnych – z 70 proc. do 42 proc.”. Wynikałoby z tego, że znaczna część wierzących Polaków… nie ufa samym sobie, bo to oni właśnie tworzą Kościół.
W rzeczywistości dane te mówią więcej o przemianach społecznych niż o kondycji wiary. Autorowi zapewne chodziło o spadek zaufania do biskupów, który jest zjawiskiem złożonym i wieloczynnikowym. Wpływ na niego miały zarówno błędy pojedynczych osób, jak i sposób komunikowania się Kościoła z wiernymi w trudnych sprawach. W ostatnich latach widać jednak coraz większą otwartość Episkopatu na dialog, refleksję i potrzebę odnowy. Równocześnie coraz aktywniejszą rolę w życiu Kościoła odgrywają świeccy — nauczyciele, rodzice, ludzie zaangażowani społecznie — którzy czują się współodpowiedzialni za jego misję i wiarygodność. To właśnie w tej współpracy duchowieństwa i świeckich może dokonywać się prawdziwe oczyszczenie i odnowa wspólnoty wiary.
Choć liczba przypadków przestępstw wśród duchowieństwa nie jest statystycznie wyższa niż w innych grupach zawodowych, oczekiwania wobec księży są inne – mają być przewodnikami duchowymi. Stąd rozczarowanie i spadek autorytetu. Jednak z tych danych nie wynika, że to religia w szkole zawiodła. To raczej lustro przemian społecznych. W epoce, gdy autorytetem jest influencer, a „duchowość” sprowadza się do cytatu z Instagrama, trudno oczekiwać, by katecheza była panaceum. Mimo to w wielu szkołach – zwłaszcza mniejszych – to właśnie nauczyciel religii pozostaje jednym z nielicznych dorosłych, z którymi młodzież rozmawia o wartościach, cierpieniu czy śmierci – z szacunkiem i nadzieją na życie wieczne.
Religia a edukacja zdrowotna w szkole
Szermowanie przez redaktora Wawrzyniaka argumentem o rzekomym spadku frekwencji na lekcjach religii w zestawieniu z zajęciami edukacji zdrowotnej brzmi dość komicznie. Nawet w zsekularyzowanej stolicy na religię uczęszcza więcej uczniów szkół średnich niż na edukację zdrowotną – i to mimo że ci, którzy nie wybierają religii ani etyki, są często umieszczani w środku planu lekcji, zmuszeni do bezproduktywnego czekania na tzw. „okienkach”. Religia i etyka natomiast zostają przesuwane na skrajne godziny zajęć.
Taka praktyka odbiera uczniom poczucie stabilności i realną możliwość wyboru między przedmiotami etycznymi. Warto przypomnieć, że Trybunał w Strasburgu w wyroku Grzelak przeciwko Polsce (2010) zobowiązał państwo do zapewnienia uczniom faktycznego dostępu do nauki etyki. To zadanie nie dla Kościołów ani związków wyznaniowych, lecz dla Ministerstwa Edukacji Narodowej, które przez lata nie zadbało o odpowiednie przygotowanie nauczycieli tego przedmiotu.
Decyzje obecnego resortu uderzyły nie tylko w nauczycieli i uczniów, ale także w organizację pracy szkół. W małych miejscowościach dyrektorzy są zmuszeni do redukcji etatów, łączenia klas i układania planów lekcji wbrew zasadom racjonalnej organizacji nauki.
Tak właśnie wygląda w praktyce ministerialnie rozumiana „neutralność światopoglądowa”.
Czy pół miliona to dużo?
Autor artykułu zarzuca propagandowy wymiar inicjatywie „TAK dla religii i etyki w szkole”, pod którą zebrano pół miliona podpisów, twierdząc, że to jedynie 1,7 proc. uprawnionych do głosowania. Zapraszamy pana redaktora, by sam spróbował zebrać choćby 500 podpisów pod dowolną inicjatywą, wymagającą podania imienia, nazwiska, adresu i numeru PESEL. Te 500 tysięcy podpisów, nawet jeśli ma wymiar symboliczny, jest drugim wynikiem w historii obywatelskich inicjatyw ustawodawczych w wolnej Polsce. Dla porównania – inicjatywa „Świecka szkoła” z 2015 r., przygotowana m.in. przez obecną wiceminister edukacji p. Katarzynę Lubnauer, zebrała 150 tysięcy podpisów, choć organizatorzy z pewnością chcieliby mieć ich trzy razy więcej.
Można więc przypuszczać, że właśnie ta liczba podpisów zadziałała jako czynnik integrujący środowiska polityczne wokół wartości, z którymi utożsamia się zarówno część opozycji, jak i obecnej koalicji. Niewykluczone, że od roku szkolnego 2026/2027 religia i etyka zostaną na nowo umocowane w prawie oświatowym jako przedmioty wzmacniające wychowawczą rolę szkoły.
Powrotu do salek parafialnych nie będzie
Lewica z uporem powtarza hasło o potrzebie powrotu religii do salek parafialnych, jakoby miała to być lepsza forma nauczania. To jednak postulat całkowicie nierealny. Salki te powstały doraźnie po wyrugowaniu religii ze szkół przez władze komunistyczne i dziś w większości nie spełniają podstawowych standardów prowadzenia zajęć dydaktycznych. Nie chcą tego także rodzice, którzy oczekują, by szkoła była miejscem integralnego wychowania – również w wymiarze etycznym i duchowym.
Zamiast więc walczyć z religią w szkole, środowiska laickie mogłyby podjąć rzeczowy dialog z Kościołami i związkami wyznaniowymi, by wspólnie wypracować dobry program etyki szkolnej – taki, za który wdzięczni byliby także rodzice niewierzący. Ministerstwo Edukacji Narodowej powinno natomiast rozpocząć systemowe szkolenie nauczycieli etyki, zgodnie z wyrokiem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie Grzelak przeciwko Polsce z 2010 roku.
Religia jako wspólne dobro, nie narzędzie wojny kulturowej
Wawrzyniak kończy swój tekst apelem o rozmowę. Trudno się z tym nie zgodzić. Ale rozmowa wymaga wzajemnego szacunku, a nie pogardy wobec wierzących, nauczycieli religii czy inicjatyw obywatelskich. Pół miliona podpisów pod projektem Stowarzyszenia Katechetów Świeckich to nie „propaganda”. To pół miliona obywateli, którzy widzą w religii wartość wychowawczą, kulturową i moralną. W demokracji ich głos waży tyle samo, co głos zwolenników laicyzacji.
Nie wszyscy nauczyciele religii to „księża z ambony”. Wielu z nas to świeccy pedagodzy, doświadczeni małżonkowie, rodzice, wiodący życie w świecie. Wchodzimy do klas nie po to, by „nawracać”, ale by towarzyszyć. Szkoła bez miejsca na rozmowę o wartościach, nawet jeśli będzie świecka, stanie się duchowo pusta. I właśnie przed tym – a nie przed „szariatem katolickim” – trzeba dziś Polskę bronić.
Warto przy tej okazji wspomnieć, że Stowarzyszenie Katechetów Świeckich powstało z inicjatywy nauczycieli, a nie hierarchii kościelnej. Nie jest agendą Kościoła, lecz obywatelską organizacją reprezentującą świeckich pedagogów. Naszym celem jest dialog, troska o edukację aksjologiczną i obrona prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z przekonaniami.
Proroctwo? Kto wie
Na koniec chcielibyśmy podziękować panu redaktorowi Wawrzyniakowi za mimowolne rozsławienie naszego Stowarzyszenia Katechetów Świeckich, któremu przypisał 10,5 tysiąca członków. W rzeczywistości wszystkich świeckich katechetów w Polsce jest około 17 tysięcy, a do stowarzyszenia należy co setny z nich. Niemniej czujemy się reprezentantami całego środowiska i ufamy, że z Bożą pomocą spełnimy rolę oślicy Balaama – w obronie tego pokolenia. A o jaką rolę chodzi? Warto zajrzeć samemu do Biblii. Albo po prostu – uczestniczyć w lekcjach religii w szkole.
Dariusz Kwiecień
Tomasz Sypniewski
Kontakt@katecheci.org.pl
Kościół, prawica, władza
Polityczny klerykalizm prawicy i prawicowe zaangażowanie kleru trzymają się mocno
„Wygrał Karol Nawrocki. Jest to nauczka dla Platformy Obywatelskiej, że w katolickiej Polsce nie wystawia się kandydata, który zwalcza krzyż, popiera aborcję i LGBT”. W ten sposób skomentował ostatnie wybory prezydenckie prof. Maciej Giertych, sędziwy już działacz narodowo-katolicki, prywatnie ojciec posła Romana Giertycha.
O tym, czy Polska jest rzeczywiście katolicka, można by długo dyskutować. Jesteśmy bowiem krajem, który bije rekordy – własne i europejskie – pod względem wzrostu liczby rozwodów, a spadku liczby nowych małżeństw oraz dzietności, jak również powszechnego tolerowania kłamstwa i złodziejstwa w życiu publicznym, co zapewne oznacza, że w prywatnym także. Stan moralny polskiego społeczeństwa i jego elit wygląda więc raczej na porażkę Kościoła katolickiego. Z samą religijnością, nawet tą „na pokaz”, też jest coraz gorzej, o czym świadczą nawet kościelne dane dotyczące uczestnictwa wiernych w niedzielnych mszach i młodzieży w szkolnych lekcjach religii. Na kryzys Kościoła wskazuje poza tym dramatyczny spadek liczby powołań, co zmusza kolejne diecezje do zamykania seminariów duchownych.
Jednak dla większości duchowieństwa, a zwłaszcza dla hierarchii kościelnej, liczy się co innego – wpływ na państwo i jego władze. „Katolicka Polska” to Polska rządzona przez ludzi, którzy gwarantują nienaruszalność interesów materialnych oraz nietykalność prawną samego kleru, a w niektórych kwestiach m.in. (takich jak wspomniane przez prof. Giertycha aborcja i LGBT) zapewniają utrzymanie konserwatywnego status quo. Tacy ludzie są i zawsze byli we wszystkich obozach politycznych, może poza lewicą, choć znaczenie tej ostatniej jest dziś marginalne, więc jej postulaty mało kto traktuje poważnie.
Prof. Maciej Giertych jednak trafnie zdiagnozował główną przyczynę drugiej już wyborczej porażki Rafała Trzaskowskiego. Kandydatura prezydenta Warszawy zmobilizowała bowiem całą „katolicką Polskę” w stopniu niespotykanym przy wszelkich innych wyborach. Perspektywa, że prezydentem RP może zostać „tęczowy Rafał”, uczestniczący w Paradach Równości i zakazujący wieszania symboli religijnych w stołecznych urzędach, podziałała na miliony Polaków jak płachta na byka. Tu już nie chodziło o sukces czy porażkę rządu Donalda Tuska. To był symboliczny bój o wszystko: czy głową państwa zostanie „lewak”, czy jednak „Polak katolik”, choćby nawet z szemraną przeszłością i bez żadnego doświadczenia politycznego. Roznoszący się po prawicowym internecie slogan „byle nie Trzaskowski” stał się kluczowym hasłem tej kampanii, czego nie rozumieli (i być może do dziś nie rozumieją) członkowie sztabu wyborczego i inni politycy KO, zdumieni skalą mobilizacji wyborców Nawrockiego.
Tęczowy lewak
A przecież to nie Nawrocki wygrał te wybory swoimi talentami, ale Trzaskowski przegrał je swoją czarną legendą. Nawrocki skorzystał tylko z okazji, jaką był pojedynek z kandydatem uchodzącym za tęczowego lewaka. Identyczną okazję wykorzystał pięć lat wcześniej Andrzej Duda, zapewniając sobie reelekcję dzięki wygranej z tym samym reprezentantem Platformy, przeciw któremu zmobilizowała się cała „katolicka Polska”. Czy można było się spodziewać, że w 2025 r. będzie inaczej?
O tę mobilizację milionów wyborców w kluczowych dla Polski momentach decyzji wyborczych zawsze dbają biskupi i proboszczowie. Jesteśmy bowiem chyba ostatnim krajem w Europie (a może i na świecie?), w którym hierarchowie Kościoła nie mają skrupułów przed uprawianiem z ambon nie tylko politycznej, ale wprost partyjnej propagandy. O tym jednak przynajmniej dowiadujemy się z mediów. Natomiast nikt nie jest w stanie policzyć i ocenić zaangażowania duchowieństwa parafialnego i zakonnego – ludzi, którzy mają codzienny kontakt z wiernymi. Wystarczy udać się przed wyborami na niedzielną mszę do przeciętnego kościoła na polskiej wsi lub w małym mieście, by zrozumieć, skąd się biorą sukcesy tak miernych postaci jak Duda czy Nawrocki oraz popierającej ich partii.
Polski kler bowiem jednoznacznie postawił na prawicę i tak jest od początku III RP. Po trwającej niemal pół wieku, wymuszonej, lecz jakże opłacalnej dla Kościoła „kolaboracji” z władzami Polski Ludowej, w czerwcowych wyborach 1989 r. duchowieństwo zmieniło polityczny front, gremialnie angażując się w kampanię Komitetu Obywatelskiego Solidarność, którego kandydaci z braku własnych struktur terenowych zwykle korzystali z możliwości organizacyjnych parafii. Już wtedy zresztą dały o sobie znać prawicowe preferencje niektórych hierarchów, o czym świadczył przypadek znanego działacza KOR i PPS Jana Józefa Lipskiego, którego senacką kandydaturę w okręgu radomskim próbował utrącić tamtejszy biskup Edward Materski.
W pierwszych całkowicie wolnych wyborach parlamentarnych jesienią 1991 r. zaangażowanie Kościoła było jeszcze większe. Po rozpadzie obozu solidarnościowego biskupi i proboszczowie aktywnie poparli rodzące się masowo ugrupowania prawicowe, zwłaszcza
Wspólnota daje ratunek
Wszyscy są bezradni w wielkiej strukturze Kościoła
Piotr Domalewski – (ur. w 1983 r.) zdobył dyplom aktora sztuki lalkarskiej w Białymstoku, na wydziale zamiejscowym Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, a potem ukończył aktorstwo na PWST w Krakowie. Jest absolwentem reżyserii na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Jego pełnometrażowy debiut „Cicha noc” wygrał Złote Lwy na FPFF w Gdyni oraz 10 Orłów. Film „Jak najdalej stąd” przyniósł mu nagrodę za scenariusz w Gdyni i Paszport „Polityki”.
Byłeś ministrantem?
– Przez 12 lat.
Jakie są twoje wspomnienia z tego okresu?
– Bycie ministrantem jest ciekawym doświadczeniem, zwłaszcza w tak długiej perspektywie. Od najmłodszych lat służyłem przy ołtarzu, więc kościelne formuły weszły mi głęboko do głowy. Poza tym ministranci znają sposób funkcjonowania Kościoła od zakrystii i coś na tym tracą. Przypomina to trochę oglądanie filmu z perspektywy reżysera. Trudno wejść w fabułę, bo rozpoznaje się metody kręcenia, twarze statystów itp. Nawet podczas gali otwarcia festiwalu wszystko będzie wyglądało pięknie na scenie, ale za kulisami trwa praca wielu osób, które mają dylematy i problemy. Sceniczna magia do końca nie działa, gdy się wie, co się dzieje z tyłu. To porównanie najlepiej oddaje doświadczenie bycia ministrantem przez 12 lat.
Na ile te przeżycia wpłynęły na pomysł realizacji „Ministrantów”?
– Na pewno dzięki zgromadzonym doświadczeniom z tamtego okresu mogłem wiarygodnie sportretować Kościół od tzw. zakrystii. Lubię opowiadać historie, z którymi mogę się utożsamić, lub takie, które mogę przedstawić w sposób autentyczny. „Ministranci” to właśnie ten przypadek. Sama fabuła nie ma jednak wiele wspólnego z moimi przeżyciami. Kiedy pisałem scenariusz, pomyślałem sobie, co by było, gdyby dzisiaj pojawiła się taka postać jak Jezus. I rozwinąłem ten pomysł w filmie. Główny bohater, Filip, młody człowiek wychowywany przez samotną matkę, nigdy nie poznał ojca. Odkrywa u siebie rodzaj powołania i będąc w nieustannym dialogu z siłą wyższą, postanawia poświęcić życie dla zmiany lokalnej społeczności. To współczesna adaptacja historii z Nowego Testamentu.
„Ministranci” są jednocześnie opowieścią zaangażowaną społecznie. Skąd bierze się u ciebie zacięcie do takiego kina?
– To chyba wynika z faktu, że muszę uwierzyć w swoich bohaterów, w to, że sytuacje, które pokazuję na ekranie, mogły komuś się przytrafić. Trudno o lepszy wzorzec niż wczesne filmy braci Dardenne czy kino Kena Loacha, którego bardzo cenię. A w co mogę uwierzyć ja jako dzieciak wychowany na blokowisku we wschodniej Polsce? Znam takie realia, dlatego wierzę w określone rzeczy. Ktoś z innym bagażem społecznym opowie zupełnie inne historie. Zawsze też podkreślam, że moim ulubionym filmem jest „Manchester by the Sea”. Pokazana tam społeczność wydaje się całkowicie realna i choć ekranowa opowieść nie wydarzyła się naprawdę, dzieje się codziennie w tysiącu miast. Bardzo bym chciał, żeby tak samo było z moimi filmami. Podsumowując, lubię kino, które omija publicystykę, ale wchodzi w dialog z bliską mi rzeczywistością. Pewnie dlatego nie robię filmów o potentatach branży modowej, bo ich świata po prostu nie znam.
W Polsce nie mamy jednak dobrego kina społecznego, bo filmy o ludziach nieuprzywilejowanych ekonomicznie najczęściej pokazują różne patologie. Brakuje im wyczucia.
– Robienie filmów o tematyce społecznej nie jest proste. Sytuacje ekstremalne znacznie łatwiej przebijają się do świadomości widzów, docierają szerzej, dlatego naturalnie ciągnie nas do opowiadania w ten sposób. Ja jednak staram się uprawiać kino społeczne po swojemu. Posłużę się przykładem wspomnianego giganta modowego. Może i dałbym radę zrobić o nim film, ale pod jednym warunkiem. W domu bohatera pracowaliby np. sprzątaczka lub ogrodnik. I to z ich punktu widzenia opowiadałbym o świecie wielkich pieniędzy i mody. Potrzebuję odpowiedniej perspektywy, którą daje mi spojrzenie ludzi z niższych szczebli drabiny społecznej.
Bohaterowie „Ministrantów”, Filip i jego przyjaciel Gustaw, mieszkają w małym mieście. Pochodzą jednak z bardzo różnych domów. Czujesz, że zbyt łatwo zapominamy o dzielących nas różnicach klasowych i ekonomicznych?
– Uważam, że jako
Jestem po stronie tych, których się krzywdzi
JEDNA:
AGNIESZKA HOLLAND
TROJE:
PATRYCJA DOŁOWY
DOMINIKA RAFALSKA
PAWEŁ SĘKOWSKI
Fragmenty rozmowy, która ukazała się w najnowszym numerze „Zdania” (3/2025) – w wersji papierowej do nabycia w Empikach, w wersji elektronicznej na sklep.tygodnikprzeglad.pl.
(…) PAWEŁ SĘKOWSKI: Czy wspomniany przez panią „gen sprawiedliwości” uwidaczniał się również w późniejszym okresie w pani twórczości artystycznej, w pracy zawodowej?
AGNIESZKA HOLLAND: Myślę, że można go zauważyć w wyborze tematów, które mnie interesowały, inspirowały, które mi się wydawały ważne, szczególnie te dotyczące zdarzeń z historii ludzkości, jak Holokaust czy Hołodomor. Także filmy z nurtu kina moralnego niepokoju z drugiej połowy lat 70. miały taki społeczny i tak naprawdę polityczny wymiar, tyle że zaszyfrowany. Widzę ten gen także w mojej walce o obronę niezależności jako reżysera, jako twórcy oraz obronę innych, których system traktuje niesprawiedliwie.
Oczywiście zawód reżysera filmowego nie pozwala na pełną bezkompromisowość, ponieważ polega na nieustannym zawieraniu kompromisów. To jest współpraca zespołowa, z jakąś ekipą. Jest to praca, gdzie wchodzą w grę duże pieniądze, więc również naciski tych, którzy finansują. Czy to jest publiczne finansowanie, czy prywatne, zawsze te naciski są. Więc w pewnym sensie szło to wbrew mojej naturze, mojej potrzebie wolności decyzji. Ale myślę, że w sumie udało mi się wygrać większość tych potyczek, bo to trudno nawet nazwać bitwami. Ale ze świadomością, że zawsze płaci się jakąś cenę. Zawód reżysera nie jest – a w dzisiejszych czasach to już w ogóle – dla ludzi nieznoszących jakiegokolwiek spętania. (…)
SĘKOWSKI: Aż do jesieni 2023 po jednej stronie był „zły” PiS, a po drugiej była „dobra” opozycja demokratyczna, która broniła pani i „Zielonej granicy” przed atakami ówczesnego obozu rządzącego, ale także broniła humanitarnego podejścia do uchodźców na granicy. Nadchodzi październik, a potem grudzień 2023 – zmiana władzy i okazuje się, że narracja Donalda Tuska i nowej władzy kompletnie się zmienia i właściwie jest taka sama jak wcześniej PiS. Pani stała się symbolem wierności postawie humanitarnej, wierności „genowi sprawiedliwości”. Czy zdziwiła panią ta zmiana? Bo ja przyznam, że mnie to trochę zszokowało. Poza wszystkim: nie wierzyłem, że elektorat demokratyczny tak łatwo to przełknie. A niestety, w większości przełknął. Dziś właściwie w mainstreamie mamy tę obrzydliwą narrację o „inżynierach”, która ogarnia znacznie szersze kręgi niż tylko zwolenników PiS i Konfederacji… Bo co mówi od jesieni 2023 Donald Tusk? Nie mówi, że PiS robiło coś złego, tylko że nieudolnie robiło to, co powinno było robić skutecznie.
HOLLAND: Tak, wszystko się zmieniło. Narracja się zmieniła. Ja nie miałam wielkich złudzeń, ale miałam nadzieję, że pewien język już nie będzie używany i że pewne niehumanitarne zachowania, łamiące w sposób ewidentny prawa człowieka i narażające ludzi na cierpienie i tortury, zostaną wstrzymane, a przynajmniej złagodzone. Nie miałam złudzeń i nie wierzyłam, że nastąpi całkowita zmiana polityki, natomiast liczyłam na zmianę narracji i modyfikację działań. Tak zresztą początkowo było, przez kilka miesięcy. Potem Tusk prawdopodobnie doszedł do wniosku, że ponieważ żadnych innych rzeczy nie może zrealizować, to przejmując agendę i narrację prawicy w sprawie imigracji, niejako rozbroi przeciwników politycznych. Co oczywiście było ogromną głupotą. Ta zmiana narracji Tuska nastąpiła w sposób widoczny przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego w czerwcu 2024. Wtedy miała też miejsca historia z zabitym żołnierzem na granicy. Tusk rozkręcił wtedy ten temat w nowej narracji i wypuścił z siebie dwie ustawy, których PiS nie miało odwagi w swoich czasach puścić: „ustawę strzelankową”, tzw. licence to kill, że można strzelać bezkarnie do uchodźcy, oraz ustawę o zawieszeniu prawa do azylu.
To jest dla mnie bardzo smutne: nastąpiło przejęcie języka skrajnej prawicy przez liberalno-demokratyczne centrum. W ten sposób demokratyczne centrum legitymizowało ten język i te treści, w gruncie rzeczy ścieląc czerwony dywan dla skrajnej prawicy. To właśnie się stało – w ostatnich wyborach prezydenckich prawica konserwatywna i skrajna, w obu przypadkach wroga imigrantom, zdobyła ponad 50% głosów, wielki sukces Mentzena i Brauna. To jest potworny błąd, który popełnił Tusk i Koalicja Obywatelska. Taki sam błąd popełniła Republika








