O co (poza ropą) chodzi w Libii?

O co (poza ropą) chodzi w Libii?

Kaddafi – błazen i tyran w jednej osobie, niegdyś opiekun i inspirator wszelkich terrorystów islamskich – w ostatnich latach, jak mogło się wydawać, złagodniał. Nie wspierał już (przynajmniej jawnie) terrorystów, handlował z Zachodem i Wschodem ropą i bronią. Zaczął bywać na europejskich salonach, a Berlusconi, jak to można było zobaczyć w telewizji, publicznie ucałował jego dłoń.
Nagle coś się odmieniło. W Libii wybuchły zamieszki, nasz współczesny Beck, minister Radosław Sikorski, oznajmił, że to ostatnie godziny Kaddafiego, i wieszczył mu koniec podobny do końca
Ceaus¸escu. Nie wiem, skąd miał te informacje, ale jak pokazały następne tygodnie, były one mało dokładne. Kaddafiego opuścili dawni przyjaciele, w tym ministrowie spraw wewnętrznych i sprawiedliwości, którzy przeszli na stronę zbuntowanych. Sam Kaddafi podjął jednak kontrofensywę, która nie wiadomo jak by się skończyła, gdyby nie to, że nastąpiła interwencja z zewnątrz. Otóż Rada Bezpieczeństwa ONZ uchwaliła zakaz lotów nad Libią, który miał uniemożliwić Kaddafiemu użycie lotnictwa przeciw buntownikom. Nikt w Radzie Bezpieczeństwa nie skorzystał z weta, co już samo w sobie było ewenementem. Natychmiast zawiązała się doraźna koalicja, złożona zrazu z kilku państw NATO, która zbombardowała libijskie obiekty wojskowe i zapanowała nad libijskim niebem. W koalicji tej, obok Amerykanów i Anglików, aktywni okazali się Włosi. Widać Berlusconi doszedł do wniosku, że już Kaddafiego więcej po rękach całować nie będzie, przeciwnie, chętnie go zbombarduje.
Rosja zaczęła zgłaszać niejakie wątpliwości, czy aby te działania nie wykraczają poza upoważnienie Rady Bezpieczeństwa (choć każdy widzi, że wykraczają). Razem z ofensywą lotniczą wspierającą czynnie przeciwników Kaddafiego ruszyła równie silna ofensywa propagandowa. Za zachodnimi specami od propagandy nasi dziennikarze z poważnymi minami, udając, że doskonale rozumieją, o co w tym wszystkim chodzi, zaczęli powtarzać, że interwencja zbrojna koalicji (teraz już oficjalnie NATO) ma na celu obronę ludności cywilnej przed Kaddafim. Na ekranach telewizorów i na stronach gazet możemy czasem zobaczyć tych cywilów z karabinami maszynowymi, granatnikami i innymi artykułami gospodarstwa domowego, którymi – jak wiadomo – cywile zwykle się posługują. Nie wiemy, ilu cywilów straciło życie z rąk siepaczy Kaddafiego, ale też nie wiemy, ilu przypadkowych cywilów zginęło w wyniku nalotów, a ilu od kul powstańców. Ostatnio w świat poszła wiadomość, że siepacze Kaddafiego mają na sumieniu kolejną zbrodnię: zgwałcili w Trypolisie kobietę pochodzącą z Bengazi. Co więcej, jedna z naszych wielonakładowych gazet donosi z całą powagą, że żołnierze Kaddafiego uzbrojeni są nie tylko w karabiny, lecz także w viagrę i w prezerwatywy, co ma świadczyć o tym, że szykują się do masowych gwałtów. A nawet już zaczęli masowo gwałcić, co potwierdza pewien libijski lekarz, który w ubiegłym tygodniu stwierdził aż… dwa takie przypadki. Te okrucieństwa chyba uzasadniają nawet lądową ofensywę wojsk NATO, które nie może dopuścić do dalszych gwałtów. Tylko znani z łagodności i dobrych manier – wypróbowanych w Iraku i Afganistanie – żołnierze amerykańscy mogą ochronić cześć niewieścią Libijek.
O co chodzi w Libii, poza ropą oczywiście, nie wiem i z naszych mediów dowiedzieć się tego nie sposób. Nie wykluczam, że to ja jestem tępy i dlatego nic z tego nie rozumiem. A może nie nadążam za postępem. Nauczono mnie kiedyś, że od starożytności znane jest pojęcie wojny sprawiedliwej (bellum iustum), która jest odpowiedzią na nieusprawiedliwioną agresję.
W 1927 r. podpisano w Paryżu pakt, zwany paktem Brianda-Kelloga, który zawierał bezwzględny zakaz wojny agresywnej, zezwalał tylko na wojnę obronną. W 1974 r. rezolucja nr 3314 Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych określiła agresję jako użycie siły zbrojnej przeciw suwerenności terytorialnej lub niezawisłości politycznej innego państwa. Rezolucja podała też przykłady agresji: napaść czy atak sił zbrojnych jakiegoś państwa na terytorium innego państwa, bombardowanie lub użycie jakiejkolwiek innej broni przeciw terytorium innego państwa, blokada portów lub wybrzeży, zaatakowanie sił zbrojnych innego państwa…
Uzasadnienie agresji tym, że jest ona konieczna do obrony ludności cywilnej, że jest misją stabilizacyjną lub pokojową, nie zmienia istoty rzeczy. Agresja pozostaje agresją. Zresztą, usprawiedliwianie agresji w ten sposób też nie jest niczym nowym. We wrześniu 1939 r. Armia Czerwona wkroczyła do Polski pod pretekstem „ochrony ludności ukraińskiej i białoruskiej”. W Polsce nikt nie miał jednak wątpliwości, że była to agresja. Sowieckie usprawiedliwienie agresji na Polskę też nie było czymś nowym. Caryca Katarzyna, wysyłając swe wojska do Polski w końcu XVIII w., też twierdziła, że wchodzą one jako… przyjazne. Wkraczając do Czechosłowacji w 1968 r., wojska Układu Warszawskiego wedle ówczesnej propagandy też nie dokonywały agresji, tylko „wkraczały z bratnią pomocą”. Nie trzeba przypominać, że takiej „bratniej pomocy” baliśmy się w 1980 i 1981 r.
No to jak to jest z tą „obroną ludności cywilnej” w Libii w świetle prawa międzynarodowego?
Kiedyś w PRL żartowaliśmy sobie, że jest nowa definicja agresji. Wedle niej, z agresją mamy do czynienia wtedy, gdy jedno państwo napadnie na drugie państwo bez zgody Związku Radzieckiego. Czy teraz trzeba tę ostatnią definicję jakoś przeredagować zgodnie z duchem czasu i aktualną sytuacją polityczną na świecie?
Całe szczęście Polska – jak dotąd – w libijskiej awanturze nie uczestniczy, co wynika, zdaje się, nie tyle z mądrości naszych przywódców, ile raczej z braku środków pozwalających na wyekspediowanie do północnej Afryki resztek sił zbrojnych zdolnych jeszcze do akcji. Chyba że koalicja zapotrzebowałaby jedyne nasze pełnosprawne jednostki, czyli kompanię honorową lub orkiestrę reprezentacyjną, które mogłyby być przydatne do oprawy uroczystości wyprawianych w związku ze zwycięskim zakończeniem operacji obrony ludności cywilnej i obaleniem tyrana.

Wydanie: 14/2011

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy