Radosny, bojowy, roześmiany dziób

Radosny, bojowy, roześmiany dziób

Toniemy! Złowieszcze masywy czerni gromadzą się nad naszym statkiem. Ciemno, że oko wykol. I jeśli gdzieś zamigocze świeczka – to raczej na grobowcu. Ludzie za burtą, szalupy roztrzaskane. Słychać szyderczy śmiech spod wody – jakby rząd diabłów obradował na dnie. Toniemy! Kto nam rzuci koło ratunkowe? Ta biedaczka, która cudem nie zachorowała na szkorbut? Kultura? Owszem, ma drewniany kołek zamiast lewej nogi. Wypadła jej górna dwójka. Trzy blizny na brzuchu opowiadają historię jej otwartych frontów. Ale idzie, wsiewa się w każdą bruzdę. Jak mewa tułaczka daje nam trochę nadziei, że gdzieś niedaleko jest ląd.

Pierwszym kołem ratunkowym jest Świrszczyńska. Ona nam pomoże, kiedy zimno na strajkach, a z wilgotnych banerów smutno ścieka farba. Kiedy w telewizji znów rzucają w siebie płodami i państwo szuka ofiar, i tym razem to (znowu) my, Świrszczyńska przychodzi z prostym, bezpośrednim wierszem, którym można strzelać na ulicy. Skoro, jak pisał Broniewski, wiersz to strzelecki rów i rozkaz. Weźmy pierwszy tekst z tomu „Jestem baba”: „Mam przyjaciółki na plantach, / stare żebraczki, wariatki. / W ich oczach są pierścionki, / z których wypłynęły drogie kamienie. / Opowiadamy sobie swoje życia / od dołu, od człowieczego dna. / Siostry z dna, / mówimy biegle językiem cierpienia. / Dotykamy swoich rąk, / to nam pomaga. / Odchodząc całuję je w policzek / delikatny jak woda”. Jeśli szukacie swojej poetki rewolucyjnej – Anna rzuca wam koło ratunkowe.

Drugim kołem, które pomoże nam płynąć, są „Chore historie”. Jak znalazł na chore czasy! Dziś każda kartka z dziennika Polaka mogłaby mieć taki tytuł: „Poniedziałek: chore historie”, „Wtorek: chore historie cd.” – i tak do pieprzonej niedzieli! Książką „Chore historie” Gosia Kulik i Tomek Żarnecki włączają się w tzw. narracje maladyczne (z ang. malady – choroba), czyli literackie opowieści o chorobach. Historia literatury zna ich wiele – od kanonicznych, epickich powieści, jak „Czarodziejska góra” Tomasza Manna, po dzienniki pisarzy i pisarek – jak dziennik Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej czy „Kronos” Gombrowicza. Gosia Kulik i Tomek Żarnecki robią to po swojemu, publikując kompendium chorób w formie komediodramatu, gdzie o naszą uwagę konkurują czarny humor i fascynująca historia medycyny. I tak – gdybyście państwo chcieli np. zażyć szczepionkę przeciw ospie – możecie wzorować się na starożytnych Chińczykach, którzy w tym celu zbierali strupy (po ospie), następnie ucierali je na proszek i serwowali sobie do nosa. Aha, to książka kapitalnie zilustrowana przez Gosię!

Trzecim kołem ratunkowym jest duński komediodramat „Rita” – serial dostępny na platformie Netflix. Kiedy nie są państwo pewni, w jaki sposób się buntować i czy babeczki mogą być wręcz wulgarnie asertywne, nawet kiedy pracują w szkole – słodko wyuzdana Rita pokaże wam, jak to się robi w Danii. Obcisłe dżinsy, szatańskie buciory, pet w pogardliwych ustach i niewyparzona gęba – oto atrybuty bogini. Lubi alkohol, seks i swoje życie singielki. Ale to nie znaczy, że jest samolubna i narcystyczna – przeciwnie. Walczy o każdego ucznia, czasem w niekonwencjonalny sposób. A rodziców potrafi przegadać. Zresztą – każdego potrafi przegadać. Rita – na pohybel stereotypom i męskiej dominacji! Oglądajmy ją w Polsce. W Danii to serial kultowy.

Jeśli trzy koła ratunkowe, które nam rzuca kultura, zostaną zdruzgotane przez fale oceanu złych posłów i mroczne podchody pandemii – czwarte na pewno przyniesie państwu pocieszenie. To „Moby Dick”, który ufundował tę metaforę. Zasponsorował akapit marynistyczny i teraz żąda zadośćuczynienia. Jako dzieło kanoniczne (to taki „Pan Tadeusz” Amerykanów) jest powieścią, by tak rzec, niezgłębioną. Łączy bowiem w sobie elementy eseju, baśni, mitu, prozy poetyckiej, powieści łotrzykowskiej i komedii. To jedna z tych książek, które można czytać w nieskończoność – za każdym razem odnajdując inne wątki, pokłady, wysepki i prądy – od metafizycznych po erotyczne. Dlaczego to „Moby Dick” miałby nas podratować właśnie teraz? Opowiada o determinacji, cierpliwości i cholernej odwadze, która jest nam naprawdę potrzebna. A poza tym to powieść czarująca – coś pomiędzy Verne’em a Flaubertem. I żeby było miło – wznowieniu książki towarzyszy świetne posłowie Mikołaja Wiśniewskiego. Ta książka porywa czytelników, ładuje na swój statek i odbija od brzegu (radosny, bojowy, roześmiany dziób!), zostawiając za sobą ten przebrzydły ląd.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy