Pułapka

Pułapka

„Trzeba czynić wszystko, by Polska była tym, czym jest dziś Turcja. O niej mówi się, że to poważne państwo – stwierdził Jarosław Kaczyński na portalu wPolityce.pl. – Ten rodzaj wielkości jest do zdobycia. To wymaga najpierw zmiany władzy, a potem przebudowy elit. I to we wszystkich dziedzinach”.

Kawa na ławę, już wiemy, do czego dąży prezes. W Turcji demokracja jest ciężko chora. A prezydent Erdoğan, okrutny i mściwy, już od dawna zmierza ku dyktaturze i państwu religijnemu. Po nieudanym zamachu nabrało to niezwykłego wzmożenia. Tysiące aresztowanych, widać, że wszyscy od razu są bici. Dziesiątki tysięcy ludzi zostało wyrzuconych z pracy. Trwa w Turcji przebudowa elit. A w Polsce jest obsadzanie wszystkich możliwych stanowisk przez PiS swoimi. Problem, jak powymieniać pisarzy, reżyserów, malarzy i kompozytorów. Trzeba by ich zarazić nową religią lub śmiertelnie przestraszyć. To się udało Hitlerowi i Stalinowi, użyli jednak skrajnych metod. Nie podejrzewam prezesa aż o taką skrajność, więc to się nie powiedzie. Prawdziwa elita jest i będzie wrogiem prezesa. Trzeba więc ją opluskwiać i zohydzać. A jak się prezentuje intelektualnie i moralnie nowa elita, pokazała nam pani minister edukacji Anna Zalewska w programie Moniki Olejnik.
Nasz szambiarz, pan Krzysiek, też jest zdenerwowany sytuacją i poruszony. Nie znosi PiS i prezesa. Ale bardzo martwi go brak opozycji z prawdziwego zdarzenia i polityków z klasą po naszej stronie. Ma rację, tu jest wielka bieda.

Na przyjęciu u sąsiadów, ludzie w moim wieku, on jest inżynierem. Kilkanaście osób, to nie są na ogół humaniści, a jednak jest to polska inteligencja i to, co w niej najlepsze. Wszyscy jednomyślnie przerażeni i oburzeni tym, co się dzieje w Polsce. Ktoś jeździ w interesach na Węgry. Mówi: „Do niedawna patrzyliśmy z politowaniem na to, co tam się dzieje, a co teraz? Teraz oni tak na nas patrzą”.

Już po raz drugi czytam dzienniki Sándora Máraia, wybitnego węgierskiego pisarza. Przed laty ukazał się ich wybór w jednym tomie. Teraz zostanie opublikowanych aż pięć dużych tomów, pierwszy jest na rynku. Wszystkim, którzy lubią tę formę literacką, bardzo je polecam. Pierwszy tom mieści lata wojenne i bezpośrednio powojenne. Márai kocha ojczyznę, ale jest niezwykle krytyczny wobec Węgrów i ich zachowania w czasie wojny. To państwo – jak wiadomo – stanęło po stronie Hitlera, mieli swój faszyzm i strzałokrzyżowców, odpowiedzialnych za wielkie zbrodnie. Jak heroiczna na tym tle wydaje się postawa Polski, wrzesień ‘39, wielki ruch oporu, powstanie warszawskie. Doprawdy, Jedwabne i pogrom kielecki nie zagrażają temu ogólnemu obrazowi, zagrażają mu kłamstwa i próby przemilczeń.

Niezwykłe, a chyba niedocenione, są dzienniki polskiego kompozytora Zygmunta Mycielskiego, wydane kiedyś w Iskrach. Czytam ponownie zapiski z lat 50., potrzebna mi atmosfera tamtego czasu do książki o stalinizmie. W roku 1956 Mycielski notuje: „Co my możemy – tak bardzo na marginesie i zawsze, z obu stron, od zachodu i wschodu w wiecznym przedpokoju, w którym trudno wyprodukować kogoś, kto by objął spojrzeniem świat. Kto u nas tego potrzebuje, kto z nas chce, kto by mógł? – Lipa, kant, nieporządek, brud, kradzież, bieda”.

No właśnie, te słowa aktualne były jeszcze w roku ‘89. Ale już nie są. Wyszliśmy z przedpokoju. Jednak prezes nas tam na powrót wpycha. Ze swoim anachronizmem, niezrozumieniem Europy i świata, z dziadowskim nacjonalizmem. I jest na to przyzwolenie sporej części społeczeństwa. Mamy w sobie jednak ten gen autodestrukcji, o czym przypomina nasza historia.

Mogę uznać, że nasza prawica ma trochę racji, kiedy mówiąc o islamskich uchodźcach, stwierdza, że poprawność polityczna posunęła się za daleko. Ale PiS posuwa się o wiele dalej w zapiekłości, w ksenofobii, w braku empatii. Czym kompromituje swoje racje.

Na moim blogu czytelniczka ze Sztokholmu zostawiła ciekawy komentarz. Pisze o sobie trochę ironicznie, ale zdaje się bezradna wobec problemu. To przykład pułapki nowego humanistycznego myślenia, w której jest Europa. „Miałam dzisiaj podczas joggingu w Djurgården opaskę na nadgarstku z wyraźnym napisem Don’t touch me, ale jakiś uchodźca widać nie zrozumiał i podstawił mi nogę. Przewróciłam się, ale udało mi się wyrwać z jego rąk i uciec. Gdyby znał angielski, nie miałabym startych kolan i łokci. Bardzo mu współczuję.

Po starciu z uchodźcą byłam w Södersjukhuset na zastrzyku przeciwtężcowym. Czekałam długo, bo przywieźli do szycia głów uchodźców z jakiejś bójki. Po wszystkim zorientowałam się, że w poczekalni skradli mi saszetkę z biletem miesięcznym, kartą bankową i pieniędzmi. Musiałam wracać pieszo z Södermalm na Valhallavägen. Zastanawiałam się po drodze, czy blokować kartę. Bo może uchodźcy te moje pieniądze są bardziej potrzebne? Jednak zablokowałam. Źle się z tym czuję”.

Jakże znajome i miłe są mi miejsca w Sztokholmie, które wymienia. Ale takie myślenie zagraża jednak Zachodowi.

Wydanie: 30/2016

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy