Atak odparty!

Atak odparty!

W czasie debaty sejmowej na temat zatwierdzenia stanu wyjątkowego wzdłuż naszej wschodniej granicy najpierw przemówił pan premier, po nim głos zabrał pan minister spraw wewnętrznych.

Z obu tych przemówień wynikało, że Rzeczpospolita jest w najwyższym niebezpieczeństwie i tylko stan wyjątkowy w trzykilometrowym pasie przy wschodniej granicy może nas uratować. Mowa premiera bardziej była dramatyczna niż sławna mowa Becka w przededniu wybuchu wojny. Kto w tej sytuacji nie poprze rządu i jego stanu wyjątkowego, ten jest zdrajcą lub idiotą. U bram Rzeczypospolitej – zdaniem premiera – stoją uchodźcy w liczbie nieprzeliczalnej. Okazuje się, że Łukaszenka samolotami sprowadza ich z Azji i Afryki do Mińska i stamtąd ekspediuje na naszą granicę. Pomijając wszystko inne, wychodzi na to, że mało dotąd znane białoruskie linie lotnicze Belavia są wśród światowych przewoźników jakąś niesłychaną potęgą, której samoloty nie mogą wprawdzie lądować na lotniskach krajów należących do Unii Europejskiej, ale gotowe są wziąć na pokład tysiące, jeśli nie miliony nielegalnych imigrantów. Mało tego, za parę dni mają się rozpocząć na Białorusi manewry Zapad-21! Czy już to nie brzmi złowrogo? O poziomie wystąpienia Morawieckiego najlepiej świadczy to, że z ław zerwał się sam Antoni Macierewicz, rękę schodzącemu z mównicy premierowi ściskał i mowy gratulował. Zaiste tym przemówieniem Morawiecki Macierewiczowi dorównał.

Pan minister od wszelkich policji przemowę miał jeszcze bardziej dramatyczną, miejscami nawet nieco histeryczną. Zagrożenie zewnętrzne akcentował jeszcze mocniej niż premier. Patriotyzm też jako bezwzględne poparcie dla ratującego Ojczyznę stanu wyjątkowego definiował. Bez stanu wyjątkowego wokół Krynek i Włodawy niepodległość Polski zostanie utracona. Można było nabrać przekonania, że czołgi ruskie i białoruskie zbliżają się do przedmieść warszawskiej Pragi.

Nieobecność prezydenta w Sejmie, w którym los Rzeczypospolitej się ważył, niektórzy pewnie tak sobie tłumaczyli, że razem z żoną Agatą rowy przeciwczołgowe na przedpolu Warszawy już kopie. Niektórzy jednak pamiętali, że jeszcze całkiem niedawno, gdy wraże czołgi już zapewne szły, prezydent dobrze się bawił na stadionie, kibicując polskim piłkarzom. Wywołać to musiało u niektórych niejaki dysonans poznawczy. Ale elektorat PiS wszystko potrafi sobie zracjonalizować. Zapewne swą obecnością na stadionie chciał prezydent wrogom pokazać, że się ich nie boi…

Na tle dramatycznych wystąpień premiera, ministra i przedstawiciela PiS wystąpienia posłów opozycji, którzy chcieli być merytoryczni, wypadły słabo. Co z tego, że nie ma konstytucyjnych przesłanek wprowadzenia stanu wyjątkowego, gdy byt ojczyzny zagrożony?

Naród został przestraszony. Efekt propagandowy osiągnięto. Słupki poparcia dla PiS, jedynej siły patriotycznej, która, wprowadzając teraz stan wyjątkowy przy białoruskiej granicy, uratowała niepodległość Polski, podskoczą. Tyle że na krótko. Za kilka dni manewry Zapad-21 się skończą, tak jak wszystkie poprzednie, odbywane przecież cyklicznie. Zakończy się budowa drucianego wału Adriana. Nawet „ciemny lud”, adresat propagandy Jacka Kurskiego, po namyśle dojdzie chyba do wniosku, że to nie przez ten stan wyjątkowy w trzykilometrowym pasie wraże czołgi zawróciły, a cała operacja polegała tylko na usunięciu dziennikarzy i działaczy organizacji humanitarnych z terenu działań Straży Granicznej, policji i wojska. Ukrycie tych działań przed opinią publiczną zdaje się jedynym celem wprowadzania stanu wyjątkowego. Ale jeśli coś się ukrywa, to znaczy, że nie ma czym się chwalić.

Nie wiemy, co z nieszczęśnikami uwięzionymi na granicy. O pomoc humanitarną dla nich oprócz wielu organizacji pozarządowych apelowali duchowni różnych wyznań. Niestety, brakło wśród nich hierarchów Kościoła katolickiego. Słowa „Byłem głodny, a daliście mi jeść, byłem spragniony, a daliście mi pić, byłem przybyszem, a przyjęliście mnie” jakoś naszym biskupom się nie kojarzą. A to słowa Chrystusa, nie Mahometa. Nic dziwnego, że pojawił się mem z zasiekami z drutu kolczastego i podpisem: „Jakie chrześcijaństwo, takie przedmurze”.

Oczywiście problem z uchodźcami i grającym nimi Łukaszenką jest poważny. Mamy do czynienia z nową jakością, do której nie przystaje dotychczasowe prawo ani europejskie, ani polskie. Coś z tym trzeba zrobić. Przede wszystkim trzeba się porozumieć na poziomie UE i z sąsiadami, którzy mają identyczny problem z Łukaszenką. A może trzeba było postawić problem na forum NATO? Wezwać misję Międzynarodowego Czerwonego Krzyża? Zdecydowanie trzeba było problem umiędzynarodowić. Konflikt na granicy nie wyklucza jednak ani pomocy humanitarnej, ani obecności na miejscu dziennikarzy. Nawet w strefie frontowej działają Czerwony Krzyż i reporterzy wojenni.

Tymczasem ze strefy objętej stanem wyjątkowym usunięto dziennikarzy i organizacje humanitarne. Wygląda na to, że chciano coś ukryć przed polską i międzynarodową opinią publiczną, a nie rozwiązać problem nielegalnej migracji. A co, jeśli na czas stanu wyjątkowego Łukaszenka zaprzestanie przerzutu imigrantów, a wznowi operację zaraz po jego zakończeniu? Zostanie wprowadzony kolejny stan wyjątkowy? Brak pomysłu, jak z tego wybrnąć, i zupełna izolacja Polski w Europie powodują, że problem pozostanie. Społeczeństwo przestraszyć łatwo. Ale trzymać przestraszone długo się nie da. Zagrożenia i ostrzeganie przed nimi są stopniowalne. Nie wiem, co mógłby jeszcze powiedzieć premier, gdyby obce czołgi rzeczywiście szły na Warszawę. Za jakiś czas lęk minie. Inflacja i problemy społeczne nie tylko pozostaną, ale wszystko wskazuje, że jeszcze się nasilą. Słupki poparcia dla PiS, które na chwilę wzrosły, opadną. Mam nadzieję, że nieodwracalnie.

j.widacki@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 38/2021

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy