Gowin na prezydenta

Gowin na prezydenta

W ciągu ostatniego dwudziestolecia Polska miała jednego wybitnego człowieka na stanowisku ministra sprawiedliwości – Wiesława Chrzanowskiego. Polityk ten jest w zbyt dużym stopniu intelektualistą w ścisłym sensie tego słowa, aby mógł łatwo nawiązać porozumienie z szeroką opinią publiczną; miotanie się po scenie politycznej jest jak najdalsze od jego temperamentu, a jak wiadomo, kto po tej scenie nie biega w tę i z powrotem, nie skacze i nie krzyczy na ludzi, ten ma małe szanse na przewodzenie choćby tylko własnej partii. Inni wybitni ministrowie sprawiedliwości w tej chwili nie przychodzą mi na pamięć, co nie znaczy, że ich nie było. Profesor Ćwiąkalski był znakomity, dopóki urzędował, ale jego odejście zostało tak przez Donalda Tuska zaaranżowane, jakby się na tym stanowisku znalazł przez pomyłkę. Nominacja posła Czumy wywołała ogólne zdziwienie, u wielu zgorszenie, ale miała też zwolenników. Największe zadowolenie z tej dziwnej nominacji obwieścił w telewizji Jarosław Gowin. Osobiście nie byłem ślepy na słuszne pomysły ministra Czumy. Gdyby mu nie przeszkodzono, jako jeden z pierwszych nabyłbym pistolet wielostrzałowy, bo od dawna mam na oku pewnego złego człowieka, a nawet dwóch. Czuma miał lepsze kwalifikacje do sprawowania tego urzędu niż obecny minister sprawiedliwości, bo i prawo w młodości studiował, i miał osobiste przejścia z wymiarem sprawiedliwości.
Dzięki krótkotrwałemu urzędowaniu na stanowisku ministra sprawiedliwości Lech Kaczyński został niespodziewanie prezydentem RP, a Zbigniew Ziobro był bliski zrobienia takiej samej kariery. Pierwszy z nich nie miał w sobie nic, co by tłumaczyło taki sukces, a drugi, będąc „zerem”, nic, co by zapowiadało, że będzie bliski takiego sukcesu.
Lech Kaczyński w roli ministra sprawiedliwości miał odwagę głosić to, co ludzie czuli, a czuli, że władza pomniejsza różnicę między przestępcami a ich ofiarami, pierwszych niewystarczająco karze, drugich niewystarczająco bierze w opiekę. Wyczuli w ministrze bliskiego sobie człowieka i obdarzyli go sympatią, której wystarczyło na długo i jeszcze zostało dla jego brata.
Awansowanie Ziobry, człowieka zbyt młodego i moralnie niedojrzałego, do wysokości ministra sprawiedliwości było czynem politycznej nieodpowiedzialności, jak wiele innych postanowień Jarosława Kaczyńskiego.

W Polsce, podobnie zresztą jak w wielu innych krajach – ale nie wszystkich innych – istnieje znaczna rozbieżność poglądów między klasą ludzi żyjących z gadania – dziennikarzy, polityków, pedagogów wszelkich odmian – a ludźmi trochę cięższej pracy, zwanych zwykłymi. Ta rozbieżność najwyraźniej się rysuje, gdy chodzi o stosunek do zachodzącej rewolucji obyczajowej; ci pierwsi łatwiej ją akceptują, chętniej do niej przystępują, popisują się radykalizmem w jej głoszeniu, drudzy są albo obojętni i nawet nie patrzą w tę stronę, albo są zgorszeni i tylko czekają na okazję, aby się na tamtych zemścić. Żaden członek rządu nie ma takiej łatwości grania na tej różnicy jak minister sprawiedliwości.
Parę miesięcy przed wyborami do Sejmu wieszczyłem na tym miejscu, co prawda w trybie warunkowym, że premierem przyszłego rządu zostanie Jarosław Gowin. Dużą przykrość sprawili mi internauci, nie doceniając mojej przepowiedni, a przecież sprawdziła się w 50 procentach. Teraz prorokuję, że Ministerstwo Sprawiedliwości wykatapultuje Jarosława Gowina na prezydenta RP już w najbliższych wyborach. Opuści on kołnierz, włoży cylinder i będzie jak wykapany Mościcki. Program wyborczy w głównych punktach ma już napisany, można przeczytać w ostatniej „Polityce” (nr 48). Chodzi już tylko o to, aby roznamiętnić spór wokół problemów rewolucji obyczajowej. Gdy mgławica ugrupowań lewicowych nagłośni sama lub jej przeciwnicy nagłośnią jej żądanie bezpłatnych środków antykoncepcyjnych i opłacania przez państwo zapłodnień in vitro, gdy w Sejmie zaczną się spierać o legalizację marihuany, gdy toczyć się będzie debata o „małżeństwach” homoseksualnych, a zwłaszcza o dopuszczalności adopcji dzieci przez takie pary, milcząca większość zapragnie mieć na stanowisku prezydenta kogoś takiego jak Jarosław Gowin, a najlepiej, żeby to był on sam. I podobnie jak to było w przypadku Lecha Kaczyńskiego, nikt nie będzie dociekał, czy ma on kwalifikacje do pełnienia takiego urzędu. Szajba obrońcy tradycyjnych wartości zupełnie wystarczy. Nie twierdzę, że cały naród za nim pójdzie. Wygra stosunkiem głosów 50% plus 1 głos.

Wydanie: 48/2011

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy