Po pogrzebie Pawła Adamowicza

Po pogrzebie Pawła Adamowicza

Traumatyczne zdarzenia powodują, że pokazujemy, jacy naprawdę jesteśmy. Zabójstwo Pawła Adamowicza było takim wydarzeniem.

Najpierw zareagowali dziennikarze. Sądząc po ich pierwszych reakcjach, najważniejsze dla nich było, czy zamach na prezydenta Gdańska był aktem terrorystycznym i czy chorobę psychiczną można symulować. To ostatnie pytanie generowało kolejne: czy z zabójcy ktoś celowo chce zrobić chorego psychicznie, aby uwolnić go od odpowiedzialności karnej. Już takie postawienie sprawy sugerowało wiarę w jakiś spisek. Stefan W. zapewne działał na czyjeś zlecenie, a teraz „chcą z niego zrobić wariata”.

Gdy wiadomo już było, że Stefan W. właśnie wyszedł z więzienia, gdzie spędził pięć i pół roku, minister sprawiedliwości i prokurator generalny w jednej osobie z właściwą sobie obsesją oraz chronicznym brakiem elementarnej wiedzy prawniczej i kryminologicznej publicznie postawił pytanie, dlaczego Stefan W. dostał taki łagodny wyrok, i obiecał to zbadać. Faktycznie, gdyby dostał dożywocie, jeszcze by siedział, a więc nie dokonałby zabójstwa. To co, wszystkich profilaktycznie wsadzać na dożywocie? Świetny pomysł! Dorównujący szefowi mądrością i kompetencją wiceminister od razu zauważył, że na pewno popełniono błędy w organizacji finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, dając do zrozumienia, że w gruncie rzeczy za zabójstwo prezydenta Adamowicza odpowiada Jurek Owsiak i jego WOŚP.

Okazało się jednak, że reakcja społeczna na zabójstwo prezydenta Gdańska jest silna i jednoznaczna, więc politycy zaczęli kombinować, jak ją wykorzystać dla siebie. PiS generalnie udawało wielką powściągliwość, jego fighterzy, zwykle obrzucający WOŚP i Owsiaka błotem, na chwilę się wyciszyli. PiS i Platformę połączyła nie tyle żałoba, ile amnezja. Poza zupełnie plugawymi wyjątkami politycy i publicyści PiS zapomnieli nawet, że jeszcze niedawno insynuowali, że Paweł Adamowicz to przestępca i aferzysta. Prezydent z premierem, mimo wyraźnej – zdaje się – niechęci rodziny zmarłego postanowili wziąć udział w pogrzebie i pokazać się przed kamerami. Politycy PO demonstrowali miłość do zabitego prezydenta z taką żarliwością, a jego zasługi dla Gdańska i demokracji wychwalali z takim przekonaniem, że aż trudno było uwierzyć, że nie poparli go w ostatnich wyborach, wystawiając w nich konkurenta. Kościół zapomniał, jak dotąd traktował Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, i sprawiał wrażenie, że chyba nawet ją i Jurka Owsiaka lubi. Wyleciało mu też z pamięci, jaki ma udział w podziale społeczeństwa, w sianiu nienawiści. Teraz nagle odnalazł swoją misję i głosami hierarchów nawoływał do wyrzeczenia się nienawiści, do miłości bliźniego.

Tym wyraźniej zajaśniały postacie Magdaleny Adamowicz, o. Ludwika Wiśniewskiego czy zastępczyni prezydenta Gdańska, a teraz jego następczyni, Aleksandry Dulkiewicz. Wystąpienie tej pierwszej, spokojne, mądre, pozbawione jakiegokolwiek patosu, a tym bardziej nienawiści, wycisnęło łzy z oczu obecnych. Dawno nikt w Polsce nie przemawiał tak mądrze, tak szlachetnie, tak po chrześcijańsku. Nikt dawno nie powiedział rządzącym tyle prawdy w oczy. Bez nienawiści, bez emocji. Podobnie dominikanin o. Wiśniewski. To nie liczni na pogrzebie biskupi i arcybiskupi, ale on był sumieniem Kościoła. Piętnował zło, którego owocem była śmierć prezydenta, i nie taił, że to zło jest także w Kościele.

Przy tej okazji Polska poznała dotąd znaną zapewne tylko gdańszczanom zastępczynię zabitego prezydenta. Słuchając jej, mogła się przekonać, że o ważnych sprawach da się mówić zupełnie innym językiem niż ten, którym na co dzień posługują się politycy. Gdy zaś Aleksandra Dulkiewicz oświadczyła, że to ona usadziła prezydenta z premierem w piątym rzędzie i że bierze za to odpowiedzialność, pokazała, że ma odwagę cywilną.

Ale przede wszystkim dni uroczystości pogrzebowych Pawła Adamowicza pokazały, że Polacy potrafią być solidarni, że nie są tak podzieleni jak klasa polityczna. A rekordowe wpłaty na WOŚP dowiodły, po czyjej stronie jest ich sympatia.

Wrócę na chwilę do początku felietonu. Oczywiście Stefan W. nie jest żadnym terrorystą. Nie jest nim ani w normatywnym sensie tego słowa, ani żadnym innym słownikowym. Jeśli to prawda, co podają media, jest człowiekiem chorym psychicznie. Podobno jeszcze w czasie odbywania kary rozpoznano u niego schizofrenię paranoidalną. Co w takim razie robił od tego momentu w zakładzie karnym? Dlaczego nie znalazł się w szpitalu? A może tę diagnozę postawiono za późno? Może był źle zdiagnozowany, gdy trafił na pięć i pół roku za kraty zamiast na leczenie? Dlaczego zlekceważono ostrzeżenia matki zgłoszone przed jego wyjściem z więzienia? Może minister sprawiedliwości ze swoim zastępcą potrudziliby się nad odpowiedzią na te pytania? Przez ostatnie ponad trzy lata to kierowany przez nich resort odpowiadał za Stefana W.

Oczywiście w każdym czasie i w każdym społeczeństwie może się zdarzyć, że ktoś chory psychicznie zabije z motywów chorobowych, psychotycznych. I nie pomoże tu żadna ochrona. Czasem zabije osobę najbliższą, czasem osobę publiczną. W tym drugim wypadku wybór ofiary podyktowany jest atmosferą, której zabójca ulega. Ci, którzy przez ostatnie lata przyczynili się do siania nienawiści, ci, którzy na nienawiść nie reagowali, nie mogą mieć czystego sumienia. Nie mogą twierdzić, że nie mieli wpływu na czyn chorego psychicznie. Mieli.

Wydanie: 5/2019

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Komentarze

  1. komarrek
    komarrek 3 lutego, 2019, 11:20

    Doszło do morderstwa i większość komentatorów wyłączyła mózgi. No chyba że to po prostu cyniczna próba wykorzystania tego wydarzenia do własnych celów czy to politycznych czy to do napisania artykułu z daną tezą. Mówimy o przestępcy który wyszedł z więzienia i kogoś zabił, więc przestańcie bredzić o mowie nienawiści bo ona nie ma z tym nic wspólnego. Te same brednie słyszeliśmy kilka lat temu po ataku na biuro PIS.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy