Tag "Zbigniew Ziobro"

Powrót na stronę główną
Felietony Jan Widacki

Duet Mitera i Żurek

Przypadkiem natrafiłem na Facebooku na rolkę, na której minister sprawiedliwości – prokurator generalny Waldemar Żurek demonstrował dane dotyczące przestępczości drogowej. Pokazywał liczby zabitych przez pijanych kierowców i straszył wysokimi karami. Przekonywał, że prokuratura i wymiar sprawiedliwości pod rządami obecnej koalicji rozprawią się z przestępcami drogowymi. Sens wypowiedzi ministra Żurka współgrał z demagogicznym i emocjonalnym uzasadnieniem wyroku w sprawie Łukasza Żaka, jakie wygłosił arcypisowski sędzia Mitera.

Jestem przekonany, że to uzasadnienie sędziego Mitery, pokazywane przez wszystkie telewizje, spodobało się wielu ludziom. Na tym przecież polega demagogia. Nie wiem tylko, dlaczego minister postanowił przelicytować sędziego. Czy chodziło o to, by pokazać, że nie tylko pisowcy, ale „my też ostro zwalczamy bandytów drogowych”? Minister pokazał liczby wypadków drogowych, w tym ze skutkiem śmiertelnym, liczby osób, które zginęły w wypadkach spowodowanych przez pijanych kierowców. To wszystko prawda, ale niecała.

Trzeba pamiętać, że liczba pojazdów mechanicznych na polskich drogach rośnie lawinowo, tylko w ostatnim 10-leciu wzrosła o 12%. Do tego dodajmy jeżdżące po naszych drogach samochody z obcą rejestracją, a tych jest rocznie z samych tylko Rosji, Białorusi i Ukrainy ponad 3 mln. Liczba samochodów z krajów UE, które jeździły w Polsce, jest nieznana. Rośnie więc liczba pojazdów, a liczba wypadków drogowych na szczęście maleje. W ostatnim 10-leciu zmalała aż o 40%! Maleje też liczba wypadków ze skutkiem śmiertelnym. W stosunku do 2016 r. zmalała o 45%. W 2025 r. było ich 1660, w 2016 r. aż 3026. W 2025 r. liczba wypadków była o 3% mniejsza niż w 2024.

Liczba wypadków ze skutkiem śmiertelnym była aż o 14% mniejsza niż w roku poprzednim. Wedle statystyk policyjnych w 2025 r. uczestnicy ruchu pod wpływem alkoholu spowodowali 1358 wypadków (6,5%), w których zginęło 170 osób (10,2%). W tej liczbie mieszczą się pijani rowerzyści,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Długa lista rozłamów Kaczyńskiego

Nigdy nie miał skrupułów, by rozbijać inne partie

Nigdy wcześniej nie było w Polsce tak długowiecznego lidera partyjnego jak Jarosław Kaczyński. Ćwierć wieku Prawa i Sprawiedliwości, a wcześniej cała dekada Porozumienia Centrum nie były jednak czasem niekwestionowanego przywództwa prezesa tych ugrupowań. Przeciwnie – historia PC i PiS toczyła się w rytm kolejnych rozłamów dokonywanych przez tyleż ambitnych, co zbyt samodzielnych polityków, dla których nigdy nie było miejsca w formacji Kaczyńskiego. Jednocześnie warto pamiętać, że sam Kaczyński nigdy nie miał skrupułów, by inspirować rozłamy w innych ugrupowaniach, jeśli tylko mógł z tego odnieść doraźne korzyści.

Wymiana kadr

Wszak utworzenie w maju 1990 r. Porozumienia Centrum nie było niczym innym, jak pierwszym rozłamem w wielkim obozie Solidarności, którego polityczną reprezentację od wiosny 1989 r. stanowił ruch komitetów obywatelskich. Jarosław Kaczyński dokonał tego rozłamu, nie kryjąc, że jego celem jest „przyśpieszenie”, które miało polegać na szybkiej wymianie kadr państwowych z PRL-owskich na solidarnościowe. W jego opinii nie robił tego wystarczająco szybko rząd Tadeusza Mazowieckiego, dlatego Kaczyński oskarżył premiera o prowadzenie polityki „grubej kreski” i zaczął go publicznie atakować. Wykorzystał przy tym prezydenckie ambicje Lecha Wałęsy, organizując PC jako koalicję różnorodnych środowisk wspierających lidera Solidarności w drodze do Belwederu. Stąd też początkowo w PC znalazły się małe ugrupowania chadeckie, ludowe, a nawet Kongres Liberalno-Demokratyczny, czyli partia Donalda Tuska i jego kolegów.

Dopiero zwycięstwo wyborcze Wałęsy w grudniu 1990 r. pozwoliło Kaczyńskiemu przekształcić PC w jednolitą partię. Na jej prezesa został wybrany na pierwszym kongresie, który odbył się w marcu 1991 r. Nie było tam już wtedy ani gdańskich liberałów, ani solidarnościowych ludowców, ani chadeków spod znaku mecenasa Władysława Siły-Nowickiego, a Jarosław Kaczyński był jedyną rozpoznawalną postacią w nowej partii. Wybrano go większością 368 głosów, podczas gdy jedyny kontrkandydat otrzymał zaledwie 40 (był nim zupełnie zapomniany później Janusz Andruszkiewicz).

Trudno temu się dziwić: lider PC był już wtedy szefem Kancelarii Prezydenta, zatem jego ugrupowanie uchodziło za „wałęsowską partię władzy”, do której lgnęło wielu karierowiczów, w tym dawnych działaczy PZPR, ZSL, SD czy PAX – mimo że PC głosiło hasło dekomunizacji. Mało kto wtedy zdawał sobie sprawę, że relacje między Kaczyńskim a Wałęsą są coraz gorsze i tylko dzięki wejściu do Sejmu jesienią 1991 r. (wcześniej byli senatorami) braciom Kaczyńskim udało się uniknąć spektakularnego wyrzucenia z Belwederu.

W tych pierwszych całkowicie demokratycznych wyborach parlamentarnych wystawiono kilkadziesiąt list, a wśród nich Porozumienie Obywatelskie Centrum – sojusz PC z częścią działaczy komitetów obywatelskich oraz niewielką grupą ludowców pod wodzą Romana Bartoszczego, noszącą patetyczną nazwę Polskie Forum Ludowo-Chrześcijańskie „Ojcowizna”.

Pierwotnym planem Kaczyńskiego był wspólny start wyborczy z odrodzonym PSL, którego solidarnościowy ludowiec Bartoszcze był pierwszym prezesem, jednak plany te pokrzyżowała większość dawnych działaczy ZSL. W czerwcu 1991 r. doprowadzili oni do odwołania prezesa (nowym został młody Waldemar Pawlak) i samodzielnego startu w wyborach, Bartoszcze zaś dokonał rozłamu, który jednak w niczym nie zagroził PSL.

Na listę POC w 1991 r. padło prawie milion głosów (8,71%) – dało to Kaczyńskiemu 44-osobowy klub w Sejmie. On sam miał wówczas zaledwie 42 lata, co w elitach postsolidarnościowych stawiało go na niezbyt wysokiej pozycji. Dlatego musiał wykreować na premiera kogoś starszego i z większym autorytetem – znanego adwokata Jana Olszewskiego.

Rozłam dotkliwy, ale niejedyny

Nowy gabinet przetrwał zaledwie pół roku, skutecznie konfliktując się z większością ugrupowań i z prezydentem Wałęsą, lecz z punktu widzenia Kaczyńskiego najgorsze było to, że premier zupełnie nie liczył się z jego przywództwem. Toteż nie było wielką niespodzianką, że niedługo po upadku rządu

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Dama wymiaru Prawa i Sprawiedliwości

Neosędzia Maria Szczepaniec została prezeską nielegalnej Izby Odpowiedzialności Zawodowej Sądu Najwyższego

Decyzja prezydenta nie powinna dziwić. Jak wiadomo, Karol Nawrocki wsparł zamach PiS na wymiar sprawiedliwości, stając murem za neosędziami powołanymi przez upolitycznioną i nieuznawaną przez środowiska prawnicze Krajową Radę Sądownictwa. Takich neosędziów, z których część publicznie manifestuje propisowskie poglądy, jest ok. 3 tys. Należy do nich Maria Szczepaniec, profesorka prawa z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. W statucie bogobojnej uczelni zapisano, że jej misją jest „poszukiwanie prawdy, dbanie o dziedzictwo narodowe, upowszechnianie i promowanie wartości chrześcijańskich, w szczególności katolickich, w życiu indywidualnym, społecznym, narodowym, państwowym i w ramach wspólnoty międzynarodowej”.

Rozdwojenie jaźni

Maria Szczepaniec musi cierpieć na syndrom doktora Jekylla i pana Hyde’a. W murach szacownego uniwersytetu jest wierną córą Kościoła katolickiego, oddaną najpiękniejszym i najszlachetniejszym wartościom. Gdy jednak przekracza próg Sądu Najwyższego, staje się przedstawicielką pisowskiej kasty prawniczej reprezentującej butę, arogancję i pogardę wobec prawa oraz obowiązujących norm społecznych. Inaczej nie da się wytłumaczyć dwóch tak skrajnych postaw.

Przypomnijmy: aby zalegalizować działalność przestępczą (co widać teraz w pełnej krasie), PiS podporządkowało sobie wymiar sprawiedliwości. W tym celu usunięto z Krajowej Rady Sądownictwa 15 sędziów, jej członków, a w ich miejsce powołano stronników ówczesnej partii rządzącej.

Takie działanie – jak orzekły Sąd Najwyższy, Naczelny Sąd Administracyjny i europejskie trybunały – było nielegalne, a nowa KRS stała się zależna od władzy ustawodawczej i wykonawczej. W ten sposób Jarosław Kaczyński i spółka przejęli całkowitą kontrolę nad organem konstytucyjnym mającym stać na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Kontrolując KRS, partia władzy miała wpływ na nominacje sędziowskie, co było pogwałceniem wszelkich reguł praworządności.

Gdyby Maria Szczepaniec kierowała się wartościami zapisanymi w statucie UKSW,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Rzecznik praw PiS

Wystawienia Adama Borowskiego jako kandydata na rzecznika praw obywatelskich jest hucpą

„Pańska droga życiowa jest pięknym świadectwem odwagi, patriotyzmu, wierności wartościom oraz nieustannej służby drugiemu człowiekowi. Wieloletnia działalność społeczna i obywatelska stanowi wzór dla kolejnych pokoleń Polaków oraz dowód, że konsekwencja, uczciwość i troska o dobro wspólne mają fundamentalne znaczenie dla budowy silnego państwa. Jesteśmy przekonani, że doświadczenie, autorytet moralny oraz głębokie zrozumienie spraw obywatelskich czynią Pana najlepszym kandydatem do pełnienia tej zaszczytnej i odpowiedzialnej funkcji. Pańskie życie i dokonania są inspiracją dla wszystkich, którym bliskie są prawda, sprawiedliwość i służba Narodowi”, napisali w portalu X prawnicy ze Stowarzyszenia „Veritas et Ius. W Służbie Narodowi”, gratulując Adamowi Borowskiemu nominowania przez Jarosława Kaczyńskiego.

Takie poparcie nie jest przypadkowe. Veritas et Ius skupia propisowskich sędziów, prokuratorów i adwokatów, a działalność zainaugurowało w siedzibie warszawskiego klubu „Gazety Polskiej”, którego szefem jest Borowski. Na czele stowarzyszenia stoją owiani złą sławą neosędziowie Piotr Schab i Michał Lasota, zwani „rzeźnikami”, „katami” lub „egzekutorami” Zbigniewa Ziobry. Panowie ci za rządów PiS zrobili zawrotne kariery. Schab został głównym rzecznikiem dyscyplinarnym sędziów sądów powszechnych, a Lasota jego zastępcą. Zasłynęli z represjonowania sędziów za to, że ci stosowali się do wyroków Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, Europejskiego Trybunału Praw Człowieka i Sądu Najwyższego, protestowali przeciwko upolitycznianiu sądownictwa i uczestniczyli w akcjach w obronie praworządności. Między innymi za represje wobec sędziów, ale też inne popełnione przestępstwa, Schaba i Lasotę ściga teraz prokuratura.

W każdym cywilizowanym kraju taka rekomendacja byłaby kompromitująca dla kandydata na urząd ombudsmana, ale Borowski nie ukrywa swoich propisowskich, zamordystycznych poglądów (dwukrotnie bez powodzenia startował z list PiS do Sejmu, był w komitecie poparcia Karola Nawrockiego). Zaciekle zwalcza obóz demokratyczny, który jest dla niego spuścizną zdradzieckiego układu okrągłostołowego, a oprócz tego zgniłe brukselskie elity, liberałów, ekologów i tęczowe lewactwo. Może to dziwić, bo w czasach PRL Borowski działał w opozycji, za co był represjonowany. W wolnej Polsce uznał chyba, że jedyna demokracja, jaka jest do przyjęcia, to ta firmowana przez PiS. Ale to niejedyny powód, dla którego nie nadaje się na RPO.

Wszyscy dotychczasowi rzecznicy byli prawnikami, często wybitnymi, i mieli ogromny szacunek dla prawa, do tego cechowała ich empatia. Wystarczy wspomnieć profesorów Ewę Łętowską, Tadeusza Zielińskiego, Adama Zielińskiego czy Andrzeja Zolla. Tymczasem Adam Borowski, absolwent technikum mechanicznego, nigdy nie zajmował się prawami człowieka. Nie ma bladego pojęcia o prawie. W sposób lekceważący podchodzi do porządku prawnego, jeśli nie jest mu z nim po drodze.

Partyzant wolnego słowa

Na kandydacie na urząd RPO ciąży wyrok za zniesławienie Romana Giertycha, o którym Borowski powiedział, że „współpracuje z przestępcami”. Chodzi o głośną sprawę Polnordu, w związku z którą Zbigniew Ziobro chciał wsadzić wpływowego mecenasa do aresztu, czemu przeciwne były kolejne sądy. Oczywiście na swoje twierdzenia Borowski nie miał żadnych dowodów. Sąd warunkowo umorzył postępowanie przeciw niemu, ale nakazał mu publikację przeprosin w mediach społecznościowych. Borowski przeprosin nie opublikował, bo uznał, że byłoby to poniżej jego godności. W związku z tym został skazany na pół roku więzienia w zawieszeniu na rok, ale nadal uparcie nie wykonał wyroku. Gdy realne stało się, że Borowski trafi do więzienia, propisowskie media rozpętały histerię, że brutalny reżim Tuska eliminuje przeciwników politycznych, wsadzając ich za kraty.

Jesienią 2021 r. Borowski przeprowadził w Warszawie „patriotyczną” akcję poprawiania tablic w miejscach walk i martyrologii z czasów II wojny światowej. Płaskorzeźby wykute w piaskowcu według projektu Karola Tchorka zawierają motyw krzyża maltańskiego z tarczą, na której umieszczono słowa: „Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny”. Na dole każdej z tablic znajduje się też krótka informacja o mordach dokonanych przez hitlerowców. Jednak Borowski uznał, że tablice kłamią, i słowo „hitlerowcy” zakleił paskiem z napisem „Niemcy”, bo zgodnie z propagandą PiS nasz zachodni sąsiad jest wrogiem Polski i ideowym spadkobiercą III Rzeszy. „Ten napis »hitlerowcy« powstał za czasów komunizmu. (…) A to nie hitlerowcy podpisali pakt Ribbentrop-Mołotow,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Ameryka, Ameryka

Trzech emerytowanych ambasadorów siedziało niedawno przy zielonej herbatce (bo zdrowa) i zabawiało się cytatami. O Ameryce.

Oto nasz Wielki Brat odezwał się w sprawach polskich. Ustami Eda Martina, pełnomocnika prezydenta USA ds. ułaskawień. „Spotkałem się z Ziobrą kilka tygodni temu – mówił Martin polskim mediom. – Jest bardzo rozważny. Dla Amerykanina minister sprawiedliwości to bardzo ważna funkcja. To w pewnym sensie najwyższe stanowisko po prezydencie”. I dodawał z troską: „Widzieć, jak jest atakowany przez media, przez system sądowy i przez Tuska – to się wydaje niemożliwe. Niby niemożliwe, ale widzieliśmy właśnie, jak Trumpowi robili to samo. Moim zdaniem Ziobro jest na wiele sposobów jak Trump. (…) Rzeczy, które robił każdy inny minister sprawiedliwości, teraz nazywają przestępstwem. Aż trudno się to mówi. Sowieci byli na waszej ziemi nie tak dawno temu. A to wygląda jak sowiecki komunizm,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Przestępczy patronat Patryka Jakiego

Kulisy sprawy, za którą prokuratura chce postawić zarzuty europosłowi PiS

„To jest ośmieszanie państwa. Zarzut polega na tym, że miałem przekroczyć uprawnienia (słynny art. 231 k.k.), rzekomo awansując kogoś na zastępcę dyrektora jakiegoś biura (co jest ciągłą praktyką za każdych rządów), a zacytuję – nie było to ich zdaniem uzasadnione »ważnymi potrzebami służby«. Kropka. Czy oni są normalni? I z tego powodu chcą robić cyrk na całą Europę z zatrzymaniem. Nie wiem, jakich będą musieli ustawić znów sędziów, aby coś tak absurdalnego przyklepali. Władza, która nie umie rządzić, ośmiesza się takimi wnioskami o prześladowanie swojej konkurencji”, poskarżył się na platformie X europoseł i wiceprezes PiS.

Zdaniem prokuratury Patryk Jaki jako wiceminister sprawiedliwości odpowiedzialny za Służbę Więzienną dopuścił się przestępstwa, bezprawnie awansując swojego zaufanego oficera Marcina Strzelca na kolejne stanowiska służbowe, dzięki czemu ten miał nie tylko większą pensję, ale i większą władzę w SW. Takie postępowanie było wyjątkowo naganne i demoralizujące dla tysięcy funkcjonariuszy z oddaniem pełniących służbę. Ludzie ci z oburzeniem patrzyli, jak człowiek, który nie przepracował ani jednego dnia w zakładzie karnym lub w areszcie śledczym, a do tego był oskarżany o nadużycia, pnie się w zawrotnym tempie po szczeblach kariery. W ciągu pięciu lat Strzelec awansował ze stopnia kapitana na generała, zaliczając po drodze kolejne stanowiska. Ale nie ma co się dziwić. Służba Więzienna pod rządami ziobrystów została sprywatyzowana i upolityczniona, a o awansach decydowały nie kompetencje, lecz układy towarzyskie.

Nadużycia

Historia ma początek w nieistniejącym już Centralnym Ośrodku Szkolenia Służby Więziennej (COSSW) w Kaliszu. W 2016 r. funkcjonariusze, wykładowcy i jednocześnie związkowcy poinformowali przełożonych, ministra sprawiedliwości, Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Wszystkie chwyty Ziobry

Jak były minister i prokurator generalny pogrywa z wymiarem sprawiedliwości

Jeszcze kilka miesięcy temu był umierający. Łamiącym się głosem mówił, że zdiagnozowany u niego nowotwór przełyku z przerzutami daje mu mniej niż 10% szans na przeżycie. Zaatakowany chorobą organizm został dodatkowo osłabiony serią chemioterapii, immunoterapii i radioterapii, a następnie wielogodzinną operacją usunięcia przełyku i części żołądka. Jakby tego było mało, pacjent musiał regularnie przechodzić zabiegi poszerzania przewodu pokarmowego, aby móc oddychać i przyjmować pokarm. Koledzy partyjni prosili Polaków o modlitwę za zdrowie pierwszego szeryfa III RP. A pisowscy intelektualiści pod wodzą Bronisława Wildsteina wystosowali do posłów apel o niewyrażanie zgody na tymczasowe aresztowanie, które mogłoby „skutkować nieodwracalnym pogorszeniem stanu zdrowia Zbigniewa Ziobry lub nawet jego śmiercią”.

Minęło ledwie pół roku, a były minister sprawiedliwości cudownie ozdrowiał. Chrypka zniknęła, po problemach z mówieniem nie ma już śladu. Ziobro jest w tak znakomitej formie, że zatrudnił się jako amerykański korespondent TV Republika i zamieszcza filmiki z komentarzami w mediach społecznościowych. Śmieje się z „nieudaczników” Donalda Tuska i Waldemara Żurka, którzy pozwolili mu na ucieczkę do USA. Odgraża się „prześladowcom”, że wkrótce nastanie prawo i sprawiedliwość, a oni trafią na długie lata do więzienia.

Przy czym nic nie robi sobie z zarzutów, które chce mu postawić prokuratura. Przypomnijmy: według śledczych były minister, działając w zorganizowanej grupie przestępczej, miał się dopuścić 26 przestępstw związanych z rozkradaniem Funduszu Sprawiedliwości, za co grozi mu nawet 25 lat odsiadki. Miliony złotych zamiast na wspomożenie ofiar przestępstw zostały przeznaczone na zakup cyberbroni Pegasus do zwalczania przeciwników politycznych oraz na kampanie wyborcze polityków Solidarnej/Suwerennej Polski, trafiły do zaprzyjaźnionych mediów lub wprost do kieszeni działaczy partyjnych i związanych z nimi osób.

Jednak Ziobro jest mocny tylko w gębie. Gdy Sejm w listopadzie 2025 r. uchylił mu immunitet, dając zielone światło do zatrzymania i aresztowania, a prokuratura skierowała do sądu stosowny wniosek, nasz szeryf był już na Węgrzech, gdzie załatwił sobie azyl polityczny. Jednocześnie rozpoczęły się korowody prawne.

Sąd się nie śpieszy

Wniosek o aresztowanie prokuratura skierowała do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa 13 listopada 2025 r. Ale posiedzenie aresztowe wyznaczono dopiero na 22 grudnia. Tłumaczono to obszernością materiału dowodowego, z którym musi się zapoznać sędzia. Była to osobliwa argumentacja. Sądy rzadko zapoznają się z całością materiału zebranego przez prokuraturę, a jeśli już, robią to niezwłocznie, zazwyczaj w ciągu kilkunastu godzin, nie odwlekając procedury. Tyle że do rozpoznawania sprawy Ziobry wylosowana została Agnieszka Prokopowicz, członkini Stowarzyszenia Iustitia,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Spiskowe szaleństwo

Kto i dlaczego przypuścił zamach na pisowskich propagandystów Sakiewicza

To musiała być misternie uknuta intryga. W środę, 13 maja, rozpoczęła się seria fałszywych alarmów wymierzonych w Strefę Wolnego Słowa. Najpierw policja i straż pożarna przyjechały do redakcji TV Republika w poszukiwaniu rzekomo podłożonej bomby. W czwartek pogotowie dostało informację o pobitej osobie w propisowskiej telewizji. W kolejnych dniach służby interweniowały w domach Michała Rachonia i Katarzyny Gójskiej (są małżeństwem), Adriana Klarenbacha i Tomasza Sakiewicza. Zgłoszenia dotyczyły terrorysty z pasem szahida, znalezionych zwłok i próby samobójczej.

Dramatycznie wyglądała interwencja u Tomasza Sakiewicza. W piątek, 15 maja, policjanci otrzymali informację (na infolinię alarmową) z biura Rzecznika Praw Dziecka, że w mieszkaniu szefa Republiki przebywa dziecko, które zamierza popełnić samobójstwo. Na miejscu mundurowi zastali roznegliżowanego Sakiewicza w towarzystwie jakiejś damy, która nie była żoną ultrakonserwatywnego redaktora. Wedle komunikatu przekazanego przez Komendę Stołeczną Policji kobieta „nie chciała się przedstawić i współpracować w celu jak najszybszego wyjaśnienia wszystkich okoliczności zdarzenia”, dlatego, „mając na uwadze bezpieczeństwo zarówno jej, jak i swoje, policjanci zastosowali wobec tej osoby kajdanki”.

Nie popisał się też Sakiewicz, „który ignorował przekazywane przez policjantów informacje odnoszące się do powodu interwencji i ich pytania”, a przy tym był „nastawiony konfrontacyjnie wobec policjantów, którzy cały czas podkreślali, że ich działania mają na celu ochronę życia osoby, której dotyczy otrzymane zgłoszenie”. Po wyjaśnieniu sprawy i ustaleniu, że zgłoszenie było fałszywe, funkcjonariusze rozkuli kobietę i zakończyli czynności.

Atak Tuska na wolne media

Jednak Sakiewicz uznał, że to dobra okazja do rozpętania awantury politycznej. Jeszcze tego samego dnia Republika, nie ujawniając powodów interwencji policyjnej, alarmowała o „represjach państwa policyjnego” i „atakach kryptodyktatury”, „reżimu Tuska”, na jedyne niezależne polskie medium. A Jarosław Olechowski,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Kolejna ucieczka wiceprezesa PiS

Ziobro – kukułcze jajo podrzucone USA

Zbigniew Ziobro wciąż ucieka przed polskim wymiarem sprawiedliwości. Tym razem uciekł do Ameryki. Oto więc jedna ucieczka przypomniała nam o kilku sprawach równocześnie:

– o Zbigniewie Ziobrze, który boi się sądu i konfrontacji z prokuratorem;

– o PiS, dla którego sprawa Ziobry jest narastającym kłopotem;

– o tym, jak traktuje Polskę Ameryka, rzekomo nasz największy sojusznik.

Ziobro ucieka przed polskim wymiarem sprawiedliwości desperacko i można to zrozumieć, bo przecież ciąży na nim 26 zarzutów, w tym kierowania zorganizowaną grupą przestępczą, za co grozi do 25 lat więzienia. Ta ucieczka przykuwa uwagę – Ziobro jest symbolem czasów PiS. Łamania prawa, szpiegowania za pomocą Pegasusa, wyprowadzania na przedsięwzięcia partyjne dziesiątków milionów publicznych pieniędzy i wykorzystywania prokuratury. Jest byłym ministrem, ale też wciąż urzędującym wiceprzewodniczącym PiS. Można więc opowiadać, że jest już politycznym trupem, ale to nieprawda. Bo zasiada we władzach PiS i wypowiada się publicznie. No i stawia nas wszystkich i swoją partię przed dylematem, czy wszyscy są równi wobec prawa i powinni odpowiadać za swoje czyny, czy też ludzie PiS są równi inaczej.

Na to pytanie Jarosław Kaczyński już odpowiedział i ogłosił podczas wyjazdowego posiedzenia PiS, że partia ma stać murem za Ziobrą. Tłumaczyć jego ucieczkę tym, że w Polsce nie miałby szans na sprawiedliwy proces. To nie jest zaskoczenie – Jarosław Kaczyński zawsze w trudnych sytuacjach idzie w zaparte, nie przyznaje się do niczego, atakuje tych, którzy coś mu zarzucają. Ale czy to skuteczna taktyka? Przekonamy się. Na razie możemy czuć schadenfreude, obserwując, jak bronią Ziobry ludzie, z którymi był na noże.

Najmocniej skonfliktował się z Mateuszem Morawieckim. Sporów między nimi nie brakowało. Morawiecki zarzucał Ziobrze nieudolność w kierowaniu Ministerstwem Sprawiedliwości i w przeprowadzaniu „reformy sądownictwa”. Ziobro Morawieckiemu – nieudolność w polityce wobec Unii Europejskiej. Intensywność ich wzajemnej niechęci, sięgającej wiele lat wstecz, pokazywała afera mejlowa, tzw. taśmy Dworczyka, które publikował serwis Poufna Rozmowa. 23 września 2020 r. ówczesny premier Morawiecki tak miał pisać do współpracowników: „Zbigniew Ziobro jest cyniczny i gotowy działać przeciwko nam, ale (…) przekreśliłoby go to na zawsze w prawicowym elektoracie”.

Ten spór trwał w kolejnych latach. W 2023 r. Morawiecki mówił: „Część swojego dzieciństwa spędziłem na wsi i tam rolnicy nauczyli mnie takiego starego polskiego przysłowiowa: »krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje« i za każdym razem, kiedy słucham, czy czytam, słów ministra sprawiedliwości, to przypomina mi się trafność tego przysłowia”.

Sporo światła na charakter Ziobry i na to, dlaczego jest w PiS tak mało popularny, rzuca niedawna wypowiedź Romana Giertycha w „Gazecie Wyborczej”: „Ziobro starał się o pracę w mojej kancelarii pod koniec 2008 r. Mówił, że pokłócił się z Kaczyńskimi, i chciał już zrezygnować

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Walka Nawrockiego o władzę będzie się zaostrzać

Im dalej od wyborów prezydenckich, tym więcej informacji o działaniach za kulisami kampanii. Największą wagę mają słowa Donalda Trumpa. Prezydent USA przyznał, że bezpośrednio ingerował w polskie wybory na rzecz Nawrockiego: „Pamiętacie, poparłem go, a on wygrał, mimo że był daleko z tyłu”. To nie wszystko. Jeśli amerykański prezydent tak bardzo angażuje się w wybór jednego z kandydatów, podlegli mu urzędnicy robią wszystko, by to stało się faktem. Przyjdzie czas, że dowiemy się, jaka była skala tych ingerencji w nasze wybory. Nie sądzę jednak, by dziś rządzący chcieli coś z tym zrobić. Sporo przecież widzieli i wiedzieli już w czasie kampanii. Nie będą się cieszyli, ale połkną tę kolejną gorzką pigułkę. Podobnie jak opozycja zostawią bez reakcji tak ważną dla państwa sprawę jak suwerenność Polski.

Dla prawicowej opozycji wszystko, co robi Trump, jest akceptowalne. W lizusostwie i poddaństwie wobec Trumpa prezydent Nawrocki i politycy PiS nie mają na świecie konkurencji. Wygląda to tak żenująco, że chyba ktoś im zablokował instynkt patriotyczny. Mocni są w słowach i deklaracjach,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.