Jeszcze jeden lustrator

Jeszcze jeden lustrator

Klaus Bachmann, dziennikarz niemiecki pisujący w “Rzeczpospolitej”, jest bardzo zainteresowany lustracją i dekomunizacją w Polsce. Jeśli sobie dobrze przypominam, już nieraz na ten temat zabierał głos, ostatnio jakieś dwa tygodnie temu. Z wielką pewnością siebie powtórzył kilka bałamutnych tez, wielokrotnie już przed nim ogłaszanych przez zwolenników lustracji i dekomunizacji, i obalanych przez przeciwników. Jeśli odnosi się wrażenie, że pan Bachmann wyskoczył jak Filip z konopi, to dlatego, iż nikt się już chyba nie spodziewał powtórzenia oklepanych idiotyzmów lustracyjnych. Powtarzanie w kółko tego samego jest prawdopodobnie dla p. Bachmanna zjawiskiem najnaturalniejszym w świecie, ponieważ jak długo on żyje, zawsze słyszał to samo rozliczanie się Niemców ze swoją przeszłością. Niemcy ze znanych powodów zostali poddani po wojnie przez zwycięskie mocarstwa przymusowej reedukacji. Początkowo, gdy byli w pełni sił sprawcy zbrodni z czasów wojny i gdy żyły jeszcze pokolenia winne poparcia dla reżimu hitlerowskiego, Niemcy stawiali opór tej reedukacji, później poddawali się jej biernie, następnie się przyzwyczaili, a teraz widzimy, że “rozliczają się” ze swoją przeszłością z coraz większą przyjemnością, dochodząc nawet do entuzjazmu. W tym zapędzie rozliczeniowym dopracowali się nowej wizji swojej historii, którą Robert Hepp tak streszczał: “Republika Federalna Niemiec bez ceregieli wywiedziona została bezpośrednio z “Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela” ogłoszonej w roku 1789, która ma wszak swoje źródło w Virginia Bill of Rights z roku 1776. Jako pierwszy wybitny antenat “naszego państwa” wymieniany jest niejaki Beniamin Franklin, który zdobył sławę jako wynalazca piorunochronu. Jest całkiem zrozumiałe, że z tej globalnej perspektywy domniemane bohaterskie czyny z naszej narodowej historii wypadają dość żałośnie. (…) Nawet w wieku XIX nie zdarzyło się w Niemczech nic chwalebnego, co warte byłoby odnotowania. (…) Zdarzyły się – w następstwie wydarzeń we Francji – “bunty mieszczańskiego stanu średniego i drobnomieszczaństwa”, których (…) “idee przewodnie” mieściły się w “tradycji amerykańskiej i francuskiej konstytucji”. (…) “Jesteśmy republiką”, “jesteśmy demokracją”, “jesteśmy państwem prawa”, “jesteśmy państwem socjalnym”. Wraz z uchwaleniem Ustawy Zasadniczej, która prawa człowieka i obywatela z lat 1776/1789 podnosi do rangi “bezpośrednio obowiązującego prawa”, także i w Niemczech historia świata osiągnęła swój cel. Krąg się zamyka, Wirginia ma nas znowu!”. Robert Hepp, krnąbrny obiekt reedukacji nie czuje się usatysfakcjonowany takim wynikiem rozliczania się z przeszłością: “Prawa człowieka i obywatela jako źródło i cel niemieckiej historii? Czy ktoś tu się śmieje? Czy ktoś sobie z nas żarty stroi? A może to wszystko traktuje się poważnie?”. Jeśli nie takie dokładnie, to zawsze w końcu idiotyczne muszą być rezultaty systematycznego rozliczania się z historią, której się nie chce naprawdę znać. Pana Bachmanna taki wynik ani nie rozśmieszy, ani nie przerazi, ani nie da mu nic do myślenia. On znalazł środek zapobiegawczy na wszelkie zło w historii, gwarancję demokracji i praw człowieka: lustrację. Jeśli w Republice Weimarskiej “duża część urzędników i wojskowych formalnie deklarowała przestrzeganie demokratycznych reguł gry, ale zdystansowała się od nich w momencie próby”, to dlatego, że w tej Republice nie przeprowadzono lustracji.
Lustracja, według tego chyba młodego człowieka, który nie zna innej historii, jak tylko “rozliczoną”, ma być głównie nauczaniem demokracji, ale nauczaniem pokazującym jej przeciwieństwo, czyli okropności totalitaryzmu. Uważa pan Bachmann, że najbardziej szkodliwej strony totalitaryzmu nigdy nie poznalibyśmy bez lustracji, ponieważ była ona ukryta w tajnych archiwach. To dopiero dzięki pastorowi Gauckowi Enerdusy dowiadują się, jak im było źle. Gdyby archiwa zamknąć, opanowałaby ich nostalgia za czasami Honeckera, Ulbrichta i trabanta, zachciałoby się im być narażonymi na śmierć podczas przekraczania muru i Bóg wie jakie jeszcze perwersje totalitarne mogłyby się w nich odezwać. Ale bardziej niż o swoich rodaków p. Bachmann troszczy się o demokratyczną edukację Polaków za pomocą lustracji. “Lustracja jako “zastrzyk antytotalitarny” możliwa będzie tylko wtedy, kiedy jej ostrze zostanie skierowane przeciw dawnemu systemowi” – ustala swój dogmat p. Bachmann, a następnie wyciąga z niego wnioski: “Gdyby w Polsce była prawdziwa lustracja, to proces Mariana Jurczyka byłby najlepszą odpowiedzią na słynne twierdzenie Izabeli Sierakowskiej, że PRL to “okres bezprzykładnego rozwoju kultury i nauki””. Co ma wspólnego proces Jurczyka z taką lub inną oceną stanu kultury w PRL? Jurczyka postanowili “zniszczyć politycznie” jego konkurenci z Solidarności i tego nie ukrywali. Krzaklewski przed całą Polską powiedział, że wyrok w sprawie Jurczyka wyjaśnia mu jego sojusz z radnymi SLD w Szczecinie. Zwykła dintojra. A jeśli chodzi o pogląd Izabeli Sierakowskiej na temat stanu kultury w PRL, to jest on w dużym stopniu słuszny i żadna lustracja go nie podważy, nawet gdyby słuszny nie był. Czegoś tak wulgarnego, jak to, co nam pokazują obecnie jako kulturę, w PRL nie pokazywano ani w kinie, ani w teatrze, ani w telewizji. Nawet księża byli wówczas bardziej kulturalni niż obecnie.
Z procesu lustracyjnego Mariana Jurczyka p. Bachmann dowiedział się, że w PRL panował taki “system, który nie zostawiał ludziom innego wyjścia, niż być żyjącym zdrajcą lub martwym bohaterem”. Skąd “Rzeczpospolita” wytrzasnęła takiego znawcę stosunków panujących w komunistycznej Polsce?
Dla objętych nią jednostek lustracja ma takie znaczenie, że przedstawia sens ich życia w całkowicie fałszywym świetle. Taki jest przypadek Jurczyka i taki byłby przypadek Wałęsy, gdyby rzecznik Nizieński wziął go w swoje obroty. Ale istnieją jeszcze polityczne skutki tego kretyństwa. Czy władza państwowa ma prawo do posiadania tajemnic, czy nie ma takiego prawa? Na temat różnic, przeciwstawności między PRL i III RP gadać można, co się komu podoba, ale rzeczywistość podstawowa jest taka, iż jest to jedno i to samo państwo. Można to zobaczyć na mapie, w prawie krajowym i międzynarodowym i w wielu innych miejscach. Jeśli tajemnice jednego rządu można zdradzać po kilku latach od jego obalenia, to również tajemnice następnego rządu może spotkać ten sam los. Obecny rząd prawdopodobnie nie ma żadnych godnych uwagi tajemnic, ale to znaczy, że nie ma też władzy.

Wydanie: 21/2000

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy