Tag "zdrowie psychiczne"
Zrozumieć tik
Codzienność z zespołem Tourette’a
– Na początku koledzy z klasy widzieli, że dziwnie się ruszam i wydaję dźwięki, a ja sama nie wiedziałam, co mam im powiedzieć. Później poszłam do lekarzy, więc kiedy już wiedziałam, o co chodzi, wstałam i przed całą klasą wyjaśniłam, że jestem w trakcie diagnozy w kierunku zespołu Tourette’a. Bardzo dużo osób zapewniło, że rozumieją i będą mnie wspierać. Nauczyciele zupełnie to ignorowali na lekcjach – i to było najlepsze, co mogli zrobić, bo kiedy zwraca się uwagę na tiki, to one się nasilają. Jak się je ignoruje, w końcu mijają. Niestety, czasem zdarzy się ktoś, kto będzie się naśmiewać i prowokować. Był taki chłopak, ale na szczęście dużo osób stanęło w mojej obronie i mówiło, że to w ogóle nie jest zabawne i żeby sobie odpuścił – wspomina Aleksandra Boczek, u której zdiagnozowano zespół Tourette’a.
To nie jest odosobniony przypadek, ale każde doświadczenie z tym zaburzeniem wygląda inaczej. U jednych objawy są niemal niezauważalne, u drugich znacznie bardziej uciążliwe.
Statystyka a niewidzialna rzeczywistość
Próba ujęcia zespołu Tourette’a w sztywne ramy statystyk zderza się z barierą systemową. Oficjalne dane państwowe opublikowane przez Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji w opracowaniu nr WS.422.14.2024 z dnia 15 maja 2024 r. (na podstawie bazy SWIAD NFZ) pokazują, że w latach 2021-2023 liczba pacjentów z rozpoznaniem zespołu Tourette’a wynosiła zaledwie ok. 1,5 tys. rocznie. W 2021 r. zarejestrowano 1301 pacjentów, w 2022 r. – 1549, a prognoza na 2023 r. przewidywała 1797 osób.
To jednak zapewne tylko ułamek liczby osób z zespołem, gdyż znaczna część z łagodnymi tikami funkcjonuje poza radarem służby zdrowia. Jak wyjaśnia prof. Piotr Janik, neurolog z Katedry i Kliniki Neurologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, według danych epidemiologicznych i jego wyliczeń skala jest większa: – Dane epidemiologiczne mówią, że to ok. 0,8% osób w wieku 5-18 lat. Zgodnie z moimi wyliczeniami w Polsce żyje ok. 40 tys. ludzi z zespołem Tourette’a, którzy spełniają kryteria diagnostyczne. Nie ma jednak świadomości, że jest ich tak dużo, bo ogromna grupa z zaburzeniami nigdy nie widzi lekarza. Rodziców po prostu nie niepokoi łagodne nasilenie tików, a czasami w ogóle ich nie dostrzegają. Do gabinetów zgłaszają się ci, którzy potrzebują rzeczywistej pomocy.
Dokładnych informacji na ten tmeat nie ma, przyznaje Piotr Chojna z Polskiego Stowarzyszenia Syndrom Tourette’a, który sam żyje z tym zaburzeniem. – Zespół Tourette’a to spektrum. Większość osób ma nasilenie tików na poziomie, który nie wymaga żadnych interwencji lekarskich, i w większości przypadków nie zgłasza się do gabinetów. Mówi się, że ok. 1% dzieci doświadcza zaburzeń tikowych, z czego aż 80% w dorosłości ma remisję. Tylko ok. 20% w życiu dorosłym z tymi tikami zostaje.
Obraz kliniczny bez medialnego filtra
Wokół zespołu Tourette’a narosło przekonanie, że jego nieodłącznym elementem są wulgarne okrzyki. I takie właśnie pojmowanie dominuje w przestrzeni publicznej. Kultura masowa często sięga po ten motyw, redukując złożone zaburzenie neuropsychiatryczne do sensacji. Rzeczywistość gabinetów lekarskich wygląda jednak zupełnie inaczej.
– Żeby rozpoznać zespół Tourette’a, muszą występować tiki ruchowe i tiki głosowe: przynajmniej dwa ruchowe i przynajmniej jeden głosowy, utrzymujące się dłużej niż 12 miesięcy. Tik to mimowolny ruch lub dźwięk, tylko częściowo kontrolowany. Klasyczne tiki ruchowe to mruganie, przewracanie oczami, ruchy barkiem, ustami czy potrząsanie głową. Dźwięki mogą być nieartykułowane, jak chrząkanie czy kasłanie, albo artykułowane, czyli zrozumiałe słowa i frazy. Do tej drugiej grupy należy koprolalia, czyli złożony tik głosowy polegający na wypowiadaniu przekleństw – prof. Piotr Janik przypomina, że medyczna definicja zaburzenia stawia jasne granice między faktami a wyobrażeniami.
Przekonanie, że każdy pacjent z zespołem Tourette’a musi przeklinać, bywa krzywdzące, a dla rodziców nowo zdiagnozowanych dzieci staje się źródłem lęku. Tymczasem obecność wulgaryzmów w obrazie klinicznym nie jest regułą. Neurolog rozprawia się z tym stereotypem jednoznacznie.
– Koprolalia nie występuje zawsze. Średnio dotyczy ok. 20% osób z zespołem, choć wynik zależy od tego, czy badamy dzieci, czy dorosłych, osoby z łagodnymi czy z nasilonymi tikami. Na pewno nie jest to kryterium diagnostyczne. To kolejny mit z internetu, że musi
Czy możemy skuteczniej zapobiegać samobójstwom?
Dr Daria Biechowska – psycholog i psychoterapeuta, zastępczyni koordynatora Biura ds. Zapobiegania Zachowaniom Samobójczym przy Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.
IV Kongres Suicydologiczny, który odbył się w Warszawie w dniach 11-12 września, wpisał się w sekwencję wydarzeń naukowych próbujących opanować zjawisko narastania problemów z samobójstwami w Polsce. Jak obecnie wyglądają statystyki? Co wydaje się w nich najbardziej niepokojące? W liczbach bezwzględnych notuje się przecież mniej takich tragedii…
– Taki ogólny trend obserwuje się od ok. 20 lat. Jednak spadek w liczbach bezwzględnych nie powinien nas wprowadzać w błąd, podobnie jak np. bezwzględna liczba zgonów w czasie epidemii covidu, kiedy podawano, że przodowało w nich województwo mazowieckie, które po prostu ma najwięcej mieszkańców. W tym wypadku trzeba szukać także innych wskaźników, jak liczba samobójstw na 100 tys. mieszkańców i zagrożenie takimi czynami ze względu na wiek, płeć itd.
Z czego wynika to, że mężczyźni znacznie częściej niż kobiety ponoszą śmierć na skutek samobójstwa?
– W większości krajów mężczyźni częściej umierają w wyniku samobójstwa niż kobiety, np. w Polsce współczynnik zgonów samobójczych wśród mężczyzn jest mniej więcej sześciokrotnie wyższy niż wśród kobiet. Przyczyny tej różnicy są złożone – znaczenie mogą mieć m.in. uwarunkowania kulturowe, społeczne oraz mniejsza gotowość części mężczyzn do korzystania z pomocy w kryzysie.
Statystyki pokazują, że najwięcej samobójstw zdarza się w grupie wiekowej 25-64 lata. To aż 73%.
– Wynika to z tzw. piramidy wieku – tych osób jest po prostu w społeczeństwie najwięcej.
O ile wśród dorosłych dużo więcej zgonów samobójczych dotyczy mężczyzn, o tyle wśród nastolatków próby samobójcze znacznie częściej rejestrowane są wśród dziewcząt.
– Jest wiele niepokojących danych, ale częściowo wynikają one także ze sposobu raportowania. Nie wszystkie próby samobójcze trafiają do statystyk policyjnych. W 2025 r. wzrosła liczba zgonów samobójczych wśród osób młodych. To pokazuje, że działania profilaktyczne powinny uwzględniać m.in. płeć i wiek. Osoby starsze również wymagają odrębnie projektowanych działań profilaktycznych, ponieważ inna jest w tej grupie charakterystyka czynników ryzyka i potrzeb.
Podczas odbywającego się Kongresu Suicydologicznego alarmistyczne dane dotyczyły też zatruć lekami.
– Skala zatruć lekami jest niepokojąca. Stanowią one jedną z istotnych form podejmowania prób samobójczych. W Polsce leki bez recepty są bardzo łatwo dostępne. Przedawkowanie niektórych może prowadzić do bardzo poważnych następstw zdrowotnych, w tym do
b.tumilowicz@tygodnikprzeglad.pl
Zaburzenie dwubiegunowe – jak rozpoznać huśtawkę nastrojów?
Artykuł sponsorowany TL;DR Choroba afektywna dwubiegunowa (ChAD) to zaburzenie psychiczne, które charakteryzuje się naprzemiennym występowaniem epizodów manii lub hipomanii oraz depresji. Epizod manii trwa co najmniej 7 dni i znacząco utrudnia funkcjonowanie, podczas gdy epizod
Paradoksy pracy zdalnej
Oceny wpływu pracy zdalnej na produktywność, zaangażowanie i dobrostan pracowników pozostają niejednoznaczne
Choć część globalnych korporacji w ostatnich latach zaczęła przywracać obowiązkową obecność pracowników w biurach, tryb zdalny nie znika z europejskiego rynku pracy. Wręcz przeciwnie. Najnowsze dane pokazują, że tzw. praca hybrydowa stała się dominującym rozwiązaniem wszędzie tam, gdzie charakter obowiązków pozwala na wykonywanie ich poza siedzibą firmy. Polska jednak pozostaje w tyle za unijną średnią, a dyskusja o wpływie pracy zdalnej na produktywność, zaangażowanie i dobrostan pracowników jest daleka od jednoznacznych rozstrzygnięć.
Spór o produktywność
Według danych przywoływanych przez Polski Instytut Ekonomiczny 44% pracowników w Unii Europejskiej łączy pracę stacjonarną z pracą zdalną, podczas gdy 41% pracuje wyłącznie stacjonarnie. Oznacza to, że model hybrydowy stał się najczęściej stosowaną formą organizacji pracy w zawodach umożliwiających wykonywanie obowiązków poza biurem. Tendencja ta utrzymuje się mimo głośnych decyzji części międzynarodowych firm o powrocie do trybu stacjonarnego, uzasadnianych obawami o spadek produktywności czy osłabienie kultury organizacyjnej. Do biur ściągnęły pracowników takie potęgi jak Amazon, Google, Uber czy Intel, który wprowadził zasadę 4:1 – cztery dni w biurze i jeden poza nim.
Podobne działania podjęło również polskie Allegro. Zgodnie z informacjami przytaczanymi przez portal Bankier.pl 60% pracowników firmy zatrudniającej niemal 7 tys. osób pracowało zdalnie. Od początku 2026 r. mieli zacząć pracować w modelu 4:1. Wywołało to poruszenie wśród niektórych pracowników rodzimego giganta e-commerce. „Nie dopuszczacie do siebie, że ludzie się różnią. Piszecie, że »zmiany umacniają«, a nie dopuszczacie do siebie, że ludzie mogą mieć zaburzenia adaptacyjne. Piszecie, że »odżyją relacje«, a nie dopuszczacie do siebie, że część ludzi nie chce i nie lubi tworzyć relacji na siłę, bo ich to po prostu wyczerpuje”, cytował jeden z komentarzy serwis Wirtualnemedia.pl.
Eksperci od lat podkreślają, że praca zdalna nie jest uniwersalnym rozwiązaniem dla wszystkich organizacji i zatrudnionych. Jej efekty zależą od branży, rodzaju wykonywanych zadań, modelu zarządzania, a także indywidualnych predyspozycji pracowników. Po stronie korzyści dla tych ostatnich najczęściej wskazuje się oszczędność czasu i pieniędzy związaną z dojazdami oraz większą elastyczność w organizacji życia prywatnego. W metropoliach skala tych oszczędności może być znacząca. Oszacowano np., że przeciętny roczny koszt dojazdów do pracy w Londynie wynosi ok. 5 tys. funtów.
Praca zdalna oznacza jednak nie tylko większą swobodę w planowaniu dnia, łatwiejsze godzenie obowiązków zawodowych z życiem rodzinnym i ograniczenie czasu spędzanego w korkach czy środkach transportu. Wielu zwraca uwagę na możliwość pracy w bardziej komfortowym środowisku, bez biurowego hałasu i częstych rozpraszaczy. Równocześnie pojawiają się koszty, których nie da się łatwo zmierzyć finansowo.
Najczęściej wskazywanym problemem jest zacieranie się granicy między pracą a życiem prywatnym. Dom przestaje być przestrzenią odpoczynku, a stała dostępność online może prowadzić do przemęczenia i przeciążenia psychicznego. Pracownicy funkcjonujący w modelu zdalnym częściej sygnalizują też ograniczenie bezpośrednich kontaktów ze współpracownikami oraz poczucie izolacji społecznej.
Ale największe kontrowersje dotyczą wpływu pracy zdalnej na efektywność. Pracownicy zazwyczaj oceniają swoją wydajność wyżej, gdy wykonują obowiązki poza biurem. Pracodawcy częściej pozostają sceptyczni – mówią o trudnościach związanych z koordynacją zespołów, obiegiem informacji czy wdrażaniem
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Psychiatrzy uważali, że jest lepiej
Obciążenie macierzyństwem i jednoczesne zmaganie się z problemami zdrowia psychicznego jest doświadczeniem wielu kobiet
Dr Jacek Dębiec – polsko-amerykański psychiatra, psychoterapeuta, neurobiolog i filozof. Jego prace publikowane były w czołowych pismach naukowych, takich jak „Nature” czy „Biological Psychiatry”. Przez 12 lat pracował jako profesor psychiatrii i neurobiologii na Uniwersytecie Michigan, gdzie m.in. sprawował opiekę nad pacjentkami w okresie okołoporodowym.
Zakończył się jeden z najgłośniejszych w USA procesów kryminalnych ostatnich lat. To sprawa Lindsay Clancy oskarżonej o zabójstwo trójki własnych dzieci. Jej czyn nosi znamiona próby rozszerzonego samobójstwa, w którym targnięcie się na swoje życie jest powiązane z zabiciem osób najbliższych. Po pięciu tygodniach procesu ława przysięgłych nie potrafiła osiągnąć wymaganej jednogłośności. Najprawdopodobniej rozpocznie się kolejny proces, w którym nowo wybrani ławnicy podejmą ponowną próbę rozstrzygnięcia czy kobieta w czasie popełniania morderstwa była w pełni poczytalna.
Diagnoza psychiatryczna ma dla werdyktu ławy przysięgłych istotne znaczenie. Powołani przez obronę eksperci argumentowali, że Lindsay Clancy cierpiała na psychozę poporodową.
– Na podstawie dostępnej dokumentacji i opinii biegłych psychiatrów i psychologów można stwierdzić, że istnieją przesłanki do rozpoznania psychozy i uznania niepoczytalności oskarżonej. Trzeba jednak zastrzec, że nie każdy stan psychozy automatycznie powoduje niepoczytalność. W podobnych sprawach sądowych zazwyczaj zadaniem obrony jest przedstawienie dowodów na niepoczytalność oskarżonej. Wynikająca z prawa stanu Massachusetts specyfika tego procesu polegała na tym, że to prokuratura miała przedstawić dowody poczytalności oskarżonej w chwili popełnienia zbrodni.
Kilka miesięcy przed zabójstwem dzieci i próbą samobójczą kobieta była świadoma, że znajduje się w poważnym kryzysie psychicznym. Leczyła się psychiatrycznie. W ciągu zaledwie czterech miesięcy różni lekarze przepisali jej 13 różnych leków psychotropowych.
– Zauważmy, że ta opieka nie opierała się na stabilnym kontakcie z jedną osobą, która regularnie sprawdzałaby, jak pacjentka się czuje, jakie ma objawy i jak się one zmieniają pod wpływem różnych leków. Okres po porodzie to czas o podwyższonym ryzyku wystąpienia wielu zaburzeń psychicznych. Zachodzące wtedy duże zmiany biologiczne, takie jak gwałtowna zmiana poziomu wielu hormonów i utrata snu, stres związany z opieką nad dzieckiem, nowe obowiązki, brak czasu na zajęcie się sobą, częste odizolowanie społeczne sprawiają, że psychika jest wystawiona na wielką próbę. Czasem, w jednym-dwóch przypadkach na 1 tys. porodów, może to prowadzić do zaburzeń psychotycznych.
Sprawujący opiekę psychiatryczną nad Lindsay Clancy rozpoznali u niej depresję poporodową i, nie widząc poprawy jej stanu, często zmieniali jej leki. Clancy przyjmowała po kilka substancji psychotropowych naraz, w tym leki przeciwdepresyjne, przeciwpsychotyczne, stabilizujące nastrój, nasenne i uspokajające. Niektórzy specjaliści zastanawiają się, czy pogorszenie jej stanu nie wiązało się właśnie ze stosowaniem wielu leków i ich częstą zmianą. Udokumentowano, że pewne leki, np. popularne antydepresanty z grupy SSRI (inhibitorów zwrotnego wychwytu serotoniny), mogą powodować pobudzenie, wzmożony niepokój, zaburzenia snu oraz myśli samobójcze. Niektóre leki przeciwpsychotyczne również mogą powodować pobudzenie i agresję wobec innych. Takie informacje znajdziemy na ulotkach tych leków.
Szukanie pomocy u różnych psychiatrów wyglądało u niej jak wędrówka od Annasza do Kajfasza.
– Z dokumentów, które zostały ujawnione opinii publicznej w trakcie przesłuchań sądowych, wynika, że negatywnie reagowała na niektóre leki. Na przykład kiedy zaczęła przyjmować Zoloft, popularny lek zawierający sertralinę należącą do grupy SSRI, i jego dawkę zwiększono z 25 mg do 50 mg, znacznie pogorszył się jej sen. Decyzję o takim leczeniu podjęła młoda psychiatra
Empatia, lekarzu
Czy bezsensowne śmierci to za mało, by system ochrony zdrowia się zmienił?
Czy w Szpitalu Neuropsychiatrycznym w Lublinie unieruchomiony pasami Człowiek (nazwisko ukryjmy) umierał z pragnienia w wyniku silnego odwodnienia? Być może bardzo chciało mu się pić, bo wcześniej w rozmowach telefonicznych z rodziną skarżył się, że w salach szpitalnych jest ponad 40 st. C. Może czuł suchość w ustach, zmęczenie i sikał na ciemno, a potem spadało mu ciśnienie, miał halucynacje, popękaną skórę i brakowało mu śliny. Być może organizm tracił powoli zdolność do chłodzenia się i usuwania toksyn, a krew stawała się coraz gęstsza i serce musiało pompować ją z ogromnym wysiłkiem. Być może gorączkował i doszło do uszkodzenia mózgu i nerek, a Człowiek zapadł w śpiączkę i jego serce się zatrzymało.
Tak wygląda śmierć wskutek odwodnienia. Czy takich cierpień doświadczył dość młody mężczyzna w przeszłości cierpiący na zaburzenie afektywne dwubiegunowe, który zaniepokojony objawami sam wezwał pomoc medyczną? Jak informowała „Gazeta Wyborcza”, 28 czerwca br. został przewieziony do szpitala, kolejnego dnia rano kontaktował się z rodziną i skarżył się na panujący w środku upał. Unieruchomiono go za pomocą pasów, a w dokumentacji zapisano, że był pobudzony psychoruchowo i zachowywał się agresywnie wobec personelu. Z dokumentów sfotografowanych przez rodzinę wynika, że w pasach pozostawał przez niemal 43 godziny, w czasie ekstremalnych upałów. 1 lipca rano pielęgniarka zauważyła, że pacjent nie daje oznak życia, a lekarz stwierdził zgon. Prokuratura prowadzi śledztwo pod kątem ewentualnego błędu medycznego. Zapis w Ustawie o ochronie zdrowia psychicznego mówi, że pielęgniarka ma zaglądać do pacjenta w pasach co 15 minut.
„Na obecnym etapie nie można przedstawiać odwodnienia jako ustalonej przyczyny śmierci. Rzecznik Praw Pacjenta (RPP) podejmie tę sprawę z urzędu. Analizie zostaną poddane w szczególności zasadność i sposób stosowania przymusu bezpośredniego, częstotliwość kontroli stanu pacjenta, sposób prowadzenia obserwacji i dokumentacji oraz zapewnienie mu odpowiedniej opieki, nawodnienia i bezpieczeństwa”, czytam w odpowiedzi na moje pytania skierowane do biura prasowego RPP.
Jeden rezydent na 300 pacjentów
Katarzyna Szczerbowska, była pacjentka psychiatryczna i była rzeczniczka prasowa Biura ds. Pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego odpowiadającego za wprowadzanie centrów zdrowia psychicznego, uważa, że takie sytuacje w szpitalach psychiatrycznych wynikają ze zbyt małej liczby personelu oraz tego, że kulturowo postrzega się osoby doświadczone kryzysem jako gorsze, słabe i wykluczone.
– Na oddziale zamkniętym, całodobowym ludzie są zależni od personelu, więc bardzo ważne, żeby przy pacjentach być empatycznym, troskliwym, żeby umieć ich uspokoić. Przykładem jest pielęgniarz w szpitalu przy ul. Nowowiejskiej w Warszawie, który był przy ludziach przyjętych
Nie ma tabletki na samotność
Seniorów zostawia się na pastwę śmierci za życia, a nastolatki cierpią na stany lękowe
– Zostawcie mnie na jeszcze jedną noc. Boję się, że umrę i nikt o tym nie będzie wiedział – prosi starsza kobieta w jednym z warszawskich szpitali. Z córką nie ma relacji. Nawet do głowy jej nie przychodzi, żeby „dziecko” ściągać z innego miasta.
Do tego samego szpitala dzwoni córka pacjentki i prosi, żeby mamę na jeszcze jeden dzień zostawić na hospitalizacji. Szpital wyraża zgodę. Po czasie okazuje się, że córka następnego dnia wylatuje na zagraniczne wczasy. Dobrze wie, że nikt matki nie wypisze w próżnię, jeśli ona jej nie odbierze.
Niezauważani
Praga-Południe. Mocno starsza pani, taka z rodzaju: świadoma i wykształcona. Bezdzietna. Po śmierci męża została zupełnie sama.
– Rozmawiałam z nią wielokrotnie, bo regularnie dzwoniła na nasz numer kontaktowy – opowiada Magdalena Rutkiewicz, prezeska fundacji Projekt Starsi, przeciwdziałającej przemocy wobec seniorów. – Kiedyś powiedziała, że najbardziej się boi wcale nie śmierci, boli tylko, że człowiek znika jeszcze za życia i nikt tego nie zauważa. Chodziła do lekarza, listonosz przynosił jej od czasu do czasu listy. To były jej jedyne kontakty. Myślę, że tak samotnych starszych osób jest bardzo dużo. Według badań ok. 30% cierpi na depresję – w geriatrii mówi się, że najpoważniejszą przyczyną depresji jest to, że ludzie są niezauważani. Jeżeli umiera ich partner lub jedyna bliska osoba z rodziny, zostają kompletnie sami i świat się nimi nie interesuje. Wszyscy jesteśmy zabiegani, każdy ma swoje sprawy.
Najbardziej drastycznym przykładem zniknięcia w zapomnieniu jest starsza pani z Legionowa, której ciało znaleziono w domu pięć lat po śmierci. Coraz więcej ludzi starszych mieszka samotnie i umiera samotnie. Powstały firmy specjalizujące się w sprzątaniu takich mieszkań…
Kodokushi – tak nazywa się problem samotnej śmierci w słynącej z długowieczności mieszkańców Japonii. Tam z roku na rok coraz więcej starszych osób umiera w samotności, bywa, że ich ciała są znajdowane po wielu miesiącach. W tejże Japonii seniorzy wielokrotnie popełniają drobne kradzieże,
Pacjent w kryzysie
Nowoczesne centra zdrowia psychicznego ratują życie
Kryzys zdrowia psychicznego można porównać do złamanej nogi. Nie da się czekać trzech miesięcy z rozpoczęciem leczenia. Im szybciej się je zainicjuje, tym większa szansa, że ten kryzys nie przybierze niepokojących rozmiarów.
– Szybki dostęp do leczenia dawały, i nadal dają, centra zdrowia psychicznego w pilotażu. Działa w nich punkt zgłoszeniowo-koordynacyjny, który jest czynny codziennie w dni robocze od godz. 8 do 18. Każdy mieszkaniec terenu, na którym działa centrum, może się tam zgłosić i od razu otrzyma wstępną pomoc od psychologa czy terapeuty środowiskowego – mówi dr Marek Balicki, psychiatra, były minister zdrowia.
Przeformułowanie opieki psychiatrycznej dla dorosłych Polaków trwało osiem lat. To był, jest, najdłuższy pilotaż nowoczesnej Europy testujący funkcjonowanie centrów zdrowia psychicznego.
– Mimo że przetestowany model jest obecnie zagrożony, tych ośmiu lat nie można nazwać czasem straconym, pacjenci przyzwyczaili się, że w psychiatrii można dostać wsparcie bez kolejek. Jednak Ministerstwo Zdrowia znów chce przeformułować funkcjonowanie centrów poprzez kontrolę, nadzór i ograniczenia. Jest silne przywiązanie do tradycji trzymania osób z doświadczeniem kryzysu psychicznego w szpitalach. Idea centrów zaś wymaga przełamania wielowiekowej tradycji myślenia o zdrowiu psychicznym. To najtrudniejsze – uważa prof. Jacek Wciórka, który współtworzył Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego i uczestniczył w działaniach na rzecz środowiskowej reformy ochrony systemu zdrowia psychicznego.
Co z piramidą świadczeń
Proponowane przez Ministerstwo Zdrowia zmiany zostały przedstawione 12 maja br. A ponieważ inny model opieki psychiatrycznej był testowany, a inny jest teraz proponowany, Radę ds. Zdrowia Psychicznego opuściło aż dziewięciu ekspertów.
Pilotaż centrów zdrowia psychicznego rozpoczął się w 2018 r. – 1 lipca minie osiem lat, więc model jest porządnie sprawdzony. W 118 centrach, które obecnie działają, nie było początkowego pogorszenia funkcjonowania, jak to czasem przy różnych reformach bywa. Wszędzie ułatwiony jest dostęp do psychologa,
Samotność znika, gdy pojawia się sens życia
100% pacjentów zgłaszających się do gabinetu psychiatrycznego mówi, że czują się samotni
Lek. Maja Herman – psychiatrka, psychoterapeutka, medinfluencerka, prezeska Polskiego Towarzystwa Mediów Medycznych, autorka kampanii społecznościowych z okazji Światowego Dnia Zapobiegania Samobójstwom, Dnia Zdrowia Psychicznego oraz Dnia Walki z Depresją. Autorka i pomysłodawczyni spotu kampanijnego na Światowy Dzień Zapobiegania Samobójstwom: „Dekalog życia”.
Czy samotność to nasza wina, sami na nią pracujemy?
– Nie zgadzam się, że sami jesteśmy sobie winni. Człowiek ma naturalną zdolność do przewidywania skutków swoich wyborów. Usiądzie, jeśli wie, że stojąc, przewróci się. Jeżeli może czemuś zapobiec, zapobiegnie. Absolutnie nie powinniśmy się obwiniać za to, że jesteśmy samotni. Obwinianie się do niczego dobrego nigdy nie prowadzi. Nie warto sobie dokopywać, zwłaszcza że współczesny świat jest tak skomplikowany, jesteśmy w nim tylko malutkim trybikiem, a nie osią.
Nie ma medycznej jednostki chorobowej samotność, a jednak coraz więcej ludzi z jej powodu cierpi na depresję, zaburzenia lękowe i wykazuje zachowania samobójcze. Samotność niszczy nam psychikę. Czy to cena rozwoju cywilizacji?
– Samotność to bardziej stan socjologiczno-psychologiczny, który powoduje, że cierpimy. Cierpienie zaś wywołuje różne zaburzenia – od chorób psychiatrycznych po somatyczne. Według Dirka Scheelego, profesora neurobiologii społecznej na Uniwersytecie Ruhry, samotność może być tak szkodliwa dla zdrowia jak palenie 15 papierosów dziennie. Przebadano ponad 300 tys. osób i wyszło, że te o niskim poziomie integracji społecznej, tj. mające tendencję do bycia samotnymi, mają zwiększone ryzyko śmiertelności. To wstrząsające badanie pokazuje, jak silna jest potrzeba bycia z drugim człowiekiem.
Jak w takim razie zdefiniowałaby pani samotność? Brak bliskich relacji, fizyczna nieobecność innych?
– Samotność zdefiniowałabym przede wszystkim jako poczucie osamotnienia, mimo faktu, że tak wiele dookoła mnie się dzieje. Nie możemy powiedzieć, że dookoła nas we współczesnym świecie jest za mało ludzi i wydarzeń.
Wręcz przeciwnie, jesteśmy przebodźcowani i pewnie też dlatego samotni.
– Skłaniałabym się nawet do kontrowersyjnej tezy, że mechanizm ewolucyjny chronienia samego siebie jest przestrzelony. Za dużo bodźców, wydarzeń, ludzi dookoła nas – żyjemy na przeludnionej planecie – powoduje, że próbujemy się chronić i uciekamy od ludzi i bodźców do spokoju i ciszy, co nie do końca jest czymś, czego potrzebujemy. Trzeba znaleźć balans – mieć czas na spokój, gdy jest się samemu ze sobą i ze swoją głową, i na bycie obok drugiego człowieka. Jako ludzkość zbudowaliśmy cywilizację, ponieważ jesteśmy socjalni. To w nas nie zaginęło. Uciekanie od ludzi nam szkodzi, czujemy się z tym źle. Uciekamy, żeby siebie ochronić. To trudna sytuacja, wymagająca dobrej edukacji, kiedy będziemy mówić, że drugi człowiek jest potrzebny, że nic nie zastąpi dotyku i wszystkich elementów zmysłowych, takich jak mimika, mikromimika itp. Że pod wpływem bliskości fizycznej wydzielają się neurohormony: wazopresyna, oksytocyna, dopamina, serotonina, adrenalina, noradrenalina. Te neurohormony sprawiają, że lepiej funkcjonujemy, szybciej myślimy, jesteśmy bystrzejsi, sprawniejsi intelektualnie.
Czyli potrzebujemy drugiego człowieka, ale czasem destrukcyjnie trzymamy się go z lęku przed samotnością. Nawet jeżeli nas bije.
– W żadną ze stron nie można przesadzać – ani z socjalizacją, ani z chęcią bycia z kimś na zasadzie: muszę z nim być, bo jak nie, to będę sama i już nigdy nikogo nie znajdę. Takie myślenie powoduje, że tkwimy w związku z oprawcą/oprawczynią, który/która bije, poniża, stosuje przemoc psychiczno-fizyczną. A z drugiej strony jestem samiusieńka, bo boję się związać z kimś, bo zakładam, że będzie dla mnie niedobry, mam poczucie, że świat stanowi zagrożenie. Mamy dziś epidemię samotności. I dlatego musimy o niej rozmawiać, przestać ją traktować jak tabu. Nie możemy jej romantyzować, musimy ją oswajać, pogłaskać, popatrzeć jej w oczy.
Myślę, że „Mały książę” to jednak bardzo mądra książka.
– Odniesienie się w tym momencie do Antoine’a de Saint-Exupéry idealnie pasuje do tego, jak dziś żyjemy i funkcjonujemy. Tyle lat temu stworzył piękną historię o samotności, ale i jedną z trudniejszych.
Często w kontrze do samotności ustawia pani miłość, ale nie romantyzuje pani tego uczucia. Mówi o miłości do pracy, hobby, zwierząt. I że samotność jest mniejsza, kiedy np. hodujesz rośliny w domu.
– Ludzie, którzy dyskutują z kwiatkami na różne tematy, nie cierpią na żadne zaburzenie. Jeżeli twoje kwiatki sprawiają ci przyjemność, stanowią element codziennej rutyny, są istotkami, które dzięki tobie żyją i rozwijają się, to jest OK. Paradoks samotności polega na tym, że odczuwamy ją wtedy, kiedy czujemy się samotni, a nie wtedy, kiedy nie mamy obok siebie drugiej osoby. Możemy mieć towarzysza – psa, kota, świnkę morską. Ważna jest uważność na codzienność, która nas otacza.
Nic dziwnego, że ogrodnik to jeden z najszczęśliwszych zawodów świata.
– Jeśli chodzi o rośliny, ważna jest satysfakcja, która czyni szczęśliwym, ponieważ mózg bardzo lubi efekty. W ogrodnictwie efekt widać szybko i spektakularnie, bo jak roślina zakwita, to nie ma piękniejszej nagrody za twoją pracę. W ogrodnictwie jest też aktywność fizyczna, która
Życie i śmierć to zawsze splot okoliczności
Depresja bez wsparcia jest chorobą śmiertelną. Ze wsparciem też nią często bywa
2 marca 2016 roku
Nie wiem, jak zacząć
żyję
Uratowano mnie w ostatniej chwili, ale czy jestem pewien, że to był dobry pomysł?
Pamiętam dłoń z pierwszą ratą pigułek, wahającą się od kilku godzin. Czułem się jak żołnierz, który boi się wyskoczyć z okopu w stronę ściany ognia.
I jaka ulga, gdy ruszyłem… Jeszcze w pośpiechu kilka słów pożegnania… potem łykam następną ratę. Straszne ilości pigułek… jak mogli mnie po takiej dawce odratować? To nie było wołanie o pomoc, to było wołanie o nieistnienie. Śpieszyłem się, chciałem zdążyć przed powrotem dzieci do domu.
Kiedy otworzyłem oczy, ujrzałem smutno uśmiechnięte twarze Daniela i Ewy. Wcześniej to wypłukiwanie ze mnie leków, coś z tego pamiętam… tyle walki, by uratować moje życie, którego już nie chciałem, za wszelką cenę nie chciałem. Jak można było pogardzić taką determinacją.
Jak w przedszkolu pamiętam moje wielkie rzyganie mlekiem na świat cały z powodu kożucha, tak teraz, już po głównym płukaniu, ten rzyg, który pamiętam w przebłysku świadomości, w stronę pielęgniarki – ucieka z piskiem, taki wiejski śmigus dyngus, a ktoś mówi, to już tylko woda, a ja mówię, a pewnie raczej tylko myślę: przepraszam.
Oddział psychiatryczny, gdzie teraz jestem, to wcale nie jest takie ciekawe miejsce, jak się niektórym wydaje, natomiast bardziej okropne, niż się przypuszcza.
Wstrząs dla organizmu był tak wielki, że na dzień minęła mi depresja, dzień wczorajszy. Dzisiaj czuję, jak wraca zachmurzenie i niepokój, powoli, ale nieubłaganie. Jak cudownie było wczoraj czuć się normalnie. Nawet w tym nienormalnym miejscu.
Odwiedziny Pawła, a przede wszystkim Magdy z modemem, tu nie ma internetu… dzięki niej piszę.
Ewa z rzeczami dla mnie, aż strach mi pytać o dzieci, nie myślę o nich, by mniej cierpieć.
Szalona przed chwilą weszła do mojego pokoju i ubrała się w moje rzeczy. Wcześniej łaziła naga po korytarzu, wylewająca się ze swoich brzegów i zawodząca. Tak, dostałem osobny pokój, ruderę, jak nędzną więzienną celę, ale tu to i tak luksus. Jakim luksusem był pawilon więzienny w Białołęce, gdzie mnie osadzili, wobec tego oddziału. Teraz nieszczęsna zawodzi na cały oddział, a facet z wielką siwą brodą, w piżamie, snuje się, co chwila popierdując radośnie, kładzie się na podłodze i wygłasza kazania.
W pokoju nie mogę pisać,
Fragment książki Tomasza Jastruna Rok szczura, Czytelnik, Warszawa 2026








