Archiwum
Lornetka na ryby – czy warto mieć ją nad wodą i jaką wybrać?
Artykuł sponsorowany Wędkarstwo rzadko kończy się na samym zarzuceniu zestawu. To także obserwowanie wody, pogody, ptaków, brzegu, ruchu na tafli i tego, co dzieje się kilkadziesiąt albo kilkaset metrów dalej. Właśnie dlatego lornetka na ryby może być
Jaga ograła Glasgow Rangers
I to tyle pucharowych uciech
Brawa dla Jagiellonii, jedynej naszej drużyny, która pozytywnie zaskoczyła w minionym tygodniu, pokonując Glasgow Rangers. Takie wyniki należy doceniać, bez względu na to, czy rywal akurat niekoniecznie nawiązuje formą do swojego legendarnego portfolio.
Po latach nikt nie będzie pamiętał, że Rangersi z Glasgow mieli kiepski początek sezonu w lidze szkockiej, a w poprzednim sezonie dali się wyprzedzić w tabeli nawet Heartsom z Edynburga. To zawsze będzie wielka europejska firma, 55-krotny (!) mistrz Szkocji, triumfator Pucharu Zdobywców Pucharów z 1972 r. Ekipa, której spośród naszych klubów potrafił sprostać tylko wielki Górnik z Włodzimierzem Lubańskim w drodze po finał PEZP przed 56 laty.
Potem zarówno Górnik, GKS, Amica, Legia, jak i Lech nie znalazły sposobu, aby wygrać choć pojedynczy mecz ze Szkotami. Sam pomnę, jak młokosem będąc, świadkowałem łomotowi, jaki Rangersi spuścili Gieksie na Stadionie Śląskim w 1988 r. Dwukrotnie wtedy śląscy obrońcy nie zdołali powstrzymać Terry’ego Butchera, który kropnął dwa gole głową. O tym, jaka jest twarda, cały świat przekonał się rok później, gdy w meczu reprezentacji Anglii z powodu rozciętej skóry w starciu na początku meczu, Butcher przez cały mecz grał, brocząc krwią.
„The Gers” przed dekadą wyszli z największego kryzysu w historii, spowodowanego karną relegacją na czwarty poziom rozgrywek (klubowi groziło bankructwo, nie rozliczał się z skarbówką) w 2012 r. Powrót na najwyższy szczebel trwał cztery lata, rychło też klub odnalazł się w Lidze Europy, docierając choćby do jej finału w 2022 r. Budżetowo Szkoci przerastają Jagiellonię po wielekroć, w składzie mają kilku zawodników, którzy z powodzeniem zagrali na mundialu, jak choćby Norweg
Thelo Aasgaard, czy Belg Nicolas Raskin, wybrany przez „L’Equipe” do jedenastki największych objawień turnieju.
Mecz w Białymstoku zaczął się więc zgodnie z oczekiwaniami od katastrofy, gdy już w czwartej minucie obrońca Jagi Montóia trafił do własnej bramki. Potem mogliśmy na własne oczy przekonać się, jak fundamentalne znaczenie ma tzw. pucharowe ogranie na międzynarodowej arenie. Drużyna trenera Siemieńca w ciągu ostatnich dwóch sezonów rozegrała ponad 20 spotkań w europejskich pucharach, zatem to, co dla innych klubów byłoby wydarzeniem wysoce stresogennym, dla Białostoczan jest już normalnym dniem w pracy. Zamiast paniki po feralnym początku Jaga natychmiast zabrała się do odrabiania strat – i trzeba zauważyć, że wydatnie pomógł jej w tym nigeryjski stoper przyjezdnych, Emmanuel Fernandez. Najpierw zmienił lot centry Kajetana Szmyta, tak że ku zdumieniu bramkarza ze spodziewanego „pustego przelotu” zrobił się strzał tuż przy słupku. Potem przewrócił się w polu karnym i nie wstając, patrzył, jak Imaz strzela, a Szmyt dobija.
Mimo morderczego upału Jaga forsowała wysokie tempo gry i miała wiele okazji do podwyższenia wyniku, ale w końcówce to goście parli do wyrównania i byli blisko celu (Jagę uratował słupek). Gospodarze mieli jednak szanse skutecznie skontrować. Szkoda tylko, że ich nowy nabytek,
Pułkownik od siedmiu grzechów
Zbigniew Załuski w czołówce publicystów PRL
Politruk broniący polskich tradycji orężnych? Zesłaniec do Kazachstanu opiewający braterstwo broni z Armią Czerwoną? Ostatni w historii polskiej literatury żołnierz pisarz? Zbigniew Załuski, prawdopodobnie najsłynniejszy pułkownik lat 60., galopem wszedł do czołówki publicystów epoki PRL.
Polacy uwielbiają spierać się o własną historię. Na przełomie 1962 i 1963 r. z zapałem kłócili się o sens szarż szwoleżerów w wąwozie Somosierra i śmierci ks. Józefa Poniatowskiego. W ogólnopolskiej dyskusji udział wzięła czołówka ówczesnych piór. Atmosfera w pewnym momencie rozgrzała się do takiego stopnia, że decyzję o wygaszeniu podjęło Biuro Prasy KC PZPR. Nawiązania do sporu pojawiały się w satyrycznych „Szpilkach” i popularnych radiowych „Matysiakach”. Książka, od której wszystko się zaczęło, stała się hitem czarnego rynku.
Publikacja nosiła tytuł „Siedem polskich grzechów głównych” i ukazała się nakładem Czytelnika. Jej autorem był Zbigniew Załuski – pułkownik Ludowego Wojska Polskiego, od prawie dwóch dekad oficer polityczny. Nie miał jeszcze 40 lat, swoimi tezami sprowokował jednak dyskusję, która nie tylko ze względu na treść historyczną, ale zwłaszcza polityczną, zapisała się w podręcznikach najnowszych dziejów Polski.
„W czterdziestym nas matko…”
Wojskowe akta personalne, słownik pisarzy i nagrobek w alei zasłużonych na Powązkach są zgodne: Załuski urodził się 31 lipca 1926 r. Jeszcze za jego życia pojawiały się sugestie, m.in. jego przyjaciela Janusza Przymanowskiego, że data ta nie jest do końca precyzyjna. Dziś jego syn potwierdza, że ojciec dodał sobie rok, by móc pójść do wojska. Dokumenty z archiwum w kazachstańskim Pawłodarze poświadczają tę informację: Załuski Zbigniew, wieś Kaczyry, urodzony w 1927 r. Na przełomie 1943 i 1944 r. w miejscowym radzieckim wojenkomacie postarzył się najpopularniejszą znaną metodą: na zgubione dokumenty.
Na świat przyszedł w Kiwercach pod Łuckiem, który był stolicą województwa wołyńskiego, jako syn Ludwika i Rajmundy z Kosmulskich. Jego rodzina sprowadziła się na Wołyń kilka lat wcześniej, gdyż ojciec dostał tu pracę. Przez wiele lat był nadleśniczym w Siekierzycach, położonych niedaleko Przebraża, który w 1943 r. zasłynął jako centrum samoobrony Polaków przed UPA. Matka nauczycielka w latach 30. zajmowała się domem. Załuski wychowywał się w leśniczówce, 1 września 1939 r. miał jednak rozpocząć naukę w łuckim gimnazjum. Marzył o karierze budowniczego okrętów.
Wybuch wojny tragicznie dotknął rodzinę. Dwaj starsi bracia zginęli pod okupacją niemiecką. Ojciec, jako członek miejscowej elity, ukrywał się przed Sowietami, udało mu się jednak przeżyć. W kwietniu 1940 r. Rajmunda i Zbyszek zostali zapakowani do transportów kolejowych i wywiezieni w stepy Kazachstanu, do Kaczyr nad Irtyszem w guberni pawłodarskiej. Po podpisaniu układu Sikorski-Majski w lipcu 1941 r. Rajmunda Załuska, osoba społecznie aktywna i zdeterminowana, została powiatowym mężem zaufania ambasady RP w ZSRR,
Pogwarka z nietoperzem
Idę ścieżyną wyślizganą wśród głazów i piarżysk, nade mną ciemność; o tym, że to nie noc na powierzchni, ale dzień, we wnętrzu skał przypomina tylko czasem mijany gaj śnieżnobiałych stalagmitów. Jestem w jednej z największych naturalnych komór podziemnych Mitteleuropy, nazwanej przez odkrywców Rozprávkovým domem, na fali popularności niegdysiejszego przeboju Karela Gotta. Bajkowe są to przestrzenie dekorowane kalcytową szatą naciekową. To już właściwie nie jaskinia, ale góry podziemne, w sali rozleglejszej od pełnowymiarowego boiska piłkarskiego, z wysoko zawieszonym stropem, nie widać ścian ani sufitu. Jeśli kto z powodu klaustrofobii nie miał okazji podziwiać świata podziemnego, tu mógłby się wyzbyć lęków.
Stratenská, druga po systemie Demianowskim jaskinia Słowacji, liczy sobie dzisiaj już 26 km korytarzy, z czego wielka część przypada na gigantycznych rozmiarów ciąg sal wymytych przed 4 mln lat przez wody rzeki Hnilec. Odkryto ją dopiero w 1972 r., jest więc w pewnym sensie moją rówieśnicą. Speleolodzy ze Spiskiej Nowej Wsi strzegą jej jak oka w głowie. Przez wiele lat infiltrowałem ich środowisko, aby wreszcie móc skorzystać z zaproszenia do wspólnej eksploracji. Podobno ostatnim Polakiem, który tu się dostał, był przed ćwierćwieczem doktorant Uniwersytetu Jagiellońskiego badający mikrofaunę tutejszych wód podziemnych – skądinąd nie ma ich zbyt wiele oprócz kilku niewielkich jeziorek, w systemie brak aktywnego cieku wodnego. Jaskinia jest sucha,
Czasami czuję ten ciężar
Teatr Telewizji jest największą sceną świata
Michał Kotański – dyrektor Teatru Telewizji
W ostatnich dwóch latach, za pańskiej dyrekcji, Teatr Telewizji stanął na nogi. Wyciągnął pan asy z rękawa. Czy osiągnąwszy tak wiele, ma pan jeszcze coś do ujawnienia przed nowym sezonem?
– Program będziemy ogłaszali na początku września. Wtedy opowiem więcej o planowanych na kolejny sezon premierach, teraz dopinamy szczegóły i nie chcę jeszcze za dużo o nich mówić.
Żeby mieć o czym mówić we wrześniu?
– Dzisiaj mogę powiedzieć, że w przyszłym sezonie uda nam się najpewniej utrzymać zarówno liczbę produkcji, jak i ich poziom. Jeszcze trzy lata temu spektakle w TVP były robione szybko i za nierealne budżety. Wynikało to z niewiary decydentów w sens misji publicznej. Decyzja obecnego prezesa telewizji o zwiększeniu finansowania ambitnych projektów, rozmowy wewnątrz telewizji o tym, jak można odświeżyć formułę Teatru TV, większe zaangażowanie i współpraca innych agencji TVP – to zmienia podejście do teatru wewnątrz tej dużej korporacji, jaką jest Telewizja Polska.
I co, naprawdę się zmieniło?
– Zmieniło się. Zarówno, jeżeli chodzi o jakość, ale też poruszane tematy. Kiedy w pierwszym roku uruchamialiśmy niektóre produkcje, usłyszałem, że będę ekskomunikowany. Ze smutkiem konstatuję, że nadal nie jestem. Publiczność oczekuje oprócz rozrywki również poważnej rozmowy. I budowania przestrzeni, która wychodzi poza polaryzację, ogarniającą już chyba wszystkie sfery życia publicznego.
O jakich spektaklach pan mówi?
– O takich jak „Prałat” czy „Jak nie zabiłem swojego ojca”. Rozmowy po ich emisji, nawet jeżeli były dla niektórych mocne czy wchodziły w rejony mogące budzić kontrowersje, były potrzebne i w stu procentach spełniały definicję misji publicznej. Obecnie politycy i media w zdecydowanej większości odpuścili sobie rozmowę. Liczy się cyrk. Przy okazji warto wspomnieć, że Jacek Kurski miał przecież ambicje, żeby Teatr Telewizji był wartościowy i był mocną jednostką produkcyjną wewnątrz TVP. No ale zapału,
Listy od czytelników nr 33/2026
Wojna na prawicy
Trudno rywalizować z politycznymi dinozaurami – Kaczyńskim i Tuskiem. To bezcelowe. Oni już wiele namieszali w polskiej polityce, nie potrafiąc załatwić spraw fundamentalnych, jak poprawa funkcjonowania ochrony zdrowia, sytuacji w oświacie i nauce czy problemu mieszkalnictwa. Nie potrafili również uregulować relacji z Ukrainą, która niezbyt szanuje nasz kraj. Potrzebna jest zmiana pokoleniowa, także w kierownictwie Nowej Lewicy. Ludzie ci z pewnością nie przyciągają młodych wyborców (…).
Damian Paweł Strączyk
Zdrowie bez zysku albo zysk bez zdrowia
Nie zgadzam się z diagnozą prof. Andrzeja Szahaja. Trudno twierdzić, że to „mechanizmy rynkowe zawiodły”, skoro publiczna ochrona zdrowia finansowana przez NFZ nie funkcjonuje na zasadach wolnego rynku. Ceny świadczeń, zasady kontraktowania, limity i sposób finansowania są w ogromnej mierze ustalane administracyjnie przez państwo i urzędników, a nie przez mechanizmy rynkowe. Można dyskutować o wadach obecnego modelu, ale nie przypisujmy ich rynkowi, który w tym obszarze działa jedynie w bardzo ograniczonym zakresie. Nie oznacza to, że rozwiązaniem jest prywatyzacja ochrony zdrowia – to odrębna kwestia. Po prostu warto trafnie nazwać problem: jeśli system jest przede wszystkim centralnie regulowany, to jego niedomagania trudno uznać za dowód porażki wolnego rynku.
Iwona Olczyk
„Jednak, jak znam życie, żadnych głębokich zmian nie będzie”. Też tak uważam. Dla rządu Donalda Tuska ważniejszy jest wyścig zbrojeń – kto więcej z PKB przeznaczy na bezużyteczny amerykański złom. Dobrze dla nich też jest, że mają PSL w koalicji, i prezydenta Nawrockiego. Mają alibi! Należałoby – moim zdaniem – reformę zdrowia zacząć od likwidacji przywilejów zdrowotnych dla mandarynatu rządowego (klinika rządowa itp.). Gdyby postali trochę w kolejkach jak zwykli ludzie, z pewnością zaczęliby działać na rzecz poprawy ochrony zdrowia.
Józef Brzozowski
Wojna jako model biznesowy
I oto jest odpowiedź na nurtujące mnie od dawna pytanie – dlaczego od wybuchu „wojny pełnoskalowej” nie ma żadnej, najdrobniejszej wzmianki o toczących się jakichkolwiek próbach zażegnania konfliktu drogą pertraktacji i politycznego wygaszenia konfliktu. Dla nikogo z możnych tego świata wizja pokojowego rozwiązania nie stanowi głównego i pożytecznego celu. Rozkręca się machina zbrojeń, handlu mediami strategicznymi. I manipuluje się naszą świadomością. Wmawia się, że 5% PKB bardziej wystraszy domniemanego agresora niż 2% czy 3%. Wmawia się nam, że zagrożenie rośnie z dnia na dzień w szalonym tempie, jednocześnie informując, że domniemany agresor coraz bardziej słabnie. W informacji z zaatakowanego Kijowa dziennikarz TVN, pokazując jakieś szczątki, mówi: rosyjska rakieta i zaraz szybko dodaje: a może fragmenty zaparkowanego samochodu. A korupcja wojenna jest tematem tabu.
Tadeusz Żyła
Wojna o talerz
Jak protekcjonizm w Unii Europejskiej rozgrywa polską żywność
Późną jesienią w zagrodach na Kujawach gęsi białe kołudzkie będą się tłoczyły przy korytach z owsem, nim trafią na stoły w Berlinie, Monachium i Hamburgu. A tysiąc kilometrów stąd, w gmachu Berlaymont przy Rue de la Loi 200 w Brukseli urzędnicy Komisji Europejskiej będą zastanawiali się, czy ptaki te zostaną wpisane do unijnego rejestru Chronionych Oznaczeń Geograficznych (ChOG) jako „polska gęś owsiana” i staną się cenioną marką z unijną pieczęcią, czy też pozostaną zwykłym mięsem drobiowym. Wniosek Warszawy w tej sprawie wpłynął pod koniec 2025 r.
18 czerwca 2026 r. – w ostatnim dniu dopuszczalnym przez prawo unijne, przed ogłoszeniem decyzji KE – Niemcy złożyły formalny sprzeciw wobec tej rejestracji, dowodząc, że nie ma nic nadzwyczajnego w żywieniu gęsi owsem, które – zdaniem Berlina – stosuje się także w innych państwach, a to podważa „wyjątkowy” charakter naszego produktu.
Protekcjonizm i czarny PR
To nic nowego. Jeśli sektor rolno-spożywczy odpowiada za ok. 8,5% całkowitego eksportu Unii Europejskiej i należy do nielicznych branż, w których wspólnota notuje trwałą nadwyżkę handlową ze światem, żywność od dawna jest poważnym wyzwaniem politycznym. Za każdą toną sera, mięsa czy za hodowanymi w Polsce gęsiami stoją głosy wyborców wiejskich, lobbing koncernów przetwórczych i handlowych oraz budżety państw, które dopłacają do wspólnej polityki rolnej dziesiątki miliardów euro rocznie.
A gdy na stole leży coś, co karmi ludzi i zasila PKB, unijne zasady można „rozciągać” i „naginać” – zawsze z uzasadnieniem, że chodzi o bezpieczeństwo konsumentów lub ochronę lokalnych tradycji. W Europie bowiem, w odniesieniu do rynku żywności, protekcjonizm nie jest wyjątkiem od reguły – jest regułą w przebraniu złożonych przepisów prawa.
Wszystkie państwa członkowskie nauczyły się chronić własnych producentów bez stawiania barier celnych. Jedne robią to lepiej, drugie gorzej. Czasem wystarczą częstsze kontrole na granicach, sprzeciwy w procedurze oznaczenia geograficznego albo wymóg certyfikatów, których nie ma w rozporządzeniach unijnych. Bardzo skuteczne są komunikaty prasowe, które w mediach zamieniają się w czarny PR.
Tak postąpili Czesi, gdy w 2013 r. ogłosili,
Czy przywrócenie poboru do wojska staje się koniecznością?
Płk Marek Pietrzak,
rzecznik prasowy Sztabu Generalnego Wojska Polskiego
Obecnie nie ma decyzji o przywróceniu obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej – aktualne potrzeby armii zaspokajają formy zawodowe i ochotnicze. Państwo zachowuje jednak taką możliwość prawną, a decyzję podejmuje Prezydent RP na wniosek Rady Ministrów. Siły Zbrojne RP są przygotowane planistycznie do realizacji różnych wariantów. Jeśli sytuacja bezpieczeństwa wymusi rozszerzenie obowiązku szkolenia wojskowego, nie będzie to powrót do dawnej „zetki”, czyli zasadniczej służby wojskowej. Ewentualny pobór przybierze formę nowoczesnego, selektywnego i opartego na kompetencjach systemu budowania rezerw oraz odporności całego państwa.
Dr Hab. Filip Ilkowski,
politolog, współtwórca dawnej Inicjatywy „Stop Wojnie”, UW
Należy stanowczo sprzeciwiać się przywróceniu poboru do wojska. Brak decyzji o powrocie do obowiązkowej służby ze strony polskich władz wynika ze strachu przed oporem społecznym, jaki widzimy np. w Niemczech po zapowiedziach przywrócenia częściowego poboru. Żyjemy w czasach niestabilnych,
Stąd, czyli z Bielska Podlaskiego
Mamy katolików, prawosławnych i niewierzących. Na jednych i na drugich świętach ciasta jemy
– Dyrektor mojej podstawówki powtarzał, że Bielsk Podlaski tym się różni od Hajnówki, że tam jest zbieranina z całej Polski, bo jak po I wojnie światowej wystartował przemysł drzewny, wszyscy tam ciągnęli, a u nas jakby wziąć cyrkiel i zrobić kółko na 20 km wokół miasta, to większość ludzi jest stąd – mówi Jacek Prokopiuk, lokalny dziennikarz, z którym spotykam się w azjatyckiej restauracji przy Placu Ratuszowym.
Tak, w azjatyckiej. Nie w podlaskiej z kartaczami i kiszką ziemniaczaną, ale w restauracji nazwą i zdjęciami na ścianach nawiązującej do Wietnamu.
W mieście są sushi, pizzeria Wenecja, turecki kebab, kawiarnia Hajduczek, chińskie centrum handlowe i sklepy Społem co kawałek. Tu stara drewniana chałupa, tu pokryta sidingiem, a tu oblepiona reklamami. Z tym że jednak starych drewnianych chałup to już prawie nie ma.
Jacek Prokopiuk wspomina lata 70. i 80., czas dzieciństwa, kiedy Bielsk Podlaski był drewnianym miastem, ale na jego oczach się zmieniał. Dziś drewniane chaty zostały przy ulicy Zamkowej, a drewniana ulica Mickiewicza zamieniła się w typową ulicę miasta powiatowego, czyli otynkowana ciągnie się przez miasto ze sklepami i usługami po obu stronach, reklamowanymi na kolejnych szyldach i plakatach. Architektura też jest powiatowa – budynki z czasów PRL i wesoła architektoniczna twórczość lat 90., a do tego kilka plastikowo-szklanych wstawek z XXI w.
Wróćmy jednak do tego, co mówi Prokopiuk, a mówi, że „stąd”. Co to znaczy? Ano nie to, co większość osób myśli, że znaczy. Czyli nie chodzi o żadną tam narodowość czy jednolitość religijną.
– Na zachodzie powiatu są katolicy o silnie prawicowych poglądach, a na wschodzie powiatu prawosławni, którzy głosują przeciwko PiS. Mamy różną mentalność, ale jedną świadomość przynależności do tego miejsca.
W rodzinie Jacka Prokopiuka dopiero ojciec zaczął mówić po polsku. Dziadek nie mówił. Ale to nieważne, bo co innego język, religia i pochodzenie, a co innego właśnie ta świadomość, bo nawet jeśli ktoś tu ma tę ukraińską czy białoruską, to ma też bielską.
Zerknijmy w statystyki. W Bielsku Podlaskim mieszka ok. 23,5 tys. osób, a w całym powiecie ok. 50 tys. Prócz Polaków są tu przedstawiciele mniejszości narodowych białoruskiej i ukraińskiej. Ci pierwsi stanowią ok. 20% mieszkańców miasta i powiatu, dochodząc nawet do 70% w gminie Orla.
W wyborach parlamentarnych w 2023 r. w zachodniej gminie Brańsk PiS zgarnęło 74%, a KO otrzymała tylko 4%, we wschodniej gminie Orla KO 34%, Trzecia Droga 22%, a PiS 25%, za to w samym mieście Bielsk Podlaski PiS miało 28%, a KO 32%.
W 2025 r. w powiecie bielskim wygrał Karol Nawrocki z 60-procentowym wynikiem przy 40-procentowym wyniku Rafała Trzaskowskiego. Zresztą podobnie procentowo rozkładają się proporcje między katolikami i osobami wyznania prawosławnego – 60% do 40%. W mieście Bielsk Podlaski i w gminie Orla wygrał kandydat KO.
To pokazuje, że mamy do czynienia z powiatem granicznym,
Pożytek z nieszczęścia
Nie wraca się z reguły do lektur szkolnych, czytane za wcześnie nudziły i źle się teraz kojarzą. A jednak wróciłem do „Chłopów” Reymonta, w papierowej wersji nie dałbym rady, słucham, znakomicie czyta Marek Walczak. Zaskoczenie, jaka to wspaniała proza poetycka, gęsta i mięsista. W pełni zasłużona Nagroda Nobla. Jak w roku 1924 zareagował Reymont na wiadomość, że dostał Nobla? Wpadł w rozpacz. Pisał w liście do znajomego: „Okropne! Nagroda Nobla, pieniądze, sława wszechświatowa i człowiek, który bez zmęczenia wielkiego nie potrafi się rozebrać. To istna ironia życia. Urągliwa i prawdziwie szatańska”. Nie pojechał po odbiór nagrody, nie miał siły, umarł za rok. Skąd tonący w długach pisarz miał środki, by pisać czterotomowych „Chłopów”?
Reymont, dawny pomocnik kolejarza, jechał pociągiem w drugiej klasie ze znajomym dziennikarzem i jego żoną. Pod Włochami doszło do czołowego zderzenia z innym pociągiem. Był piątek 13 lipca 1900 r. Zginęło pięć osób, a ok. 40 zostało rannych – w tym pisarz. Żona znajomego zginęła. Siła uderzenia zniszczyła wagony, a w lokomotywie eksplodował kocioł parowy. Reymont doznał szoku nerwowego i urazów, ale nie tak poważnych, jak to zadeklarował. W listach do znajomych pisał o dwóch pękniętych żebrach. Wynajął adwokata i zażądał wysokiego odszkodowania od Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Tu już widnieje liczba 12 złamanych żeber. Nie była to prawda, ale tak brzmiało orzeczenie lekarskie ordynatora dr. Jana Rocha Rauma. Lekarz był wielbicielem prozy Reymonta i martwił się,








