Archiwum

Powrót na stronę główną
Obserwacje

Najlepsze lody na świecie

Coraz więcej mistrzowskich receptur wychodzi spod ręki Polaków

Trudno o jednoznaczną odpowiedź na pytanie, kto wymyślił lody. Na pewno było to w czasach zamierzchłych. Pierwsze wzmianki dotyczące mrożonych deserów pojawiły się już w V w. p.n.e.! Klimat w ówcześnie licznie zamieszkiwanych regionach globu – starożytnej Grecji czy dawnej Persji – sprzyjał kulinarnym eksperymentom. Dlatego tworzono tam produkty przypominające dzisiejsze lody.

Historycy są dość zgodni, że kilka wieków przed naszą erą nastąpiło tzw. rzymskie optimum klimatyczne, charakteryzujące się ciepłymi oraz stabilnymi warunkami pogodowymi. Średnie temperatury w rejonie basenu Morza Śródziemnego były wtedy o ok. 2 st. C wyższe niż w chłodniejszych stuleciach naszej ery.

Tego lata temperatura w wielu krajach Europy bije rekordy. Sezon na lody trwa tu już zatem od wielu tygodni i wszystko wskazuje na to, że upały wyjątkowo go wydłużą.

Popyt na lody, zarówno wśród mieszkańców Europy, jak i turystów, od Lizbony po Helsinki, jest w tym roku wyjątkowo duży. Cieszy to producentów tego deseru, którzy już dzisiaj liczą niespodziewanie wysokie zyski. Ochota na schłodzenie tym, co najbardziej jakościowe cieszy szczególnie właścicieli włoskich gelaterii – lodziarni o tradycjach sięgających kilku pokoleń. Tym bardziej że to właśnie włoskie lodziarnie w rankingu prestiżowego internetowego przewodnika kulinarno-turystycznego TasteAtlas położyły światową konkurencję na łopatki.

Poziomki, lawenda i amaretti

Portal TasteAtlas gromadzący co roku informacje o tradycyjnych potrawach, lokalnych produktach oraz sprawdzonych restauracjach z całego świata wybiera na podstawie analizy komentarzy i recenzji online 100 najlepszych lodziarni.

W tegorocznym rankingu Włochy miażdżą konkurencję, zajmując… 44 pierwszych miejsc! Pierwsza rzemieślnicza lodziarnia spoza Półwyspu Apenińskiego pojawia się w zestawieniu dopiero na 45. pozycji! Szczyt podium okupują dwa włoskie, bardzo „lodowe miasta” – Rzym i Florencja.

Tytuł najlepszej lodziarni na świecie według TasteAtlas przypadł Gelaterii Fatamorgana w Rzymie, która otrzymała w rankingu 69 pkt. Wyrobów zwycięskiej firmy skosztować możemy w aż dziewięciu lodziarniach w stolicy Włoch – pięć z nich zlokalizowanych jest w ścisłym centrum. Gelateria Fatamorgana reklamuje swoje wyroby jako naturalne, wytwarzane ręcznie w wysoce innowacyjnym procesie produkcji. Działa na rynku już od 23 lat.

Które smaki słynnych lodów najbardziej przypadły do gustu rzymskim specom kulinarnym i turystom? O triumfie Fatamorgany zadecydowały: lody z poziomek z miasteczka Nemi z lawendą, lody brzoskwiniowe z winem, lody o smaku słynnego tortu Sachera, miks: mięta, żen-szeń i mleko migdałowe,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

I nie wódź nas w nieskończoność

Od kilku lat biskupi mówią o powołaniu komisji ds. pedofilii, ale robią wszystko, by nie powstała

„Kiedy powstanie zapowiadana komisja do zbadania przypadków wykorzystywania seksualnego nieletnich przez osoby duchowne?”, zapytałem ks. Leszka Gęsiaka, rzecznika prasowego Konferencji Episkopatu Polski.

„Szanowny Panie Redaktorze, dziękujemy za przesłane pytanie. Niestety Ksiądz Rzecznik przebywa obecnie na urlopie. Z wyrazami szacunku”, odpisało biuro prasowe KEP. Oczywiste jest, że ks. Gęsiakowi należy się zasłużony odpoczynek, ale rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ma przecież podwładnych – pracowników biura prasowego, które, jak napisano na stronie KEP, „kontaktuje się z mediami i prezentuje stanowisko zajmowane przez Konferencję Episkopatu Polski w sprawach ważnych dla życia Kościoła”. Biuro prasowe KEP podlega bezpośrednio sekretarzowi generalnemu, bp. Markowi Marczakowi, członkowi wąskiego grona prezydium KEP. Wystarczyło go zapytać.

Pracownicy biura prasowego mogli też zasięgnąć języka u abp. Tadeusza Wojdy, przewodniczącego KEP, jego zastępcy abp. Józefa Kupnego lub prymasa Polski Wojciecha Polaka. Raczej nie jest prawdopodobne, aby najbardziej decyzyjni hierarchowie Kościoła w Polsce byli jednocześnie na urlopach. Zdaje się jednak, że właśnie o to chodziło – tak mi odpowiedzieć, abym się odczepił i nie drążył niewygodnego tematu.

Kłamstwo ma krótkie nogi

Sprawa powołania rzeczonej komisji jest bowiem kompromitująca dla biskupów. W marcu 2023 r. po obradach KEP pasterze Kościoła poinformowali, że „w trosce o dobro ofiar” powstanie specjalna komisja ds. „zbadania problemu wykorzystania seksualnego małoletnich przez niektórych duchownych”.

W czerwcu 2023 r., podczas kolejnego zebrania KEP, w Lidzbarku Warmińskim, abp Wojciech Polak przedstawił wniosek, aby przyszła komisja miała charakter śledczy i zajęła się przypadkami pedofilii od 1945 r. do momentu jej powołania. „Nie da się zbadać tylko przeszłości, nie odnosząc się do teraźniejszości, ponieważ sprawy, które wydają się tylko historyczne, ostatecznie takimi nie są, gdyż często prowadzą do konieczności podjęcia działań dzisiaj”, mówił prymas Polski.

Wniosek został przedyskutowany, a potem przegłosowany przez biskupów. Przez następne miesiące hierarchowie zapewniali opinię publiczną, że prace nad utworzeniem komisji trwają, prowadzone są konsultacje, analizy i narady.

Jednak w marcu 2025 r. wyciekła do mediów opinia Rady Prawnej KEP (zasiada w niej 10 biskupów i kilkunastu księży konsultorów). W dokumencie zarekomendowano hierarchom złamanie złożonej publicznie obietnicy powołania komisji. Według członków Rady Prawnej KEP utworzenie komisji o uprawnieniach śledczych byłoby groźne m.in. dlatego, że przed jej oblicze byliby wzywani i przesłuchiwani nie tylko szeregowi księża, ale i biskupi. Działalność komisji przerodziłaby się w sąd nad „przełożonymi kościelnymi”, a w pracach

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Beethoven, gdyby żył w naszych czasach, słyszałby. To medycyna – mówi prof. Skarżyński

Prof. Henryk Skarżyński napisał libretto do musicalu. Opowiada o swoich pacjentach

Oto zuchwałość XXI w. 34 lata temu prof. Henryk Skarżyński dokonał pierwszej operacji wszczepienia osobie całkowicie niesłyszącej implantu ślimakowego. Było to wówczas wielkie wydarzenie, wielki przełom. Chodziło o to, by osoba z implantem mogła słyszeć dźwięki, idąc ulicą, i czuć się w miarę swobodnie. O tym, by mogła mówić, rozmawiać, można było wówczas jedynie pomarzyć.

Teraz osoby ze wszczepionym implantem grają i śpiewają. Postęp jest gigantyczny. „Pamiętam, ile emocji to wzbudzało, ile wysiłku kosztowało, by przekonać środowiska naukowe i decydentów, że osoba niesłysząca może odzyskać kontakt ze światem dźwięków – wspomina prof. Skarżyński. – Dziś robimy to u kilkumiesięcznych dzieci, dając im szansę na swobodny rozwój mowy i normalne życie. Stymulując mózg od wczesnych miesięcy, rozwijamy jego możliwości oraz zdolności. Nauka nie tylko nadąża za światem – ona go kształtuje”.

Od 2015 r. prof. Skarżyński organizuje w Kajetanach Międzynarodowy Festiwal Muzyczny „Ślimakowe Rytmy/Beats of Cochlea”, byśmy na własne oczy mogli się przekonać, co potrafi współczesna medycyna. I usłyszeć młodych ludzi śpiewających oraz grających Beethovena i Chopina.

W tym roku w lipcową sobotę finał festiwalu obfitował też w bonusy: film dokumentalny w reżyserii Miłki Skalskiej o tych, którym implant dał nowe życie, „Implant. Mój Przyjaciel Po Wsze Czasy”, i musical „Powrót Beethovena”, do którego libretto napisał… prof. Henryk Skarżyński.

Libretto? Jakim sposobem? Skąd u profesora taka pasja? Skąd wolny czas na jej rozwijanie? Henryk Skarżyński mówi o tym w filmie Miłki Skalskiej: „Kocham pracę, bez niej nie byłbym w stanie funkcjonować. Wyzwala we mnie nowe możliwości, marzenia, które albo spisuję w postaci jakiegoś wiersza czy jakiejś rymowanki, albo opisu jakiegoś wrażenia, i to zostawiam. Czasami nie wracam do tego przez lata, a czasami po paru miesiącach okazuje się, że to był fantastyczny pomysł i należy go rozwijać”.

Pasja profesora do sztuki, muzyki, do poezji to rzecz znana. Wiemy też, że po całym dniu ciężkiej pracy, wymagającej maksymalnego skupienia, mijają nieraz godziny, nim mózg się uspokoi i wyciszy. Taki jest „Powrót Beethovena” – musical, który powstał na podstawie półautobiograficznej książki profesora o tym samym tytule. To opowieść o jego pacjentach, o ich historiach. O rodzicach, którzy z obawami i nadzieją przyjechali z dziećmi do Kajetan. O małych pacjentach, dla których implant oznaczał przeniesienie w nową rzeczywistość – ze świata ciszy w świat dźwięków. O trudach rehabilitacji, zderzeniu z własnymi słabościami i nietolerancją otoczenia. I o Beethovenie, który – gdyby żył w naszych czasach – słyszałby.

„To cud”, mówi w „Powrocie Beethovena” mama małego chłopca,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Nauka Wywiady

Fascynują mnie mitochondria

Polski Nobel za wybitne osiągnięcia w dziedzinie biologii molekularnej i komórkowej

Prof. Agnieszka Chacińska – dyrektorka Międzynarodowego Instytutu Mechanizmów i Maszyn Molekularnych PAN (IMol PAN). Biolożka molekularna, zajmuje się biochemią komórek oraz molekularnymi aspektami biologii komórki, szczególnie biogenezą, transportem i degradacją białek mitochondrialnych oraz ich nieprawidłowym funkcjonowaniem prowadzącym do patologii. Członkini Europejskiej Organizacji Biologii Molekularnej Academia Europea, Niemieckiej Akademii Przyrodników Leopoldina.

Polska Akademia Nauk po raz pierwszy przyznała pani za wybitne osiągnięcia naukowe znaczącą nagrodę finansową w wysokości 400 tys. zł, którą nazywa siępolskim Noblem. Na co pójdą te pieniądze?
– Są do indywidualnego wykorzystania. W polskiej nauce często słyszy się narzekania na zarobki, więc taka nagroda daje po prostu większe możliwości i pozwala uniknąć presji finansowej. Bardzo się z niej cieszę. Dobrze, że i Polska ma taką nagrodę – na świecie jest bardzo dużo różnych nagród naukowych w różnych kategoriach. Liczę na to, że po tej pierwszej PAN będzie przyznawać regularnie kolejne zaszczytne wyróżnienia wraz z bardzo ładną, specjalnie zaprojektowaną statuetką.

Instytut IMol PAN ma charakter międzynarodowy. Czy znajduje to odzwierciedlenie w obsadzie pracowników?
– 50% zatrudnionych w PAN nie ma polskich paszportów. W naszej Radzie Naukowej działa m.in. amerykański biolog molekularny polskiego pochodzenia Victor Ambros, który stara się o polskie obywatelstwo. Razem z Garym Ruvkunem był współlaureatem Nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii lub medycyny w 2024 r. W 2014 r. był jednym z laureatów Nagrody Wolfa w dziedzinie medycyny. Mamy wśród stuosobowej załogi osoby z ponad 20 krajów, nawet z Indii. Czują się u nas dobrze, robią doktoraty, prowadzą badania i zostają liderami grup. Instytut IMol PAN, dokonując rekrutacji nowej kadry, wybiera najlepszych naukowców na wszystkich poziomach, w tym zwłaszcza na poziomie liderów grup. Nasz rada jest bardzo zaangażowana w ten ostatni proces.

Współczesne prace badawcze w biotechnologii są bardzo kosztowne. Początkowo programy te realizowaliście w ramach Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego. I były na to pieniądze.
– Wraz z koleżanką, a potem wicedyrektorką IMol zdobyłyśmy grant Fundacji na rzecz Nauki Polskiej w ramach programu Międzynarodowe Agendy Badawcze ze środków Unii Europejskiej. Dostałyśmy prawie 40 mln zł na utworzenie programu ReMedy (Regenerative Mechanisms for Health). Teraz w instytucie PAN kontynuujemy prace, przenieśliśmy część aparatury zakupionej z grantu i nadal uzupełniamy nasze wyposażenie. Ale to był początek. Teraz wszystkie badania w instytucie są prowadzone w ramach grantów polskich, głównie z Narodowego Centrum Nauki, i europejskich. Trzeba pamiętać, że subwencje państwowe na takie badania nie są i nie powinny być wystarczające. Granty jako konkursy – o ile procedura selekcji zwycięzców jest prawidłowa – działają dużo lepiej, bo podnoszą poziom nauki. Instytut musi więc zabiegać o finansowanie, zwłaszcza gdy jego celem jest rozszerzanie wiedzy, i na tak wczesnym etapie nie może zaoferować praktycznego, a tym bardziej rynkowego  spożytkowania swoich osiągnięć. Ale najcenniejsi w każdym instytucie naukowym są ludzie. Zdarzało się niekiedy, że obficie płynął strumień strukturalnych funduszy z UE, ośrodki akademickie kupowały sporo drogiej aparatury i… stała ona nawet nierozpakowana, bo zabrakło chęci i wiedzy, jak takie cacka właściwie spożytkować. W IMol PAN na czele grup badawczych stoją silne osobowości naukowe, mamy wystarczające oprzyrządowanie oraz mądrych i chętnych do pracy ludzi z całego świata.

Instytut ma ambicje wykorzystać najnowsze osiągnięcia nauk biologicznych w praktyce terapeutycznej. Obiektem waszego zainteresowania są mitochondria.
– IMol ma szersze zainteresowania naukowe. A mitochondria to obiekt zainteresowań kierowanej przeze mnie grupy naukowej. Śledzimy, co robi „maszyneria komórkowa”, na którą składają się także mitochondria, ważna część komórki, elektrownia całego organizmu, zwłaszcza mięśni i mózgu. Stąd żywe ciało czerpie swoją moc.

Choroby, proces starzenia i różne deficyty genetyczne odbierają nam część energii. Można temu przeciwdziałać?
– Nie wszystko da się naprawić i wyleczyć. Są wrodzone błędy w naszym kodzie genetycznym, z tym się rodzimy. Można jednak próbować ograniczyć dysfunkcje, opóźnić czy złagodzić symptomy. Nie bardzo jednak radzimy sobie z leczeniem chorób genetycznych. Zmiany w genomie, czyli kompletnej

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Szahaj Felietony

Zdrowie bez zysku albo zysk bez zdrowia

To, że z polską ochroną zdrowia jest źle, wydaje się ewidentne. Ale mniej jasna jest przyczyna. Najczęściej mówi się o braku pieniędzy. Z pewnością to racja. W tym kontekście niedawne obniżenie składki zdrowotnej dla przedsiębiorców zakrawa na absurd. Co tu kryć, absurd zgodny z nastawieniem cechującym całą naszą klasę polityczną, która od początku transformacji dba przede wszystkim o interes przedsiębiorców, mając w nosie los pracowników najemnych, choć to oni de facto utrzymują całe państwo (vide system podatkowy).

Gdy jednak pominiemy sprawę finasowania, pozostaje pytanie o głębszą przyczynę kłopotów. Moim zdaniem wiąże się ona z polskim zaczadzeniem ideologią wolnorynkową. Towarzyszy nam ono od początku transformacji. Nie potrafimy się z niego otrząsnąć, choć wszystko wskazuje na to, że byłoby to z korzyścią dla ogółu. Teza moja jest następująca: wpuszczenie rozwiązań rynkowych do ochrony zdrowia przyczyniło się do jej fundamentalnych kłopotów. I nie idzie nawet o to, że obok systemu państwowej ochrony zdrowia mamy system prywatnej ochrony zdrowia, ale o to, że ów system państwowy działa jak prywatny. Logika i tu, i tam jest identyczna: walka o pieniądze i nastawienie na zysk. To jest skądinąd sedno neoliberalnej rewolucji, z jaką mamy do czynienia na świecie od początku lat 80. XX w.: spowodować, aby nawet te fragmenty praktyki społecznej, które z zasady nie nadają się do urynkowienia, zostały urynkowione. Dotyczy to przede wszystkim ochrony zdrowia, transportu publicznego i edukacji (jako dziekan wydziału nigdy nie rozumiałem, co to znaczy, że wydział ma wypracować zysk).

Wolny rynek sprawdza się tu i ówdzie (np. w handlu), ale nie wszędzie. Z pewnością nie tam, gdzie w grę wchodzą tzw. usługi publiczne. Jak bowiem wycenić ludzkie zdrowie? Jak wprowadzać zasadę rynkowej rywalizacji do świata usług publicznych, które domagają

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Duet Mitera i Żurek

Przypadkiem natrafiłem na Facebooku na rolkę, na której minister sprawiedliwości – prokurator generalny Waldemar Żurek demonstrował dane dotyczące przestępczości drogowej. Pokazywał liczby zabitych przez pijanych kierowców i straszył wysokimi karami. Przekonywał, że prokuratura i wymiar sprawiedliwości pod rządami obecnej koalicji rozprawią się z przestępcami drogowymi. Sens wypowiedzi ministra Żurka współgrał z demagogicznym i emocjonalnym uzasadnieniem wyroku w sprawie Łukasza Żaka, jakie wygłosił arcypisowski sędzia Mitera.

Jestem przekonany, że to uzasadnienie sędziego Mitery, pokazywane przez wszystkie telewizje, spodobało się wielu ludziom. Na tym przecież polega demagogia. Nie wiem tylko, dlaczego minister postanowił przelicytować sędziego. Czy chodziło o to, by pokazać, że nie tylko pisowcy, ale „my też ostro zwalczamy bandytów drogowych”? Minister pokazał liczby wypadków drogowych, w tym ze skutkiem śmiertelnym, liczby osób, które zginęły w wypadkach spowodowanych przez pijanych kierowców. To wszystko prawda, ale niecała.

Trzeba pamiętać, że liczba pojazdów mechanicznych na polskich drogach rośnie lawinowo, tylko w ostatnim 10-leciu wzrosła o 12%. Do tego dodajmy jeżdżące po naszych drogach samochody z obcą rejestracją, a tych jest rocznie z samych tylko Rosji, Białorusi i Ukrainy ponad 3 mln. Liczba samochodów z krajów UE, które jeździły w Polsce, jest nieznana. Rośnie więc liczba pojazdów, a liczba wypadków drogowych na szczęście maleje. W ostatnim 10-leciu zmalała aż o 40%! Maleje też liczba wypadków ze skutkiem śmiertelnym. W stosunku do 2016 r. zmalała o 45%. W 2025 r. było ich 1660, w 2016 r. aż 3026. W 2025 r. liczba wypadków była o 3% mniejsza niż w 2024.

Liczba wypadków ze skutkiem śmiertelnym była aż o 14% mniejsza niż w roku poprzednim. Wedle statystyk policyjnych w 2025 r. uczestnicy ruchu pod wpływem alkoholu spowodowali 1358 wypadków (6,5%), w których zginęło 170 osób (10,2%). W tej liczbie mieszczą się pijani rowerzyści,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Jerzy Giedroyc i środowisko Instytutu Literackiego w Paryżu o powstaniu warszawskim

Zgodnie z decyzją Senatu 2026 został ustanowiony Rokiem Jerzego Giedroycia. Chociażby z tego powodu warto przyjrzeć się, jak o powstaniu warszawskim pisali jego współpracownicy na łamach „Zeszytów Historycznych”. Było to bowiem czasopismo, które nawet zdaniem IPN, „okazało się trwałym i ważnym dla wiedzy o dziejach Polski w XX w. forum dyskusji i prezentacji naukowej”.

Na początek przywołajmy fragment tekstu Jacka Trznadla „Powstanie warszawskie. Hamlet historii”, opublikowanego w „Zeszytach Historycznych” w 1988 r.:

„Powstanie warszawskie jest jednym z podstawowych zworników najnowszej historii Polski. Jest największą przegraną bitwą w dziejach Polski w ogóle, ostatnim aktem klęski narodu w czasie okupacji hitlerowskiej, klęską zadaną przez upadającego już wroga. Uległo zniszczeniu jedno z największych miast Europy. Warszawa jest też jedyną stolicą zniszczoną całkowicie. Liczba ofiar cywilnych powstania w Warszawie przewyższyła dwukrotnie liczbę ofiar Hiroszimy, a dodana do wcześniejszej liczby ofiar eksterminacji ludności żydowskiej Warszawy, podnosi do 50% zagładę ludności miasta. Zginęła w nim elita młodzieży polskiej, a także elita polskiej inteligencji. Uległy zagładzie archiwa, a w nich bezcenne rękopisy niewydanych utworów literackich, biblioteki, dzieła sztuki, nie mówiąc już o architekturze i substancji miasta”.

Chociaż sam Trznadel nie brał bezpośredniego udziału w powstaniu – jako 14-latek przebywał w tym czasie w Krakowie – samo to wydarzenie wywarło na nim duży wpływ. W odpowiedzi na wybuch powstania Niemcy 6 sierpnia zorganizowali w jego mieście brutalną łapankę. Później nocne niebo nad Wawelem rozświetlały reflektory polujące na alianckie samoloty lecące z pomocą walczącej Warszawie. W kolejnych miesiącach „powstały pierwsze stereotypy, wyrosłe z okrutnej rzeczywistości”, czyli barykady, butelki z benzyną, w końcu też sama „tragedia stolicy”. Z tego powodu, jak pisał autor „Hańby domowej”, „powstanie stało się urazem także dla tych, którzy nie byli wtedy w Warszawie”.

Trznadel był jednym z tych historyków, którzy krytykowali powstanie, a jednocześnie nie powielali narracji narzucanej przez władze PRL. Jak sam przyznawał, „zaczęła we mnie wtedy powoli narastać myśl, że ocena powstania jako błędu – pozornie po myśli komunistycznej propagandy – może być właśnie skierowana przeciw historiografii i myśli politycznej historyków realnego socjalizmu. Że mianowicie unikając powstania, można było ocalić wiele sił także do walki z komunizmem”. Podobny realizm przyświecał wielu osobom z kręgu Giedroycia.

Realizm w ocenie

Naturalnie na łamach „Zeszytów Historycznych” (a także „Kultury”) pojawiały się głosy odmienne, podobne do obecnie dominujących w krajowej debacie o powstaniu. Jednak i te wypowiedzi nie negowały ogromu strat ludzkich i materialnych wynikających na równi z brutalnej pacyfikacji zrywu przez Niemców, jak i z nieprzemyślanej decyzji o jego wywołaniu.

Jako ilustracja takiego stanowiska może posłużyć tekst Władysława Bartoszewskiego, opublikowany w „Zeszytach Historycznych” z 1984 r. Mimo podkreślenia bohaterstwa powstańców i ludności cywilnej autor zdawał sobie sprawę z konsekwencji druzgocącej porażki konfrontacji z Niemcami. Bartoszewski sprzeciwiał się także porównywaniu powstania warszawskiego z próbami wyzwolenia Paryża czy Pragi, które to stolice znajdowały się wówczas w zupełnie odmiennej sytuacji geostrategicznej:

„Tak więc nie zagadnienie prawa czy bezprawia decydowania o własnym losie czy walki własnymi siłami o własną stolicę, ale zagadnienie innych konfiguracji dużo bardziej skomplikowanej natury jedynie może tłumaczyć przykładanie innej miary do naszych praw, a innej miary do praw innych walczących w innych krajach w gruncie rzeczy o te same swobody decyzji”. Tymczasem wielu rodzimych apologetów powstania zapominało – i nadal to robi – o tej istotnej różnicy.

W 1964 r., z okazji 20. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Pytanie Tygodnia

Czego pokolenie Z oczekuje od polityki?

Dr Ewelina Nowakowska,
politolożka i antropolożka polityki, USWPS, IFiS PAN

Przede wszystkim konkretów i sprawczości. Zetki to pokolenie, które wie, czego chce. Ważne są dla nich takie kwestie jak mieszkalnictwo, koszty życia czy zmiany klimatu. W przeciwieństwie do milenialsów otwarcie mówią o swoich potrzebach, emocjach i oczekiwaniach. Idą na wybory głównie ze względu na swoje postulaty i nadzieję na ich realizację przez polityków, a w drugiej kolejności po to, by pokazać władzy, co o niej myślą. Wykazują przy tym ogromną niechęć do obecnego stylu uprawiania polityki i mówią wprost: „Mamy dość!”. Widzą, że instytucje nie działają, a politycy zamiast odpowiadać na ich problemy, wracają do opowieści, które dla nich są obce. Choć uważają, że system ich ignoruje, chcą walczyć o zmianę. Główną przestrzenią ich mobilizacji jest internet – to tam manifestują swoje postawy polityczne, czują, że mają wpływ na rzeczywistość i są widzialni.

 

Dr Paweł Łokić,
ekspert w dziedzinie nauk społecznych, UAM w Poznaniu

Pokolenie Z niespecjalnie interesuje się kłótniami politycznymi, wojenkami ideologicznymi ani podziałem na lewicę i prawicę. Zetki niezbyt dobrze oceniają ten teatr i konflikty w mediach. Do polityków podchodzą z nieufnością, bo uważają ich za nieskutecznych. Dojrzewają w świecie dynamicznym, pełnym dezinformacji i kryzysów. Słyszą od rodziców o tym, jak trudno dziś o stabilność, i żyją w przekonaniu, że na nic nie będzie ich stać – od mieszkań po wychowanie dzieci. Dodatkowo boją się o przyszłość zawodową z powodu rozwoju sztucznej inteligencji. Ale kiedy w badaniach pyta się ich o oczekiwania, mówią wprost: chcemy autentyczności, mniej wykłócania się, a więcej rozwiązań. Chodzi im po prostu o efektywne zarządzanie państwem i narzędzia, które zapewnią im stabilizację ekonomiczną w niepewnych czasach.

 

Dominika Lasota,
aktywistka młodego pokolenia, Inicjatywa Wschód

Oczekiwałabym od polityki więcej odwagi i tego, by politycy stali po stronie ludzi i naszych najpilniejszych potrzeb, a nie wielkich interesów czy biznesu. Niestety, obecnie – czy chodzi o zdrowie, mieszkania, czy klimat – wygrywają czyjeś zyski. Mamy dość reality show, które serwuje się nam codziennie. Ta polityka traci sens: co chwilę nakręcane są dramy i skandale, a politycy ścigają się na zasięgi. Mówiono nam, że trzeba brać udział w demokracji. Poszliśmy zagłosować, a czujemy paraliż i to, że zostaliśmy z niczym, bo ta scena odkleiła się od rzeczywistości. Ale nadzieja i szanse na zmiany zawsze są. Głęboko liczę na to, że ludzie, którzy na to patrzą i się zawodzą, będą organizować się lokalnie i tworzyć alternatywę tam, gdzie polityka ich pomija.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Pogrom się zbliża

Od napaści słownych do fizycznych ataków droga okazała się nader krótka. Jeszcześmy nie ochłonęli po tym, jak cham zbluzgał w autobusie ukraińskie dziewczynki, a już trzech napakowanych bohaterów pobiło chłopaka i dziewczynę za wschodni akcent. Nawrocki nie odezwał się ani słowem, bo Gromda i wszelkie organizacje patusów obijających sobie ryje w klatkach to jego elektorat, zatem oficjalne stanowisko głowy państwa w kwestii napaści na tle narodowościowym można uznać za milczące przyzwolenie.

Nie baczę, co o tym myśli swołocz, staram się wywiedzieć, jak na to spoglądają ludzie z wykształceniem wyższym i poglądami centroprawicowymi, bo i takich mam w kręgu znajomych, a to ich brak sprzeciwu jest decydujący w eskalacjach pogromowych. Agresywna tłuszcza sama z siebie się nie odpali, ogień muszą jej podać tzw. przeciętni obywatele, którzy w stosownym momencie odwrócą wzrok. I rzecz jasna politycy wygrzebujący trupy sprzed lat i nawołujący do wyrównania rachunków krzywd.

Że prawie co trzeci Polak jest poplecznikiem jednej z konfederacji, partii jawnie antyukraińskich i skrycie proputinowskich, to też jeszcze do zbiorowej zbrodni nie wystarczy. Języczkiem u wagi nie jest liczba radykałów, ale cicha akceptacja tych, co się ponoć miarkują w emocjach. Zadzwoniłem więc podpytać i ręce mi opadły. Na przykład kolega operator, na co dzień chłopak niegłupi, karmi mnie barwnymi teoriami spiskowymi (choć dominantą barwną jest w nich jednak odcień brunatny). Stwierdził np., że to wszystko

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Bez ślubu i bez statusu

Nie masz obrączki? Nie masz wsparcia prezydenta

W narracji środowisk konserwatywnych i zwolenników weta ustawy o statusie osoby najbliższej dominuje jedna emocja – ulga. Ich przedstawiciele z satysfakcją przekonują, że decyzja prezydenta była jedyną słuszną, bo przepisy i tak miały służyć głównie formalizowaniu relacji par jednopłciowych. Polityczna retoryka zderza się jednak z twardą rzeczywistością i oficjalnymi statystykami.

Wystarczy sprawdzić dokumenty. W Ocenie Skutków Regulacji (druk sejmowy nr 2111), powołującej się na Europejski Sondaż Społeczny z 2022 r. wyliczono, że ustawa o statusie osoby najbliżej miała chronić aż 2,2 mln osób w relacjach heteroseksualnych i ok. 162 tys. osób tworzących związki tej samej płci. Zaproponowane rozwiązania odpowiadały więc przede wszystkim na codzienne potrzeby ponad 2 mln heteroseksualnych Polek i Polaków żyjących bez ślubu. Potwierdzają to również twarde dane GUS z Narodowego Spisu Powszechnego 2021, wskazujące na niemal 1,8 mln osób funkcjonujących w nieformalnych relacjach.

Decyzja prezydenta Karola Nawrockiego z 17 lipca postawiła jednak krzyżyk na dwóch aktach prawnych – o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu wraz z przepisami wprowadzającymi. „Strażnik konstytucji” zawetował projekt, zarzucając mu „wprowadzenie tylnymi drzwiami związków partnerskich, które mają zastąpić instytucję małżeństwa”. Decyzja ta wywołała lawinę komentarzy i ujawniła przepaść pomiędzy sztywnym prawem a codziennością Polaków.

Kwestia bytowa

Symbolem tego pęknięcia jest np. wpis Pawła, który dzień po decyzji prezydenta opublikował na Facebooku zdjęcie z partnerką i podzielił się gorzką refleksją. Pech chciał, że ogłoszenie weta przypadło dokładnie w dzień rocznicy ich nieformalnego związku. „36 lat razem… bez ślubu i papierów na szczęście. Nikt nie powinien innemu wchodzić w życie osobiste!”, skomentował.

Wyznanie Pawła celnie punktuje narrację o „ideologii” czy „obcym lobby”. Ustawa o statusie osoby najbliższej dotyczyła przecież też dwojga tych osób, które przez niemal cztery dekady dzieliły dom, pracę i dorobek. A w świetle obecnego prawa pozostają dla siebie obce.

Wokół projektów i wspomnianych ustaw pojawiła się narracja, że nowy status osoby najbliższej to kwestia zarezerwowana wyłącznie dla środowisk LGBTQ+. Część internautów szybko jednak sprowadziła tę dyskusję na ziemię, przypominając o strukturze demograficznej kraju. „Związki partnerskie to nie tylko grupa LGBT, ale także konkubinaty, kobiety i mężczyźni, którzy nie wzięli ślubu z różnych przyczyn”, zauważa w sieci Ola i stawia celne pytanie: „W którym momencie to zagraża innym relacjom?”.

Dla wielu to kwestia czysto bytowa. Jolanta, po 25 latach w związku bez ślubu, szukała w ustawie poczucia bezpieczeństwa. Joanna z kolei wyznaje: „Nie chodzi o szczęście, bo to mam od 29 lat. Chodzi o to, żebym mogła zgłosić partnera do ubezpieczenia, gdy straci pracę,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.