Archiwum

Powrót na stronę główną
Świat

Niewolnicy włoskich pól

Caporalato – system, który zabija

Wieczorem 1 czerwca na stacji benzynowej w Amendolarze, niewielkiej miejscowości we włoskiej Kalabrii, zatrzymała się furgonetka z pięcioma migrującymi robotnikami rolnymi. Chwilę później doszło do ataku.

Nagrania z monitoringu, opublikowane przez „Corriere della Sera”, pokazują dwóch mężczyzn podchodzących do pojazdu. Wlewają do środka łatwopalną ciecz, zamykają drzwi i podpalają samochód. Uwięzieni wewnątrz ludzie nie mają szans na ucieczkę. Trzech obywateli Afganistanu i jeden Pakistańczyk giną w płomieniach. Piąty mężczyzna przeżywa – udaje mu się wyskoczyć przez okno. W zeznaniu mówi, że wszyscy pracowali bez wynagrodzenia przy zbiorze truskawek.

Do ataku miało dojść po tym, jak zażądali wypłaty należnych pieniędzy od osób organizujących im pracę. Śledczy zatrzymali dwóch obywateli Pakistanu. Zostali oni zidentyfikowani jako tzw. caporali – nieformalni pośrednicy kontrolujący rynek pracy migrantów.

Premier Giorgia Meloni stwierdziła, że zabójstwa zszokowały Włochy. Dla osób od lat badających system pracy sezonowej w rolnictwie była to jednak kolejna, skrajna odsłona znanego mechanizmu.

Fabryka taniej pracy

Włoskie caporalato to jeden z najtrwalszych systemów nielegalnego pośrednictwa pracy w Europie Południowej. Opiera się na sieci caporali, pośredników, którzy rekrutują migrantów, organizują im transport, zakwaterowanie i zatrudnienie, za każdą z tych usług pobierając opłaty. W praktyce oznacza to całkowitą kontrolę nad pracownikiem.

Według danych związku zawodowego reprezentującego pracowników przemysłu rolno-spożywczego FLAI CGIL w niektórych regionach południowych Włoch jedynie ok. 30% migrantów pracujących w rolnictwie ma formalne umowy. Ale nawet w takich przypadkach część wynagrodzenia wypłacana jest „na czarno”. Reszta pracuje całkowicie poza systemem. Stawki sięgają często 2-3 euro za godzinę. Jednocześnie robotnicy płacą za transport, jedzenie i nocleg – usługi organizowane przez tych samych pośredników,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Fałszywa pamięć wielkiej klęski

Ryki, race i opowieści o zwycięstwie obrażają pamięć powstania

Czy oddaliśmy pamięć o powstaniu warszawskim Bąkiewiczowi, jego kumplom i kibolstwu? Czy pamięć o tych, którzy wówczas zginęli, musi być szargana? Kolejna rocznica wybuchu powstania pokazuje, że jest coraz gorzej. Że zamiast powagi i refleksji, mamy dymiące race i krzyki. A prezydent RP opowiada bajki o zwycięstwie. Tyle z tej wielkiej tragedii chce rozumieć.

Powstanie warszawskie! Oczywiście naszym obowiązkiem jest o nim pamiętać, ale i to, byśmy się nie okłamywali. Bo to nie było zwycięstwo, lecz wielka klęska.

Tak się złożyło, że urodziłem się na warszawskiej Woli, mieszkałem w kamienicy, w której przed wojną mieszkała babcia z moim tatą. Ocaleli w zasadzie przypadkowo. Pacyfikując Wolę, Niemcy mordowali systematycznie, kamienica po kamienicy. Ale bodaj po trzech dniach doszli do wniosku, że to zbyt wiele kosztuje i lepiej ograniczyć się do rozstrzeliwania mężczyzn. W ten sposób ocalała moja babcia z 10-letnim chłopcem, moim ojcem.

Ich wspomnienia słyszałem dziesiątki razy. Że uciekli do kościoła św. Wojciecha na Wolskiej, że wychodząc, musieli iść po trupach. A potem do Pruszkowa. W naszej kamienicy – teraz to rozumiem – mieszkały w zasadzie same starsze kobiety. Do dziś je pamiętam. Chętnie zapraszały mnie na herbatę i ciasto, byłem jednym z niewielu dzieci w tym domu, więc siłą rzeczy budziłem ciepłe uczucia. Zaproszenia kończyły się podobnie – ja piłem herbatę, a sąsiadki opowiadały o swoich mężach i braciach, których zabili Niemcy. A im teraz przyszło żyć samotnie i w bólu. 30 lat po wojnie wciąż przeżywały tamte dni i cierpiały, czas dla nich się zatrzymał.

Mój ojciec, rocznik 1933, w powstaniu zanurzony był całkowicie. Kupował wszystkie książki na ten temat, mieliśmy piękny album z fotografiami, wycinał z gazet i tygodników artykuły. Kiedyś przyszedł po mnie do szkoły. Grałem w piłkę, chciałem zostać dłużej, mówiłem: Tatusiu, tak dobrze

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Bareja by tego nie wymyślił

Podobno w Polsce każdy powód jest dobry, by świętować. Najchętniej wtedy, gdy trafi się sponsor. Z tym prezydent Nawrocki nie ma problemu. Stoi za nim najbardziej rozbudowana i najdroższa w historii kancelaria. I armia urzędników skrojonych na jego podobieństwo. Poświętował więc, choć świętowanie roku prezydentury to żenada. A pochwały wygłaszane pod adresem jednorocznego jubilata były jak z filmu Barei. Modelowe zakłamywanie rzeczywistości.

Nawrocki wyciągnięty z kapelusza Kaczyńskiego wygrał wybory o włos. Poparło go tylko trochę więcej wyborców niż Trzaskowskiego. A prawdziwego wyniku wyborów prawica nie chciała sprawdzać. Przegrany kandydat, który nie liczył się z porażką, i popierający go obóz polityczny nie mieli wystarczającej determinacji, by żądać powtórnego przeliczenia głosów. Trzeba było to zrobić – mimo jazgotu i presji ze strony tych polityków, którzy poparli Nawrockiego.

Powtórne liczenie głosów w wyborach amerykańskich staje się już rutyną. Największy wielbiciel Trumpa na świecie nie powinien więc mieć z tym problemu. Chyba że zna ludzi, którzy mają zakulisową wiedzę o wyborach.

Prezydent Nawrocki szczyci

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Bo ludzie mówili

Prokuratura nadużyła zaufania społecznego – twierdzą obrońcy oskarżonych w sprawie Iwony Cygan

Gdyby wystąpienia adwokatów i repliki prokuratora mogły wywoływać pioruny, powietrze w sali sądowej, gdzie dobiegał końca proces oskarżonych o zabójstwo Iwony Cygan, raz po raz przeszywałyby błyskawice.

– Dlaczego śledztwo trwało 28 lat? Bo doszło do zmowy milczenia miejscowych sił porządkowych i obywateli miasteczka – mec. Jan Kuklewicz, obrońca Pawła K., kpiącym tonem cytuje oskarżyciela publicznego. I od razu rozprawia się z powtarzanym dziennikarzom wyjaśnieniem Bogdana Michalca, ówczesnego szefa Archiwum X: – A prawda jest taka, że zmowa milczenia miała służyć wytłumaczeniu, dlaczego dowody zbrodni są, jakie są, czyli żadne. Pokrzywdzono mieszkańców Szczucina, nazywając ich miasteczko siedzibą zbrodni. Ta szczególna omerta to pomysł na wytłumaczenie braków w postępowaniu przygotowawczym.

Cena przeszłości

Mecenas Kuklewicz przez pięć godzin podważa poszczególne tezy oskarżenia. Przekonuje, że gdyby jego klient naprawdę siał taki postrach w Szczucinie i okolicy, będąc nietykalnym dla wymiaru sprawiedliwości, jak sugerował prokurator, wcześniej nie zostałby zatrzymany i skazany razem z Robertem K. za pobicie dwóch nastolatków za to, że mieli obrażać dziewczynę Pawła K.

– Oskarżony płaci olbrzymią cenę swojej przeszłości. Był więcej niż aroganckim człowiekiem. Jako ten, który problemy zwykł załatwiać pięścią, dla określonej koncepcji oskarżenia stał się idealnym motywem.

Według prokuratury Renata G. miała wyciągnąć Cyganównę z domu i zaprowadzić ją w ręce oprawców. Jest o tym przekonana także rodzina zamordowanej nastolatki.

– Weryfikowaliśmy to od A do Z. Renata G. nie znała głównego oskarżonego. Bilingi z telefonu Iwony wskazują, że tamtej tragicznej nocy ktoś inny do niej dzwonił. Nie można się zgodzić ze stwierdzeniem prokuratora, że jakkolwiek nie ma dowodów, nie znaczy to, że takich zdarzeń nie było.

Wyssana z palca jest teoria o ofiarach rzekomej zmowy milczenia. Tadeusz D. nie został utopiony, bo wiedział, kto jest mordercą. On sam kilka miesięcy po zabójstwie dziewczyny zeznał, że „tak gadał po pijaku”. A jego zwłoki wyłowione z Wisły nie miały skrępowanych rąk, jak przekazywano w prokuraturze dziennikarzom.

Mec. Jacek Jurczyński, obrońca ojca i syna K., powołując się na swoją 30-letnią praktykę, ocenia mowę prokuratora jako akt desperacji. Świadczy o tym już sam opis zarzutu. W akcie oskarżenia stwierdzono, że Paweł K. doprowadził do zabójstwa w Szczucinie – siedlisku grozy i

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Kupujemy drogo i nie na tę wojnę, która nam grozi

Ludzie, którzy kupowali śmigłowce Apache, nie mają pojęcia o współczesnej wojnie

Kmdr Maksymilian Dura – przez 26 lat (1985-2011) służył w Marynarce Wojennej, na okrętach rozpoznawczych, szef Wydziału Dowodzenia i Łączności w Sztabie MW. Polski przedstawiciel w grupach NATO (RADHAZ, MCG-5, MSA). Obecnie ekspert w portalu Defence24.

Panie komandorze, budżet MON to 200 mld zł, będzie jeszcze więcej. Czy rozsądnie wydajemy te pieniądze? Czy nie inwestujemy w rzeczy niepotrzebne albo bardzo drogie, a można by było mieć sprzęt bardziej użyteczny?
– Nie można mówić o rzeczach niepotrzebnych, dlatego że praktycznie wszystko, co jest kupowane, przydaje się wojsku. Natomiast problem jest z ustaleniem priorytetów i z kupowaniem w taki sposób, aby to wszystko od razu działało. Na przykład kupujemy w tej chwili czołgi kompletnie nieprzydatne na współczesnym polu walki.

Dlaczego nieprzydatne?
– Nie mają możliwości bronienia się przed dronami. I teraz – zamiast kupić mniej czołgów, ale od razu takie, które byłyby przygotowane do walki jak na Ukrainie – kupiono od razu mnóstwo czołgów, a na później zostawiono decyzję, że zostaną wprowadzone systemy, które je zabezpieczą. A jeśli takich systemów nie dostaniemy? Obecnie żaden czołg nie jest przygotowany do takiej walki jak na Ukrainie. Po kilkunastu minutach będzie zniszczony. Te kilkanaście minut to czas, w którym dolecą rosyjskie drony. I gdy dolecą, tego czołgu już nie będzie.

366 Abramsów, które kupiliśmy, to cena ok. 25 mld zł.
– Dlatego podaję to jako przykład. Inny: kupiliśmy Borsuki, bojowe wozy piechoty, bardzo potrzebne. Tylko nie kupiliśmy do nich żadnych systemów antydronowych, więc na taką wojnę jak na Ukrainie, się nie nadają. 15 sierpnia będzie parada wojskowa. Proszę zwrócić uwagę, czy prezentowane czołgi i wozy piechoty będą miały klatki antydronowe. Czy będą miały systemy zakłóceniowe przeciwko dronom i pancerze aktywne? Widać, że kupujemy na zasadzie: kupmy, co jest do kupienia, a potem się zastanowimy, jak to dostosować do pola walki. Tak nie powinno to wyglądać.

Czyli kupujemy broń na starą wojnę, której już nie będzie?
– Przykładem tego jest kontrakt na zakup 96 śmigłowców Apache. Wszyscy wiedzą, że śmigłowce bojowe na współczesnym polu walki nasyconym dronami mają niewiele do powiedzenia. A my ich kupiliśmy aż 96. To świadczy o tym, że ludzie, którzy je kupowali, kompletnie nie mają pojęcia, jak wygląda współczesna wojna.

Śmigłowiec na linii frontu nie ma szans?
– W ogóle tam nie doleci. Ma uzbrojenie, które może działać na odległość kilkunastu kilometrów. A pas śmierci, w którym operują drony, jest znacznie szerszy – to 15 do 20 km. Żaden śmigłowiec nie wleci w tę strefę, więc o nich zapomnijmy.

Jeśli chodzi o śmigłowce Apache, nie dość, że ich zakup to 40 mld zł, czyli gigantyczne pieniądze, trzeba będzie jeszcze wyszkolić 500 pilotów, mechaników, do tego koszty serwisowania, części zamienne.
– Szkolenie pilotów to ogromny wysiłek, nie wiem, jak się w tym wyrobimy. Natomiast jest jeszcze większy problem – to nie są śmigłowce proste do utrzymania. One nie mogą stać tak jak śmigłowce Mi-24, które stały pod kocami, i – jesień, zima – od razu można je było uruchomić.

Z Apache’ami jest inaczej?
– Jest tak, jakbyśmy wystawili telewizor na zewnątrz

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Polski kler czyli państwo w państwie

Prof. Tadeusz Bartoś – filozof, wykładowca Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie

Czy duchowieństwo w Polsce, oczywiście generalizując, bliższe jest poglądom na swoją wiarę, na naukę Kościoła temu, co myśli społeczeństwo, wierni, i dlatego jest dość odległe od tego, co prezentują ostatni papieże, Franciszek i Leon XIV?
– Środowiska, z których pochodzi polskie duchowieństwo, kształtują jego obraz świata. To, co mogłoby uzupełniać ten obraz poprzez wykształcenie teologiczne, do naszego kleru nie dociera. Gdyby czytali konstytucję Gaudium et spes, wiedzieliby, że obok głównej – katolickiej, możliwe są też inne drogi do Boga, że Żydzi, protestanci, ba, nawet ateiści mogą być zbawieni. Kontekst jest taki: katolicy doszli do przekonania, że stracili dominującą pozycję w zachodnim świecie, nie mogli już mówić: jesteśmy centrum świata, a reszta ma do nas dołączyć, bo jak nie, to anatema sit. W pluralistycznej kulturze odgórne narzucanie siebie, dyscyplinowanie, stało się niewykonalne, mogło być już tylko śmieszne. Trzeba było więc zejść z piedestału i wejść w interakcję z tzw. światem. Tego wśród polskiego kleru nie ma. Nadal siedzi on na swoich wyimaginowanych stołkach jedynie słusznej racji i chęci bycia monopolistą prawdy. A całość świata ma za zadanie się słuchać.

Czy to wynika z ich wiarołomstwa i nieuznawania tego, co głoszą chociażby wspomniani dwaj papieże? Chcą po prostu, żeby było, jak było? Może więc jednak mówią to, czego wierni chcą słuchać?
– Tak, ale w mówieniu o polskim duchowieństwie trzeba uważać, żeby nie przeintelektualizować. Jeśli chcemy je zobaczyć, musimy spojrzeć najpierw na ks. Rydzyka, na ten typ cwaniactwa, choćby biznesowego, bo to jest wzorzec bycia polskiego kleru. Księża nie są tymi, którzy coś uzasadniają, oni mają swoje kościelne interesy do załatwienia. A tacy, którzy głoszą jakieś teorie, zasady wiary, są nieistotni. Ważni są ci, którzy umieją ogarnąć przedsiębiorstwa, jakimi są parafie, biskupstwa itd. A jednocześnie, co jest ważnym elementem, przyciągają dużo ludzi.

Z biogramów nominowanych na biskupów wynika, że wielu ma za sobą pobyt w Rzymie. I co, wracają do tego, z czego wyszli, zapominając o watykańskiej edukacji?
– Trzeba byłoby na każdą osobę spojrzeć osobno i przyjrzeć się jej karierze biskupiej, zrobionej w wyniku kooptacji. Jeśli jest jakiś młody, podoba nam się, to go pchniemy na studia, później będzie pracował w kurii, a jak się sprawdzi, będzie biskupem pomocniczym, potem diecezjalnym. Czynników wpływających na kościelny awans jest wiele. Opisał to Frédéric Martel w książce „Sodoma”, gdzie pokazuje, jak ważną rolę w polityce kadrowej Watykanu odgrywają przyjaźnie i miłości męskie.

Kiedy po Październiku ’56 prymas Wyszyński udał się do Watykanu, w rozmowie z ówczesnym sekretarzem stanu ekipę Gomułki nazywał „narodowymi komunistami”. Czy, parafrazując, można powiedzieć, że w Polsce mamy narodowych, a nie rzymskich katolików?
– Można tak powiedzieć. Napięcie między Kościołem lokalnym a globalnym zawsze istnieje. Przymiotnik „narodowy” oznacza różne rzeczy. Katolicyzm nie jest przeciwko patriotyzmowi, a nauki kościelne mówią, trochę trywializując, że koszula bliższa ciału. Przed wojną dominikanin Jacek Woroniecki pisał, że naturalnie bardziej się dba o najbliższych, choćby rodaków, niż o tych, których w życiu się nie widziało. To pod wpływem zdroworozsądkowego arystotelizmu. Natomiast nauki powtarzane przez ostatnich papieży, przeciwko skrajnym nacjonalizmom – bo przecież obowiązuje miłość do wszystkich bliźnich swoich, nawet nieprzyjaciół – w Polsce się nie przebijają. Jan Paweł II wiele zrobił w kwestiach odantysemityzowania katolicyzmu. I co? U nas antysemityzm jest nadal żywy. Winne są także braki w edukacji, nieobecność w szkołach prawdziwej historii polskich Żydów. Jeśli zatem transmisja najnowszych osiągnięć nauki katolickiej jest w Polsce niska, to znaczy, że rządzą jakieś lokalne interesy, również tradycje nacjonalistyczne, co widać w odnoszeniu się do obcokrajowców, teraz Ukraińców. Jeśli co chwilę mamy napady na Ukraińców, a Kościół katolicki milczy, nie robi żadnych gestów, o czymś to świadczy.

Dlaczego tak się dzieje?
– Może jest tak, jak pan sugeruje, że duchowni nie chcą się narażać swoim ukochanym, umiłowanym wiernym. Byłoby to tchórzostwo (timiditas), przeciwieństwo męstwa (fortitudo), jednej z czterech katolickich cnót kardynalnych.

Ja bym powiedział: nie chcą się narażać wiernym sponsorom.
– Wtedy mielibyśmy chciwość (avaritia), jeden z siedmiu grzechów głównych, definiowany jako „immoderatus amor habendi” (nieumiarkowana miłość posiadania). Tak że sprawę można ująć fachowym językiem. Są na to paragrafy. Ten mechanizm jest do prześledzenia. Prosta taktyka: jestem proboszczem, zbieram na tacę, mam sponsorów, chcę, a raczej muszę mówić to, co im się spodoba, i co chcą usłyszeć. Nie chcę denerwować ludzi, przychodzą do kościoła, wspierają, czyli jestem w ich kieszeni. Mówiąc językiem kościelnym, muszę zrezygnować z głoszenia Ewangelii.

Dlatego apel kardynałów polskich i ukraińskich o pojednanie spotkał się z dość chłodnym przyjęciem wiernych i większości duchowieństwa.
– Rzeczywiście apel przeszedł bez echa, nie licząc środowisk narodowych, które wręcz wyrażały dezaprobatę. Kardynałowie Ryś, Nycz czy Krajewski mogą coś napisać, ale nie są w stanie spowodować, by nawet podlegli im proboszczowie wykazywali postawę chrześcijańską. Wielu biskupom, także tym z watykańską edukacją, pewne rzeczy nie przejdą przez gardło, bo nie chcą wychylać się ponad świadomość wiernych. Powiedzmy, że biskup poleca proboszczom w diecezji: w kruchcie każdego kościoła proszę umieścić plakat z napisem: „Każdy Ukrainiec jest twoim bliźnim. Każdy!”. I piękne zdjęcie ukraińskiej rodziny. Ale byłaby jatka, proboszczów na taczkach by wywozili! A może przesadzam?

Czy Kościół w Polsce będzie coraz bardziej przybierał kształt Kościoła radiomaryjnego?
– Poza pojedynczymi, tzw. oświeconymi enklawami, od niepamiętnych czasów miał ducha radiomaryjnego. Zanim pojawiło się Radio Maryja, on już tam był.

Może kiedyś stać się inny?
– Różne są scenariusze. Jeśli jakaś struktura społeczna się zmniejsza, to się elitaryzuje. Młodzi nie chodzą do kościoła, starzy nie dają rady. Następuje wymiana pokoleniowa i zostają tacy bardziej świadomi, oświeceni. To może być czynnik jakiejś zmiany. Problem jednak polega na tym, o czym Jacek Woroniecki pisał w jednym z artykułów o sentymentalizmie, fideizmie i irracjonalizmie polskiego katolicyzmu: wiara to czucie, masz wierzyć, przestań ciągle wszystko analizować, bo to jest „niemieckie mędrkowanie”. Katolicyzm

p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Hiroszima, wymazane ludobójstwo

Piszę te słowa 81 lat od zrzucenia przez Stany Zjednoczone na Hiroszimę pierwszej bomby atomowej. O tej samej porze, kiedy miasto zniknęło z powierzchni ziemi, wraz nim ok. 140 tys. mieszkańców, a kolejni mieli umierać przez następne dekady. Kilka dni później podobny śmiertelny los spotkał Nagasaki. Japonia skapitulowała. Wojna światowa  przeszła do historii. Prawda o skali zniszczenia i śmierci była skutecznie, z małymi wyjątkami, kontrolowana przez armię i administrację amerykańską, tuszowana i ukrywana. 85% amerykańskiego społeczeństwa akceptowało i popierało decyzję o użyciu bomby atomowej. Przeciw było 10%. „Chicago Sun” podsumował to zdaniem: „Nie istnieje żadna skala wartości, według której wybuch TNT jest słuszny, a wybuch uranu niesłuszny”.

Zapewne prawda o skutkach (w tym o skali umierania na chorobę popromienną), którą można by wyrazić słowami: „Hiroszima, ciszej nad tą trumną”, pozostawałaby w cieniu, gdyby nie historia powstania i publikacji jednej książki. W maju 1946 r. do Japonii dotarł doświadczony, choć dopiero 32-letni amerykański reporter wojenny John Hersey, wydelegowany przez kierownictwo „New Yorkera”. Hersey, autor bestsellerowych książek reportaży wojennych, ocalały podczas wojny z kilku katastrof lotniczych, w samolocie lecącym do Japonii przypadkowo przeczytał nagrodzoną Pulitzerem powieść „Most Sun Luis Rey” Thortnona Wildera, opisującą z perspektywy kilkorga świadków wielką katastrofę w Peru w XVIII w.

Ten strukturalny pomysł Hersey postanowił wykorzystać do opowiedzenia tego, co wydarzyło się 6 sierpnia 1945 r. w Hiroszimie. Dzięki niezwykłemu instynktowi reporterskiemu i dobrym kontaktom z wojskiem (jego wcześniejsze, nagradzane reportaże były pochwałą

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

VeloBank liderem zwolnień

Na pytanie, co to są tzw. mieszane uczucia, można podać przykład VeloBanku, następcy Getin Noble Banku. Po przejęciu działalności detalicznej Citi Handlowego VeloBank pokazał się Polakom w licznych reklamach. Na bogato. Kampanie telewizyjne, celebryci, billboardy i Magdalena Różczka. Aktorka zaprasza do królestwa nowoczesności, bezpieczeństwa i wygody. To bezpieczeństwo to dla 950 pracowników VeloBanku ponury żart. Mimo obietnic zarządu stracą pracę. Ludzie, którzy całe życie pracowali w Citibanku, trafiają na bruk. Bo właściciele banków muszą zarobić więcej. Jeszcze więcej.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Komu dawał Jabłoński?

„Gnojek robi to tylko dlatego, że jego banda z Solidarnej/Suwerennej Polski teraz ten PiS przejęła”. Któż tak mówi o koledze z partii? Po stylu można poznać, że jest to adwokat z Radomia Paweł Jabłoński. A tym, którego Jabłoński wziął pod obcas, był Michał Woś.

Za Jabłońskim, który był wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie PiS, ciągną się oskarżenia NIK i Krajowej Administracji Skarbowej. Co wykryli kontrolerzy KAS? Na 550 stronach raportu o Jabłońskim jest sporo. W ciągu trzech lat MSZ bezprawnie udzieliło 109 dotacji na kwotę 48 mln zł.

Jabłoński rozdawał pieniądze wbrew rekomendacjom 24 ekspertów. Zmienił ich decyzje mejlami, które wysyłał jego asystent. Taka chytra sztuczka adwokacka. Chowanie się za plecami człowieka, któremu wydawał polecenia służbowe. Decyzjami Jabłońskiego kasa trafiła do Stowarzyszenia Bezpieczna Lubelszczyzna, do Fundacji Leny Grochowskiej (żony właściciela Arche), do Fundacji „Hagia Marina” i wielu innych. Sprawami zgłoszonymi przez KAS zajmuje się Prokuratura Okręgowa w Kielcach. Jabłoński nie będzie miał więc daleko.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Sąsiad

Ambasador Ukrainy w Polsce Wasyl Bodnar zakończył misję w Warszawie i wraca do Kijowa, by objąć stanowisko wiceministra spraw zagranicznych – poinformowały media. Co ciekawe, wiceszefem ukraińskiego MSZ ma zostać także Wasyl Zwarycz, który był jego poprzednikiem w Warszawie.Dodajmy, że Bodnar już był w swojej karierze wiceministrem. To jest jego półka. Kto może go zastąpić? PAP podała, że albo Iryna Wereszczuk, zastępczyni szefa kancelarii prezydenckiej, była wicepremier, albo wiceszef MSZ Ołeksandr Miszczenko.

To oznacza, że Ukraina kieruje do ambasady w Polsce ludzi z bardzo wysokiego poziomu, już politycznego. Czyli, że jesteśmy dla Kijowa jednym z najważniejszych państw.

A kogo my kierujemy do Kijowa?

Gdy w roku 2015 r. PiS zdobyło władzę, jedną z pierwszych decyzji było zablokowanie Marcina Wojciechowskiego, który miał zostać ambasadorem w Kijowie. Wojciechowski przez dwa lata był rzecznikiem MSZ, ale wcześniej pracował w „Gazecie Wyborczej”. I to go w oczach prawicy pogrążało: że bez doświadczenia dyplomatycznego, bez umocowania politycznego, no i z „Gazety Wyborczej”. PiS przez rok zastanawiało się więc, co z kijowską placówką, i ostatecznie wysłało na nią Jana Piekło, katolickiego dziennikarza, byłego dyrektora wykonawczego PAUCI (Poland-America-Ukraine Cooperation Initiative). Bez doświadczenia w pracy rządowej i dyplomatycznej.

O! Jaki wtedy podniósł się szum! „Jan Piekło w Kijowie. Radość banderowców, smutek ich ofiar – pisał ks. Isakowicz-Zaleski. – Nowy ambasador od lat stara się w swoich publikacjach i wywiadach przedstawiać UPA jako »organizację narodowowyzwoleńczą«. Co więcej, usprawiedliwia jej gloryfikację, która obecnie na Ukrainie jest odgórnie wprowadzana przez prezydenta Petra Poroszenkę i parlament w Kijowie. Dla przykładu, rok temu w wywiadzie dla »Dziennika Polskiego« Jan Piekło powiedział: »Nie widzę nic złego w tym, że Ukraina chce uczcić ludzi,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.