Sport

Powrót na stronę główną
Sport

VAR kiepski, Niemcy fatalni

Dramaty i sensacje fazy pucharowej mundialu

Era VAR zapowiadała się jako nowy, wspaniały świat futbolu, bez omyłek sędziowskich, korygowanych odtąd przez nieludzko precyzyjne czujniki i oko kamery, któremu miało nic nie umknąć. Ten mundial pokazuje jak żaden inny turniej, że jest dobrze, a nawet beznadziejnie, bo wszystko i tak pozostaje kwestią sędziowskiej interpretacji.

Wiele drużyn zostało już skrzywdzonych przez opaczne odczytanie VAR-owskich powtórek, ale żadna nie przeżyła takiego dramatu jak Chorwaci. Kiedy kolejny z armii żwawych weteranów mundialowych, 37-letni Ivan Perišić zdobył osiem minut po przerwie gola, wydawało się, że dość niemrawa w pierwszej połowie Chorwacja złapie wiatr w żagle i sprawi Portugalczykom psikusa. Ale kilka minut później sędziowie uznali, że należy rozpatrzyć pod kątem ewentualnej jedenastki bardzo niejednoznaczne starcie w polu karnym Chorwatów. I tu jest pies pogrzebany: gremium VAR-owskie, zamiast służyć korekcie ewidentnych przeoczeń i błędów głównego arbitra, stało się dyskusyjnym klubem filmowym, w którym dysponujący ujęciami z kilku kamer panowie szukają dziury w całym i nierzadko przywołują sędziego do nibyfauli, których nawet sami piłkarze nie zauważają. A sędzia, kiedy już pobiega do monitora, pod presją i sugestią swoich wideoasystentów często dostrzega coś, czego nie widać – wpatruje się w stopklatkę na ekranie, przygląda sytuacji w różnych kadrach i szuka nowych sensów niczym Grzegorz Królikiewicz na swoich słynnych zajęciach z analizy filmu w łódzkiej Filmówce. Potem dyktuje karne, które dyplomatycznie nazywane są miękkimi, lecz w istocie mają twarde konsekwencje. Jak ten, wykorzystany przez Cristiana Ronalda, wciąż nienasyconego grą i łasego na gole – chwilę wcześniej minimalnie spalił przy zdobyciu nieuznanej bramki.

Interpretacyjna nadprodukcja rzutów karnych z powodu wydumanych fauli i przypadkowych zagrań ręką jest jednak niczym wobec chwili, gdy człowiek wbrew rozumowi i sprawiedliwości ulega automatycznym werdyktom sztucznej inteligencji. Sędzia tak się głowił nad powtórkami, że mecz przedłużył o 19 minut, a w tej pozaregulaminowej dogrywce najpierw Gonçalo Ramos trafił prawidłowo dla Portugalii, a w ostatnich sekundach doliczonego czasu równie legalnie wyrównał Igor Matanović. Dziki szał radości Chorwatów, którzy urwali się ze stryczka,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Mundial po fazie grupowej

Radości starszych panów

W fazie grupowej zrobił nam się mundial trzeciego wieku, zresztą nie tylko za sprawą piłkarzy. Dzień po dniu padały kolejne rekordy – Dick Advocaat, holenderski szkoleniowiec reprezentacji Curaçao, we wrześniu skończy 79 lat i pozostanie najstarszym trenerem, który kiedykolwiek prowadził drużynę na mundialu. Karaibscy nowicjusze urwali punkt Ekwadorowi i zdobyli gola w meczu z Niemcami, co kibice najmniejszego kraju w historii piłkarskich mistrzostw świata (liczba ludności na poziomie Gliwic) uznali za sukces. W dodatku miłośnicy antylskiego likieru wreszcie nauczyli się poprawnie wymawiać nazwę tego kraju, która ku powszechnemu zaskoczeniu wcale nie rymuje się dokładnie z kakao.

Europejscy trenerzy chętnie przerywają emeryturę dla krajów cokolwiek egzotycznych piłkarsko – Belg Hugo Broos wiosną świętował 74. urodziny i futbol wciąż go bawi, Republika Południowej Afryki pod jego wodzą wyszła z drugiego miejsca w grupie, choć przypisać to należy raczej słabości rywali, zwłaszcza naszych południowych sąsiadów. Starszy od Broosa Miroslav Koubek przywiózł na mundial słabiutką kadrę Czech, która z każdym meczem grała gorzej, by na pożegnanie imprezy przegrać trzema golami z Meksykiem. W Afryce odnalazł się także 73-letni Carlos Queiroz, trenerski obieżyświat z Portugalii, który tuż przed mundialem przejął kadrę Ghany. Afrykanie mogli sprawić największy szpryngiel drugiej serii gier grupowych, ale zostali skrzywdzeni przez sędziego, z Anglią uzyskali zatem tylko niespodziewany remis zamiast sensacyjnego zwycięstwa.

O ile życie selekcjonerskie po siedemdziesiątce ma się całkiem nieźle, o tyle życie piłkarskie po czterdziestce nigdy nie miało się tak dobrze. Na tym mundialu wystąpiło co najmniej siedmiu zawodników urodzonych przed czterema dekadami. Cristiano Ronaldo na tle kiepskich Uzbeków wyglądał całkiem żwawo i został najstarszym w historii autorem mundialowego dubletu. Luka Modrić wychodzi na boisko jako kapitan Chorwatów, Edin Džeko powiódł Bośnię i Hercegowinę do zwycięstwa z Katarem i awansu z grupy, do tego występy zaliczyli aż czterej bramkarze w wieku inżyniera Karwowskiego. Manuel Neuer w bramce niemieckiej, Fernando Muslera jako golkiper Urugwaju, Vozinha między słupkami Republiki Zielonego Przylądka i wreszcie Guillermo Ochoa, któremu trener Meksykanów pozwolił zaliczyć występ na szóstym mundialu.

Wszyscy oni jednak są w cieniu młokosa z Argentyny – Leo Messi jest jak bohater „Ciekawego przypadku Benjamina Buttona”, zamiast się starzeć, młodnieje, właśnie skończył 19 lat, nie żadne tam 39, władował pięć goli w dwóch meczach, a powinien siedem, gdyby lekko nie spalił z Algierią i trafił z jedenastki przeciw Austrii. To,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Piłkarze już nie cierpią, futbol nieco bardziej

Pierwsza seria gier mundialowych

Wszyscy już się pokazali, pierwsza seria gier za nami, mundial wbrew powszechnym obawom wystartował bez przeszkód. Owszem, drużyn jest za dużo, meczów zanadto, ale dzięki temu można sobie w pierwszej fazie sporo odpuścić bez wyrzutów sumienia. Współczuję przyjaciołom mundialomanom, którzy wierni obsesji twardo próbowali oglądać wszystko, a potem snuli się po chodnikach jak nieumarli, z piachem w oczach, drażliwi i półprzytomni, aż w końcu i tak padli podczas któregoś ze spotkań, niekoniecznie tych nocnych.

Przed 12 laty Jerzy Pilch zapytany po brazylijskim mundialu, czy widział wszystkie mecze, odpowiedział: „Nie widziałem drugiej połowy Honduras-Ekwador i do tej pory sobą gardzę”. Ja sobą gardzę za to, że zmuszałem się do zarywania nocy, by oglądać np. futbol specjalnej troski reprezentantów grupy A, gdzie mierzą się wyłącznie mierni z kiepskimi. Co wniosły kraje z federacji, którym pomnożono liczbę miejsc? Niewiele, wciąż to Europa trzyma się świetnie i pomimo gry w innej strefie czasowej, tudzież klimacie zgoła nieumiarkowanym, powiększa swoją przewagę nad resztą świata.

W najlepszym meczu pierwszej fazy turnieju zmierzyły się Anglia z Chorwacją. Pomimo falstartu Modricia (niebezpieczna strata i sprokurowanie karnego już na początku) Chorwacja pokazała świetny futbol i długo stawiała opór piekielnie mocnym Anglikom. Jedni i drudzy nie mają prawa nie wyjść z grupy, zwłaszcza po tym, co pokazali ich rywale w jednym z najsłabszych meczów mundialu – tu było widać najdobitniej różnicę poziomów i kultury piłkarskiej: Ghana z Panamą uprawiały kopaninę, Europejczycy sztukę futbolu.

Akurat w tym pokazie europejskiej fantazji miała miejsce bodaj największa dotąd kontrowersja sędziowska. Dominik Livaković obronił jedenastkę Harry’ego Kane’a, ale sędzia nakazał powtórkę, bo Chorwat jakoby za wcześnie wyszedł z bramki. Jeśli Livaković faktycznie oderwał się od linii, to niedostrzegalnie dla ludzkiego oka; takie aptekarstwo zalatuje sędziowską stronniczością. Skądinąd jako kibic reprezentacji Polski powinienem tę sprawę zmilczeć, wszak Robert Lewandowski dwukrotnie na ostatnich mistrzostwach świata i Europy trafiał z karnych przeciw Francji właśnie dzięki temu, że w podobnych okolicznościach dostawał od sędziów po dwie szanse.

Największe gwiazdy współczesnej piłki już na dzień dobry potwierdziły swoje aspiracje: Mbappé, Kane, Haaland, Vinícius – walka o Złotą Piłkę nabrała rozpędu, ale możliwy jest arcyszpryngiel, bo ich wszystkich może pogodzić stary Leo Messi.

Kto powiedział „Czasu nie oszukasz”? Bzdura – nie tylko możesz go oszukać, ale i okiwać, przedryblować, ośmieszyć, a potem ukłonić się przed rozentuzjazmowanym tłumem i zejść nieśpiesznie z boiska przy standing ovation. To się nie śniło, choć się zdarzyło w środku europejskiej nocy: Messi-Messi-Messi, po trzykroć, a mogło być po czterokroć, tylko odrobinkę spalił na dzień dobry. To więcej niż celebra zwycięstwa mistrzów świata nad przeciętną Algierią, to fiesta triumfu człowieka w starciu z przemijaniem.

Lionel Messi w jednym meczu pobił wszelkie rekordy – jako pierwszy w historii zagrał na szóstym mundialu i już dogonił Miroslava Klosego na szczycie rankingu mundialowych snajperów wszech czasów. Hat trick na mundialu tydzień przed 39. urodzinami – i to nie po wejściu z ławki, dostawieniu nogi, karnym czy jakimś farfoclu wpuszczonym przez nieudacznego bramkarza, tylko piękny, tłuściutki hat triczek po kropnięciach z dystansu i błyskawicznym starcie do dobitki. Messi w tym meczu szalał jak nastolatek,v

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Polacy fetują zwycięstwa w Europie

Radości pochodzenia zagranicznego

Nasi rodacy kończą obfity sezon w klubach europejskich, warto nad tym momentem polskiej piłki klubowej pochylić się z uwagą i satysfakcją. Nie trzeba bowiem sięgać pamięcią do czasów szczególnie zamierzchłych, aby sobie przypomnieć, jak Polacy grywali za granicą w klubach poślednich, w ligach przeciętnych, a za futbolowe eldorado, gdzie mogli dobrze zarobić z szansą na regularną grę, uchodziły Cypr, Grecja, a nawet Izrael. Wielka reprezentacyjna i klubowa smuta lat 90. wyrobiła nam na piłkarskim rynku markę taniej, lecz adekwatnie do ceny średnio wydajnej siły roboczej. Najwięcej naszych gwiazd zasilało niemiecką Bundesligę, w której zdarzało im się zaznaczyć pozytywnie, ale pozostałe ligi TOP 5 były na nas impregnowane. Jeszcze w pierwszej dekadzie XXI w. cieszyliśmy się, gdy pojedyncze występy w Racingu Santander zaliczał Ebi Smolarek.

O tym, by nasi gracze stanowili pierwszoplanowe postacie najsilniejszych klubów Europy, mogliśmy tylko marzyć, dopóki dortmundzki tercet nie zwrócił uwagi na to, że choć kadra sukcesów nie odnosi, Polacy w piłkę grać potrafią.

Tymczasem w minionych tygodniach Polacy zdobywali i fetowali kolejne trofea w najsilniejszych piłkarsko ligach. Piotr Zieliński właśnie zdobył dublet z Interem Mediolan i – co ważne – choć początki po przenosinach z Neapolu miał trudne, choć wieszczono mu, że nie podoła konkurencji i będzie grzał ławę, wiosną osiągnął taką formę, że ani trener Cristian Chivu, ani tym bardziej kibice nie wyobrażają sobie Nerazzurrich bez Polaka w wyjściowym składzie. Fenomenalne bramki po strzałach z dystansu stały się jego znakiem rozpoznawczym, a kapitalne asysty no-look passes, błyskotliwość dryblingów i przegląd pola sprawiają, że Zielu będzie jednym z największych nieobecnych amerykańskiego mundialu. Playmakera na tym poziomie nie mieliśmy od czasów Kazimierza Deyny; 32-latek ma już 107 występów w kadrze narodowej i wiele wskazuje na to, że będzie w jej pomocy rządził jeszcze przez lata, goniąc rekord Roberta Lewandowskiego – być może zatem zdąży jeszcze na mistrzowską imprezę się zakwalifikować.

Inter miał świetny sezon: bezkonkurencyjny we Włoszech, niestety w Europie padł ofiarą zlekceważenia Norwegów zza koła podbiegunowego: dwie porażki z Bodø/Glimt już w play-offach Ligi Mistrzów chwały mu nie przynoszą.

W Barcelonie nie oszczędzali się podczas mistrzowskiej fety dwaj nasi weterani. Robert Lewandowski zdobył właśnie 14. mistrzostwo w karierze, w tym 13. w klubach z europejskiego TOP 5 – pod tym względem nie ma w Europie skuteczniejszego gracza. Trzecie i ostatnie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Jak za dawnych lat

Górnik z Pucharem Polski, Lech o krok od mistrzostwa

„Zagraj, zagraj jak za dawnych lat”, śpiewają kolejne pokolenia kibiców Górnika Zabrze. No i wyśpiewali sobie wreszcie trofeum. Te dawne lata to bezprecedensowa seria triumfów, które Zabrzanie odnosili między 1957 a 1972 r.: w ciągu tych 15 lat 10 tytułów mistrza Polski, w tym pięć razy z rzędu! Do tego sześć Pucharów Polski – także pięć z rzędu! – i finał europejskiego Pucharu Zdobywców Pucharów. Polski futbol klubowy nigdy nie miał drużyny tak potężnej. To wtedy grali zawodnicy legendarni, z supersnajperem Ernestem Pohlem, którego imię nosi obecny stadion Górnika, a później także Włodzimierzem Lubańskim czy Zygfrydem Szołtysikiem.

Zabrze to Górnik, mieszkańcy tego przemysłowego miasta budowali swoją tożsamość na sukcesach górniczej jedenastki. Dzisiaj widać to jeszcze wyraźniej, zwłaszcza jeśli odwiedzi się robotnicze osiedle w pobliżu nowoczesnej areny – jej bryła dominuje w pejzażu przedwojennych bloków, jakby wylądował statek kosmiczny pośród familoków, nawet pijaczkowie pod Żabką przestają czuć się anonimowo, gdy popijają pyfko z widokiem na „ich stadion”. Stadion skądinąd wreszcie dobudowany do końca, nowoczesny, pojemny i słynący ze specyficznej akustyki, która czyni go najgłośniejszym obiektem w kraju. Dzieciom zaleca się słuchawki, od dopingu w Zabrzu można ogłuchnąć.

W 1972 r. ostatni dotąd zdobyty puchar dla Zabrzan wznosił kapitan tamtej wielkiej jedenastki, Stanisław Oślizło. 2 maja uczynił to ponownie, bo w Zabrzu o legendy klubowe potrafi się dbać. Wieloletni lider górniczej defensywy, a także filar obrony reprezentacyjnej w latach 60., w tym roku skończy 89 lat i jako nestorowi śląskiego klubu oddano mu honor i przywilej odebrania pucharu.

Jedynym zgrzytem był fakt, że pod nieobecność prezesa PZPN (problemy komunikacyjne w trasie powrotnej z kongresu FIFA) trofeum wręczał mu obecny rezydent pałacu przy Krakowskim Przedmieściu, na szczęście natychmiast po wręczeniu pucharu sobie poszedł i obyło się bez obściskiwań.

Lukas Podolski spełnił zatem swoje marzenie na zakończenie kariery – zdobył z ukochanym klubem trofeum, o czym nie omieszkał w typowy dla siebie swojski sposób powiedzieć do 50-tysięcznej widowni Stadionu Narodowego („Jak tu przyszłem, pedziałem – do pięciu lat coś bedziemy mieć w ręku. I że to sie k… udało na mój ostatni sezon, to jes niymożliwe!”). Podolski lada chwila ma się stać właścicielem Górnika, w czerwcu skończy 41 lat i w sezonie grywał już tylko symbolicznie w końcówkach, ale mając w perspektywie występy w Europie, być może nie zawiesi jeszcze butów na kołku.

W meczu finałowym istniała tylko jedna drużyna, odpowiednio zmotywowana i mądrze budowana przez ostatnie lata: Górnik zdominował częstochowski Raków i wygrał pewnie po ładnych bramkach „dwóch Maksów”: Roberta Massima i Maksyma Chłania. Co ciekawe, słowacki szkoleniowiec Zabrzan, Michal Gašparík, w ostatnich pięciu sezonach wygrał krajowy puchar po raz czwarty, wcześniej dokonując tej sztuki ze Spartakiem Trnava.

Słowak stworzył w Zabrzu ciekawą międzynarodową paczkę, w której wiodącą rolę odgrywają Czesi: pomocnik Patrik Hellebrand rządzi w środku pola obok Lukáša Sadílka, na lewej obronie walczy Ondřej Zmrzlý, na prawej Michal Sáček, a w środku pola pojawia się także zdolny

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Ronaldinho próbował sztuczek technicznych z gracją pijanego wuja na weselu

To nie jest sport dla starych ludzi. Współczesna piłka jest oparta głównie na motoryce, dlatego problem z meczami pokazowymi dawnych gwiazd futbolu polega na tym, że show z pierwszym gwizdkiem się… kończy. O ile popisy sędziwych gwiazd tenisa mają sens, bo nawet 80-latkowie, choć już z bieganiem mogą mieć kłopot i nie poruszają się po całości kortu, są jednak w stanie czarować techniką i nawet na stojąco zachwycać publiczność – piłkarz, który nie biega, zwłaszcza na pełnowymiarowym boisku, żadnej atrakcji nie uczyni. Wszelkie galowe występy piłkarskich dinozaurów mogą mieć zatem sens, o ile piłkarze nie wpadną na pomysł, aby… po prostu poważnie zagrać w piłkę na miarę swoich aktualnych możliwości.

Od kiedy mój 10-letni synek, piłkarz i fan futbolu, wywiedział się, że Ronaldinho przyjeżdża do Chorzowa, nie było zmiłuj. „Tato, to jest twoje miasto, załatwiaj bilety, jedziemy”. Antek kojarzy nazwiska gwiazd futbolu, które zakończyły karierę, zanim się narodził, za sprawą najpopularniejszej gry piłkarskiej – każdego dnia w wolnej chwili łapie za pada i rozgrywa kolejne „tryby kariery” w Fifie. Można sobie dobierać graczy z jedenastki legend, tutaj służy pomocą stary ojciec, żeby nie było wtopy, bo oprócz najsłynniejszych w rodzaju Pelégo czy Maradony pojawiają się gracze nieco mniej dzisiaj znani, choć równie wybitni. „Tato, kogo mam wziąć na prawą obronę, Maicona, czy Salgado?”, zwykł w takich razach pytać Antek, a ja po raz pierwszy mogłem mu odpowiedzieć: „Nie musisz wybierać, przyjadą obaj”.

Do Chorzowa ściągnęła galaktyka dawnych mistrzów, aby pod kapitanatem Francesca Tottiego i samego Ronaldinha rozegrać mecz gwiazd. Poziom sportowy zmilczmy. Bardziej mi poprawia humor Luka Modrić jako najstarszy czynny lider środka pola w europejskim Top 5 niż emeryci podupadli na zdrowiu i duchu, zaproszeni na bal nieumarłych. Zaiste, to był zombie futbol. Mniejszość, do której należał choćby Javier Saviola, niedługo po zakończeniu kariery jest wciąż w sportowej formie –

Argentyńczyk skończył mecz hat trickiem, Fabio Capello go zdjął po kilkunastu minutach, bo pojawiło się zagrożenie, że nader żwawy Saviola zepsuje zabawę, w pojedynkę dokonując egzekucji. Reszta panów raczej nie nadążała.

Antek po pierwszych minutach spytał, czy oni już grają, czy wciąż się rozgrzewają, kumpel geriatra wyszedł w przerwie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Wojna futbolowa

Czy Iran zagra na mundialu?

Trump jest maniakiem, coraz wyraźniej daje o tym znać, ostatnio przypisuje sobie mesjańskie moce, prowokuje świat chrześcijański świętokradczymi obrazkami, ma się za Zbawiciela i może nawet w przeciwieństwie do swoich wyznawców dobrze zdaje sobie sprawę (jeśli jeszcze z czegokolwiek ją sobie zdaje), że jedyne zbawienie, jakie jest zdolny światu przynieść, to Sąd Ostateczny przyśpieszony za pomocą kodów atomowych. Aż się rwie do tego, by ich użyć – ma już swoje lata i demencję na karku, została mu połowa kadencji do tego, by wejść w boskie kompetencje; skoro Bóg świat stworzył, to on, pomarańczowe wcielenie Stwórcy, może go unicestwić.

Obecny prezydent USA tym samym przegadałby Boga, wszak ważne jest, kto ma ostatnie zdanie. Na razie nieliczni najwyżsi stopniem wojskowi robią wszystko, żeby tego szaleńca powstrzymać przed „całkowitym zniszczeniem cywilizacji” perskiej (to słowa Trumpa) lub cofnięciem Iranu do epoki kamiennej. Potrzeba spuszczenia bomby atomowej na Teheran jest zarówno u Trumpa, jak i Netanjahu przemożna, zwłaszcza że „Epicka Furia” okazała się kolejnym nieudanym blitzkriegiem. Ilekroć jakiś imperator w ostatnich latach zwiastuje błyskawiczne zwycięstwo, tylekroć okazuje się ono oddalać w czasie i rozwlekać na lata bezsensownej wojny.

Od kiedy Rosja napadła na Ukrainę, została wykluczona z rozgrywek sportowych, są niechlubne wyjątki, ale w przypadku najważniejszych imprez sportowych, czyli mistrzostw piłkarskich, igrzysk olimpijskich, być ich nie może. Przypomnę na marginesie, że m.in. temu zawdzięczamy udział w katarskim mundialu, bo mecz barażowy w Rosji wygraliśmy walkowerem. Tej logiki, że najeźdźca, który gwałci prawo międzynarodowe i napada na niepodległe państwo, musi zostać wykluczony z międzynarodowej zabawy świata pokoju, jaką jest sport, nikt nie podważał. Dopóki nie okazało się, że Izrael, państwo dokonujące ludobójstwa w odwecie za zamach terrorystyczny, może wysyłać swoich sportowców, gdzie chce. Na szczęście piłkarzy ma tak nieudacznych, że sami się eliminują z rozgrywek, więc nie ma problemu – bilety na mundial przegrali w starciach z Włochami i Norwegią.

Od kiedy jednak USA dokonały napaści na Iran, a wcześniej wycieczki zbrojnej w Wenezueli, problem jest podwójny. Po pierwsze, Gianni Infantino, przewodniczący FIFA, jest sprzedajnym lizusem Trumpa, więc nawet mu się nie śniło, aby na gospodarzy najbliższego mundialu nałożyć jakieś sankcje, nie mówiąc o wykluczeniu. Po drugie, do mistrzostw świata zakwalifikowała się reprezentacja Iranu i jak dotąd, pomimo nacisków i skandalicznych sugestii zewnętrznych, nie zamierza z imprezy się wycofać. Wykluczyć jej dyscyplinarnie nie można, to byłoby jednak zbyt grube nadużycie, w końcu nie Iran jest agresorem w tym konflikcie. Bez względu na to, czy rządy ajatollahów komuś się podobają, czy nie, Iran jest obiektem napaści zbrojnej i karać go za to nie można – równie dobrze, a raczej równie źle, można by wtedy przywrócić do rozgrywek Rosjan kosztem Ukraińców.

Trump szantażuje oficjalnie Irańczyków, że co prawda ich drużynę wpuści, ale nie będzie mógł zagwarantować jej bezpieczeństwa, poza tym kibiców już wpuszczać nie zamierza, a i członków sztabu szkoleniowego, działaczy oraz dziennikarzy może zawrócić z lotniska, jeśli zostaną uznani za indywidua podejrzane o terroryzm. Iran wystosował prośbę o przeniesienie swoich meczów na terytorium współgospodarza mistrzostw, czyli do Meksyku, ale spotkał się z odmową. Czyli obecnie sytuacja ma się tak: możecie przyjechać sobie pokopać, ale atmosfera jest,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Bawarskie arcydzieło

Fantastyczne ćwierćfinały Ligi Mistrzów

Dla takich widowisk stworzono Champions League. Znam fanatycznych przeciwników wielkich pieniędzy w wielkiej piłce, którzy namiętnie podróżują na boiska A-klasowe, aby do swojej korony stadionów świata dołączać obiekty małe i najmniejsze. Ogłaszają w mediach społecznościowych swoją obecność na derbach LZS Kogutkowo Dolne z Kurnikiem Kogutkowo Wyżne, a oficjalnie bojkotują Ligę Mistrzów, bo to dla nich rozgrywki bez duszy, sprzedanej za hajs. Współczułbym im, gdybym im wierzył – prawdziwy kibic poczuje bowiem zapach futbolowego arcydzieła nawet przez wyłączony telewizor, nawet gdyby zablokował we wtorkowe i środowe wieczory telefon, żeby go nie nękano wiadomościami o tym, co właśnie traci. Można się zżymać na horrendalną komercjalizację sportu, można być szalikowcem ruchu AMF (Against Modern Football), ale nawet najbardziej zbuntowany miłośnik piłki nożnej musi ulec sile meczu doskonałego, choćby go śledził kątem oka, z udawanym obrzydzeniem.

Takim dziełem sztuki futbolu było rewanżowe spotkanie Bayernu z Realem, zwłaszcza pierwsza jego połowa, po której obie drużyny wyszły na drugą jakby nieco oszołomione tym, czego dokonały. Doskonałość nie wynika z bezbłędności, nie jest li tylko półtoragodzinnym pokazem fajerwerków, to byłoby nudne, choć taki piłkarski wrestling też jest w cenie (w weekend zabieram synka na Stadion Śląski, żeby na własne oczy zobaczył żywe legendy, takie jak Ronaldinho, Totti, Davids i Saviola – przednia zabawa dla oldboyów, a dla dzieciaków okazja zobaczenia mistrzów, którymi jarali się ich rodzice).

Na mecz doskonały w moim przekonaniu składa się kilka czynników niezbędnych: oprócz najwyższych umiejętności obu drużyn i liczby goli majstersztyków kluczowe są stawka i dramaturgia. Owóż, w Monachium stanęli naprzeciw siebie klubowi giganci, nastrzelali siedem bramek w ćwierćfinale najważniejszego pucharu Europy, każda zmiana wyniku oznaczała także zmianę w kwestii awansu, w dodatku języczkiem u wagi okazały się kardynalne błędy – czynnik ludzki, niedoskonałość, rysa na wizerunku tytana, a w przypadku pomyłki sędziowskiej goryczkowy posmak niesprawiedliwości.

Ktoś przecież ostatecznie musi przegrać, a

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Simeone kocha Griezmanna

Katalońsko-hiszpańska wiosna w pucharach

Miewało się gorsze kace niż ten po odpadnięciu Polaków w mundialowych kwalifikacjach. Nie ma wyniku, ale wydaje się, że jest drużyna; czas szybko mija, powetujemy sobie jeszcze tę klęskę.

A tak po prawdzie bardziej trefnego mundialu dotąd w historii nie było. Niech sobie tam grają drużyny karaibskie z arabskimi, niech sobie o trzeciej nad ranem Wyspy Zielonego Przylądka ganiają po boisku za Arabią Saudyjską – nikt mnie nie przekona, że to będzie poważny futbol, nikt o zdrowych zmysłach nie będzie się w Europie budził w środku nocy na takie piłkarskie cymesy. Jakkolwiek by się Infantino napinał, żeby pod pozorem inkluzywności zrobić jeszcze większy skok na kasę, rzeczy istotne dla piłki nożnej wciąż dzieją się na Starym Kontynencie i niechaj tak pozostanie, póki nam życia starcza.

Ta wiosna w klubowej Europie stoi pod znakiem zastępczego El Clásico, czyli serii potyczek Atlético Madryt z Barceloną. W ciągu ostatnich 10 dni mieliśmy do czynienia z hiszpańsko-katalońskim tryptykiem, przed miesiącem zaś obie ekipy spotkały się dwukrotnie w Pucharze Króla. Już tamte mecze pokazały, że gra będzie bardzo wyrównana. Atlético po koncertowej grze u siebie zaskakująco łatwo poradziło sobie z Barcą 4:0, by w rewanżu do końca drżeć o wynik (udało się przegrać tylko 0:3).

W La Liga przed tygodniem Barca przepchała zwycięstwo barkiem Roberta Lewandowskiego, który zdobył bodaj najbrzydszą bramkę w swojej karierze, ale dowiódł, że dojrzały napastnik nie musi szukać piłki, ona go znajduje sama, wystarczy, że nadstawi bark, a piłka się od niego odbija i trafia do siatki. Lepiej mądrze stać, niż głupio biegać – to jedna z moich ulubionych futbolowych prawd.

Na marginesie, cieszy mnie forma weteranów, bo jestem już po drugiej stronie smugi cienia. Fakt, że prawdopodobnie znowu sztandarową parą naszych napastników będą Milik i Lewandowski, ma na mnie działanie kojące.

Arkadiusz Milik, jak przystało na okres wielkanocny, zmartwychwstał po kontuzji i nieprawdopodobnie długiej rekonwalescencji, dostaje w Juventusie kolejne minuty i znowu pokazuje swoje najlepsze cechy: pewność siebie, nienaganną technikę, finezję i bezczelność. Na razie jeszcze nie trafia, chociaż jest coraz bliżej – z Sassuolo świetnie uderzył głową, z Genoą kropnął z połowy boiska tuż pod spojenie, bramkarz piłkę ledwie sparował. Nie tylko statystyki czynią Panem Piłkarzem, czasem dość spojrzeć na to,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Zawiodła defensywa

Polska nie pojedzie na mundial

Ciśnie się na usta parafrazowanko piłkarskich porzekadeł, np.: futbol to taka gra, w której 22 facetów biega po boisku, a na końcu i tak przegrywają Polacy. Przypomnę, że w oryginalnej wersji Gary’ego Linekera, jednego z wielu katów naszej reprezentacji, chodziło o to, że na końcu zawsze wygrywają Niemcy. Oni nauczyli się przegrywać także w końcówkach, my nie nauczyliśmy się grać. A konkretnie wygrywać ważnych spotkań z drużynami, które „nam nie leżą”, najściślej zaś ze Szwecją na wyjeździe.

Skoro ostatni raz wygraliśmy w Kraju Trzech Koron, kiedy mojej świętej pamięci mamusi nie było jeszcze na świecie, zwycięstwo w Sztokholmie miałoby wymiar absolutnie rewolucyjny, przełomowy, bez względu na obecną formę gospodarzy byłoby odczynieniem klątwy, poczyniłoby radykalne zmiany w naszej piłkarskiej samoświadomości. Ale spokojnie, rewolucji nie będzie. Przegraliśmy jak zawsze, jedyną niewiadomą pozostanie fakt, czy aby na pewno „graliśmy jak nigdy”, bo tak twierdzi większość obserwatorów, nawet tych zwykle powściągliwych.

Ja tam, choć dziedzicznie obciążony alzheimerem, nie muszę sięgać pamięcią daleko – widziałem już ten wtorkowy mecz przed pięcioma laty. W spotkaniu o wyjście z grupy na pocovidowym Euro, trenowani przez pięknisia Sousę, pierwsi traciliśmy gole, wyciągnęliśmy na 2:2 i dostaliśmy decydującego gonga w samej końcówce. Procentowe posiadanie piłki? Wtedy 59:41 dla nas, teraz 64:36. Celne strzały? Wtedy 6:4 dla Polski, teraz 7:5. W obu przypadkach mieliśmy do czynienia z tzw. pięknymi porażkami, w których podniecaliśmy się faktem, że Polska prowadziła grę, ośmielała się uprawiać atak pozycyjny zamiast taktyki „laga na Robercika”, wdała się w wymianę ciosów jak równy z równym. W obu przypadkach kluczowe frazy komentatorów brzmią bliźniaczo podobnie: „Szwedzi byli do ogrania”, „Byliśmy lepsi”, tudzież „Było blisko, ale zostaliśmy skarceni”.

To ostatnie stwierdzenie wiele wyjaśnia: karci się dzieciaki, które zanadto brykają. Polska przegrała mecz z drużyną dojrzalszą, która skupiła się na konkretach; dali nam poszaleć, poszumieć, pohasać, ale w odpowiednim momencie to oni zadali cios nokautujący. Nie po rozpaczliwej kontrze, lecz

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.