Sport

Powrót na stronę główną
Sport

Nierozważni i romantyczni

Jagiellonia pięknie odpada, Lech brzydko awansuje

Fiorentina-Jagiellonia – kolejna piękna polska klęska po bohaterskiej walce, jeszcze jedna romantyczna historia, w której zabrakło happy endu.

Ja rozumiem, że dzieje polskiego futbolu są zbudowane na takich epizodach, z całym jednak szacunkiem dla Jagi i trenera Siemieńca wołam: gloria victis, ale mam już tego serdecznie dość! Fakty bowiem są takie, że prawdopodobny mistrz Polski w bieżącym sezonie, najlepszy nasz zespół klubowy w ostatnich latach, odpadł na poziomie jednej szesnastej Ligi Konferencji z rozpaczliwie walczącą o utrzymanie się w Serie A Fiorentiną, która przez co najmniej dwie godziny grała w składzie rezerwowym, a swoją największą gwiazdę wprowadziła właściwie dopiero na dogrywkę.

Przeżywaliśmy nadzwyczajne emocje, jesteśmy dumni z piłkarzy pomimo ostatecznego fiaska, bo to był mecz z klubem o wspaniałej historii, ale mierząc aktualne siły obu ekip, trzeba zauważyć, że Polacy odpadli z drużyną słabszą. Jagiellonia odpadła na własne życzenie, mimo przewagi w posiadaniu piłki w obu spotkaniach, z powodu nierozważnych zagrań, niewymuszonych błędów i krótkiej ławki rezerwowych. I z powodów psychologicznych, bo nawet gdyby wyszła naprzeciw nich Stal Mielec przebrana w koszulki ekipy z Serie A, Polacy też byliby zestresowani, nerwowi, nieporadni i skłonni do kiksów.

Polacy od z górą dwóch dekad nie potrafią wyeliminować w fazie pucharowej żadnej drużyny z TOP 5 lig europejskich. Na taki kompleks trzeba, oprócz treningów, ostrej psychoterapii. Zabrakło też kilku ludzi w kadrze. Zmiennicy Violi nie osłabiają poziomu drużyny tak drastycznie, nie ma we Florencji zawodników niezastąpionych, w przypadku zaś ekipy podlaskiej brak dwóch liderów w pierwszym meczu (Afimico Pululu i Taras Romanczuk pauzowali za kartki) sprawił, że Jaga straciła połowę swojej wartości. Z przodu była kompletnie bezzębna (zero celnych strzałów bez Angolczyka w napadzie wobec dziewięciu trafień w światło bramki w rewanżu!), nie potrafiła również sensownie przerwać nielicznych wypadów gości (po powrocie Romanczuk jako defensywny pomocnik, kapitan i mózg drużyny zupełnie rozbroił Włochów w meczu wyjazdowym).

Ja wiem, że młody Sławomir Abramowicz to przyszłość naszej piłki i w tym samym dwumeczu kilkukrotnie ratował swój zespół przed utratą kolejnych goli, ale dwukrotnie w newralgicznych momentach zawiódł. Na co dzień znakomity młodzieżowiec, w Białymstoku popełnił szkolny kiks i sparował sobie do bramki strzał z ostrego kąta. W rewanżu, już w dogrywce, gdy wyczerpana odrabianiem strat drużyna dzielnie i skutecznie neutralizowała napór gospodarzy, wyskoczył do piłki łatwej do złapania, by wypiąstkować ją prosto pod nogi rywala.

W pierwszym meczu,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Kacper i Władek. Śnieżne i lodowe medale Polaków

Tomasiak, Tomasiak i jeszcze raz Tomasiak! Wjeżdżających do centrum Bielska-Białej wita wielki neon zainstalowany na dworcowej estakadzie, który przypomina, że w 2026 r. to miasto szczyci się oficjalnym tytułem Polskiej Stolicy Kultury. Za sprawą swojego 19-letniego obywatela stało się zaś także sportową stolicą Polski. Kacper Tomasiak przywiózł bowiem z zawodów olimpijskich w Predazzo trzy medale!

Jako pierwszy Polak w historii zdobył trzy krążki na jednych igrzyskach – wcześniej tej sztuki dokonywały wyłącznie Polki: Irena Szewińska w 1964 r. w Tokio, Otylia Jędrzejczak w 2004 r. w Atenach i Justyna Kowalczyk w 2010 r. w Vancouver.

Przed konkursem na dużej skoczni długo nic nie zapowiadało, że ten młokos powalczy o coś więcej niż miejsce w pierwszej dziesiątce. Pierwsze próby treningowe miał przeciętne, co dowodzi, że dopiero uczył się tego obiektu, dopasowywał się do niego, czytał go i analizował, ale już w dniu zawodów ostatni skok próbny uplasował go na trzeciej pozycji. Potem zresztą okazało się, że całe podium po konkursie wyglądało dokładnie tak jak na treningu – ostatecznie wygrał murowany faworyt Domen Prevc przed rewelacyjnym Japończykiem Renem Nikaidō i nowym idolem polskich fanów skoków narciarskich.

Polak, podobnie jak na skoczni „normalnej”, atakował medal w sesji finałowej z czwartego miejsca – wydaje się, że psychologicznie to jest sytuacja korzystniejsza, znacznie częściej zawodnicy broniący swojej pozycji nie wytrzymują presji. Tomasiak z zimną krwią wyskakał sobie ten medal, jakby to nie był jego pierwszy w życiu sezon w dorosłych skokach, jakby zęby zjadł na skoczniach świata. Jeśli zatem mieliśmy obawy, że pierwszy medal przytrafił mu się za sprawą mocy wybicia, teraz już wiemy, że mamy również sprawnego lotnika, znakomitego technicznie i wszechstronnego skoczka. Kamil Stoch będzie mógł odejść na emeryturę ze spokojem równym temu, z jakim żegnał się z karierą Adam Małysz. Ciągłość została zachowana – objawił się godny następca mistrzów.

Jeżeli eksplozja formy Kacpra Tomasiaka jest niespodzianką, to medal drużynowy Polaków należy uznać za sensację, której po trzykroć pomogło szczęście – ale też udało się fortunie dopomóc.

Sam fakt, że zamiast klasycznej drużynówki na igrzyskach odbywał się konkurs duetów, był dla nas nadzwyczaj sprzyjający. To w duchu olimpizmu stworzyło szanse występu krajom, które nie byłyby w stanie skompletować czteroosobowej reprezentacji,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Srebro i hejt

Pierwszy tydzień zimowych zmagań olimpijskich

Za sprawą jednego wieczoru na tzw. skoczni normalnej w Predazzo działacze Polskiego Związku Narciarskiego i Komitetu Olimpijskiego odetchnęli z ulgą. Już jest lepiej, niż było w Pekinie, gdzie honor naszych sportów zimowych obronił Dawid Kubacki, stając na najniższym podium zawodów na tzw. skoczni normalnej. To nazwa całkowicie bałamutna, bo chodzi o skocznię nietypową. Puchar świata rozgrywa się niemal wyłącznie na obiektach dużych i mamucich, obiekty o punkcie konstrukcyjnym ulokowanym poniżej 100. metra w dzisiejszych skokach służą głównie treningom.

Ta dyscyplina ma i tak rosnące problemy z oglądalnością, ludzie nie chcą już oglądać narciarzy skaczących, wolą patrzeć na latających, dlatego inwestuje się raczej w obiekty jak największe, z myślą o przekroczeniu mitycznej granicy 300 m.

Na razie najdłuższy skok w historii oddał Ryōyū Kobayashi na specjalnie w tym celu przygotowanym obiekcie na Islandii, ale to odbyło się w ramach ekstremalnego projektu Red Bulla – Japończyk wylądował na 291. metrze.

Zawody na skoczni normalnej są mało widowiskowe, bo różnice między odległościami bywają nikłe, zawodnicy najwięcej zyskują lub tracą nie tylko na przelicznikach wiatru, ale i notach za styl, które od lat są przyznawane całkowicie subiektywnie, arbitralnie i nierzadko od czapy. Sędzia swojemu rodakowi przyzna osiemnastkę za lądowanie bez telemarka, za to rywalowi za podobny występek przyzna „upadkową” piętnastkę i nikt mu nic nie zrobi, noty skrajne i tak się kasuje.

Skocznia K98, na której Kacper Tomasiak wywalczył olimpijskie srebro, premiuje zawodników z potężnym i precyzyjnym wybiciem, to taki narciarski skok wzwyż, bo zeskok jest za krótki, żeby móc w locie korygować sylwetkę, łapać wiatr i nadrabiać odległością. Medal to nie był przypadek, bo Tomasiak już jest skoczkiem światowej czołówki, a pod względem siły wybicia to ścisły top. Gdyby konkursy pucharu świata rozgrywano na skoczniach normalnych, pewnie mielibyśmy Polaka w walce o Kryształową Kulę, choć jedyny w tym sezonie konkurs na takim obiekcie w Falun Bielszczanin zakończył poza dziesiątką (ale to był początek sezonu, Tomasiak dopiero nieśmiało się rozkręcał w swoich pierwszych seniorskich startach zimowych).

Najważniejsze jednak, że nasz młokos zachował zimną krew, bo w tych zawodach błędy przy lądowaniu zadecydowały o klęsce faworytów – Polak skakał daleko i pewnie, spokojem w powietrzu przypominał Kamila Stocha w najlepszych latach. To nasz najmłodszy medalista w historii; Wojciech Fortuna,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Zostaliśmy na lodzie

Medalowe szanse Polski na igrzyskach Mediolan-Cortina 2026

Igrzyska olimpijskie wracają w Dolomity. To właśnie w Cortinie d’Ampezzo pierwszy medal zimowy wykombinował dla nas Franciszek Gąsienica-Groń, kombinator norweski, choć polski, a ściślej – zakopiański. Połączył udane występy na skoczni i w biegu na 15 km dokładnie 70 lat temu.

Przywykliśmy do tego, że za polskie sukcesy olimpijskie zimą odpowiada narciarstwo: sportowcy skaczący i biegający przywieźli aż 17 z 23 naszych medali igrzysk rozgrywanych na śniegu i lodzie. W ostatnim ćwierćwieczu najbardziej regularni byli skoczkowie, którzy stawali na podium każdych igrzysk oprócz Turynu. O nich było najgłośniej, byliśmy wszak potęgą jako drużyna. Polska szkoła skoków triumfowała w zawodach pucharowych, mistrzowskich i olimpijskich zarówno indywidualnie, jak i drużynowo. Małyszomania przeszła płynnie w stochomanię, a potem żyłomanię, kubackomanię, mieliśmy bowiem deszcz zwycięstw zapewniany przez złotą generację tej dyscypliny.

Niestety, starzy mistrzowie, choć dzielnie zmagają się z peselozą, nie są już w stanie walczyć o najwyższe cele, a wśród następców na razie nie widać zawodnika gotowego do walki o coś więcej niż miejsce w pierwszej dziesiątce. Kamil Stoch jedzie do Mediolanu jako chorąży polskiej reprezentacji, legendarny olimpijczyk, dla którego będą to już szóste igrzyska, ale na skocznię do Predazzo pojedzie już tylko po to, by ze skokami honorowo się pożegnać. Jedynym podium, jakie w tym sezonie udało się zaliczyć Polakom w pucharze świata, było trzecie miejsce w słabo obsadzonych zawodach duetów w Zakopanem. Wyskakali nam je Dawid Kubacki, który na igrzyska w ogóle nie pojechał, i nastolatek Kacper Tomasiak, nasza nadzieja na przyszłość, lider kadry narodowej, obecnie regularnie meldujący się w pierwszej piętnastce skoczków, ale smaku seniorskiego podium wciąż nieznający.

Próżno pokładać wiarę w szczęśliwe wiatry, które przed z górą półwieczem porwały Wojciecha Fortunę w Sapporo i dały mu złoty medal, bo w dobie precyzyjnych przeliczników punktowych fuksiarskich zwycięzców już prawie nie ma.

Skoki w tym roku zdominowała bezprzykładnie słoweńska rodzina Prevców – wśród pań Nika, wśród panów Domen, młodszy brat niegdysiejszego medalisty Petera, przeskakuje skocznie bez względu na ich rozmiar, w pucharze świata wypracował już sobie rekordową przewagę i jest murowanym faworytem do złota na dużej skoczni, a także jako lider reprezentacji Słowenii w konkursie drużynowym. Domen to miłośnik skoczni mamucich, wygrywa idealną pozycją w locie, kładzie się na nartach najodważniej, ale siła wybicia, która decyduje o sukcesach na skoczni normalnej, nie jest jego najmocniejszą stroną.

Teoretycznie to właśnie na obiekcie K-107 jesteśmy najbliżej miejsc medalowych, w czwartkowych treningach Tomasiak był piątym skoczkiem po podsumowaniu trzech serii, ale nadal do podium brakuje sporo; szanse medalowe na skoczniach mamy zatem iluzoryczne.

Nasza najdłuższa przerwa medalowa trwała aż 30 lat, od Fortuny ’72 do Małysza ’02, potem nasi sportowcy stali się gwiazdami światowego formatu również w dyscyplinach biegowych (niezapomniana Justyna Kowalczyk, multimedalistka z Turynu, Vancouver i Soczi) oraz łyżwiarskich (sensacyjne mistrzostwo Zbigniewa Bródki na dystansie 1500 m w Soczi) i trudno nam sobie wyobrazić kolejną imprezę, z której nie przywozimy ani jednego krążka.

Najpewniej z naszymi ambicjami medalowymi zostaniemy na lodzie, co jednak wcale nas z szans na triumfy nie odziera, przeciwnie, to wśród panczenistów mamy najsilniejsze ogniwa naszej kadry olimpijskiej. Lodowi sprinterzy, zarówno Damian Żurek, jak i Kaja Ziomek-Nogal, to aktualni wiceliderzy pucharu świata,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Trubin bohaterem Lizbony

Anatolij Trubin, bramkarz reprezentacji Ukrainy, w dzień powszedni golkiper Benfiki Lizbona, od zeszłej środy jest na językach wszystkich kibiców piłkarskich, nadworni rymotwórcy piszą o nim ody, dłuciarze wykuwają pomniki, pędzlimoczki dopieszczają monidła. Nic mi nie wiadomo o piłkarskich pasjach Fernanda Pessoi, ale największy poeta znad Tagu miał tyle heteronimów, że jeden z nich spokojnie mógłby bohaterowi ostatniej akcji meczu Benfika-Real poświęcić cykl wierszy, gdyby oczywiście dzięki zakrzywieniu czasoprzestrzeni mógł go zobaczyć.

Fadistas o Trubinie zaśpiewać nie mogą, bo jego wyczyn był ekstatycznym zaprzeczeniem narracji melancholijnej, radosnym przełamaniem fatum, by nie rzec – oszukaniem przeznaczenia. Kiedy gra Benfica z Realem, wytrawny kibic zawsze jest przygotowany na widowisko co niemiara, wszak legendą najlepszego meczu w historii klubowego futbolu owiany jest finał Pucharu Europejskich Mistrzów Krajowych z 1962 r.

Zwłaszcza dla polskiego pokolenia dzisiejszych 70-latków to musiało być przeżycie mistyczne – ten mecz był pierwszą w historii TVP transmisją live z Zachodu. Pewnie nawet marudny remis zapamiętaliby jako jedno z futbolowych wydarzeń swojego życia, tymczasem Eusébio, Di Stéfano, Puskás i pozostałe gwiazdy z Półwyspu Iberyjskiego postarały się na stadionie olimpijskim w Amsterdamie o spektakl najwyższej próby. Padło osiem goli, Benfica dwukrotnie odwracała losy meczu (Czesława 711 Michniewicza nie było jeszcze na świecie, a już się sprawdzała jego maksyma, że 2:0 to niebezpieczny wynik), by ostatecznie wygrać 5:3. 20-latek z Mozambiku został obwołany „Czarną Perłą” i zdetronizował leciwych mistrzów z Realu (Puskás i Di Stéfano byli już po 35. urodzinach, co wtedy stanowiło dla graczy z pola wiek matuzalemowy). Ilekroć zatem As Águias pojedynkują się z Los Blancos, piłkarze obu drużyn powinni mieć świadomość, że mierzą się z mitem nad mitami, przejść do historii w takim meczu jest szalenie trudno. Ci, którzy pamiętają 1962, zawsze pokręcą głową i orzekną: „Nieźle, całkiem, całkiem, ale to nie to, co wtedy”.

W środowy wieczór Liga Mistrzów kończyła grupową fazę rozgrywek, miłośnicy permanentnej dystrakcji mieli swoje godziny rozkoszy – multiliga oferowała transmisję z 18 meczów jednocześnie, wyświetlając tabelę, która nieustannie się zmieniała razem z aktualnymi rezultatami spotkań: jedni awansowali do rajskiej ósemki, drudzy doczołgiwali się do strefy baraży, jeszcze inni spadali w otchłań niebytu, obsuwając się poniżej ostatniego premiowanego miejsca. Jeśli kto miał wątpliwości, czy ta 36-klubowa formuła ma sens, środowe cuda definitywnie rozwiały tę niepewność. Chodzi przecież o to, żeby nikt nie miał spokoju do samego końca, żeby uniknąć meczów o pietruszkę, aby wszyscy do końca grali na serio w tych najbardziej prestiżowych i najlepiej opłacanych rozgrywkach na świecie.

Wszystkie mecze zaczęły się o tej samej porze, ale ten lizboński trwał najdłużej,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Szalony finał Senegalu

Czy Afrykanie zostaną mistrzami świata?

Komuż z nas, miłośników futbolu, nie zdarzyło się w czasach podwórkowych grać w meczach najwyższej rangi, derbach międzyosiedlowych, na Górnym Śląsku określanych jako pojedynek „nasz platz na wasz platz”? Presja zwycięstwa była wtedy większa niż na co dzień, a z braku arbitrów częstokroć dochodziło do sytuacji spornych, w których koronnym okazywał się argument siły – mocniejsi w muskułach ogłaszali wtedy werdykt, a mocniejsi w gębie mówili: „No to my już nie gramy”. Zaprawdę, pamiętam, że wiele takich gier kończyło się przed czasem z powodu zejścia z boiska drużyny pokrzywdzonej, która musiała się zadowolić moralnym zwycięstwem.

W życiu bym nie podejrzewał, że do takiej sytuacji może dojść w finale mistrzostw kontynentalnych, rozgrywanym przez dwie futbolowe potęgi (Maroko – wciąż czwartą drużynę świata i Senegal – regularnego uczestnika mundiali, który sprał naszą reprezentację przed ośmioma laty).

Tegoroczny finał Pucharu Narodów Afryki przejdzie do historii piłkarskich kuriozów także jako mecz o niewyobrażalnej, szekspirowskiej wręcz dramaturgii. Owóż, to wyrównane spotkanie przebiegało bez ekscesów aż do czasu doliczonego, gdy ku rozpaczy gospodarzy Senegalczycy zdobyli gola. Zdobyli go prawidłowo, ale sędzia dopatrzył się przewinienia i bramki nie uznał. Gdyby taką bramkę zdobyło Maroko, kongijski arbiter bez wątpienia nie odważyłby się jej anulować. Chwilę później dopatrzył się faulu w polu karnym Senegalu i podyktował baaaaardzo „miękki” rzut karny dla gospodarzy. Tego było już za wiele, na trybunach rozpoczęły się zamieszki, a piłkarze Senegalu zeszli z boiska na znak protestu i nie zamierzali dokończyć gry.

Skończyłoby się to wszystko walkowerem i potężnym skandalem, gdyby nie Sadio Mané, dla którego to było pożegnanie z mistrzostwami Afryki – przez prawie kwadrans sam jeden nakłaniał kolegów, żeby zachowali się jak mężczyźni i wrócili na murawę, mimo że sędzia zapowiedział, iż strzał z 11 m będzie ostatnim zagraniem meczu.

W końcu Mané dopiął swego, jego kompani smętnie weszli na murawę, by patrzeć, jak przed bramkarzem Senegalu staje król strzelców całego turnieju Brahim Diaz, który miał tylko przypieczętować triumf swojej drużyny. Tyle że Diaz wykonał jedenastkę najgorzej w historii, po prostu lekko podając piłkę do rąk Édouarda Mendy’ego. Pozostanie tajemnicą, czy Marokańczyk nie uniósł presji (znamy takie przypadki, nawet z finału mundialu, gdy w 1994 r. decydującą jedenastkę fatalnie przestrzelił Roberto Baggio), czy wyczuł szwindel i po prostu nie chciał wygrać nieuczciwie. Sensacyjnie zatem Senegal wrócił do gry i wykorzystał przewagę psychologiczną w dogrywce – zwycięską bramkę kropnął Pape Gueye, na co dzień pomocnik Villarreal. Senegal zwyciężył więc po raz drugi w historii w niesamowitych okolicznościach.

Absolutnymi rekordzistami kontynentu są Egipcjanie, siedmiokrotni triumfatorzy, którzy tym razem odpadli w półfinale właśnie z Senegalem po bramce Sadio Mané – wrócili do domu bez medalu, ograni w meczu o III miejsce w karnych przez Nigerię.

Brązowi medaliści to wielki przegrany eliminacji mundialu,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Polskie Porto i piłkarscy koloniści

Najlepsze lata polskiej reprezentacji przypadały na czas, gdy po kilku kadrowiczów grało ze sobą w silnym klubie

Kwestia transferu Oskara Pietuszewskiego, uchodzącego za najzdolniejszego polskiego młodzieżowca, rozpaliła nadwiślańskie głowy, wszak odeszło nasze nastoletnie dobro narodowe, któremu zwiastuje się światową karierę. Wyłożone przez FC Porto 10 mln euro to prawie rekord Ekstraklasy (Moder i Kozłowski odchodzili w swoim czasie do Brighton za 11 baniek każdy), dla Jagiellonii to kosmiczna kwota równa rocznemu budżetowi klubu, ale nie brakuje marudnych głosów besserwisserskich, że to dużo za mało, że Polaków się nie szanuje, że taki talent poszedłby za trzy razy więcej, gdyby był Hiszpanem albo Anglikiem. Osobiście widzę same zyski – Jaga będzie miała okazję wzmocnić kadrę przed wiosną na dwóch frontach, o ile oczywiście pieniądze zostaną rozdysponowane rozsądnie. Nasz zdolny skrzydłowy trafił zaś do drużyny, której kluczowymi graczami w tym sezonie są dwaj reprezentanci Polski – Jakub Kiwior i Jan Bednarek.

O tym, ile obaj znaczą dla legendarnych Dragões, mogliśmy się przekonać na własne oczy w minioną środę, kiedy w ćwierćfinale krajowego pucharu rozegrano portugalskie El Clásico między Porto a Benficą. Jedyną bramkę w meczu zdobył głową właśnie Bednarek, który ponadto ze stoickim spokojem kierował blokiem defensywnym, Kiwior w ostatnich chwilach zaliczył interwencję ratunkową, blokując na linii bramkowej strzał rywali – obaj nasi obrońcy są regularnie wybierani na najlepszych defensorów miesiąca w Liga Portugal. Trudno temu się dziwić, skoro Porto po prostu nie przegrywa, prawie w ogóle nie traci goli i pewnie zmierza po dublet. W Lidze Europy, grając na pół gwizdka, Smoki też mieszczą się w ósemce, a w najbliższy czwartek w Pilznie można się spodziewać europejskiego debiutu Pietuszewskiego w nowych barwach.

Polacy mają nierówne szczęście do FC Porto. Pierwszym naszym bramkarzem, który sięgnął po piłkarski Puchar Mistrzów, był Józef Młynarczyk, przed bez mała 40 laty jeden z bohaterów zwycięskiego finału przeciw Bayernowi Monachium. Ależ się wtedy ekscytowaliśmy golem, którego bezczelnie strzelił piętą Bawarczykom Rabah Madjer, niejako mszcząc się za „hańbę w Gijon” z Mundialu 1982, kiedy to Niemcy dogadali się z Austriakami, aby wyeliminować Algierię.

W Porto spędził kilka sezonów także Grzegorz Mielcarski, ale

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Jak żagle na wiatrach

Najlepsi bramkarze świata

Nie ma przerwy zimowej w piłce – i to jest kibicowskie szczęście. Anglicy jak świat światem grali także w święta, Włosi i Hiszpanie mają pauzę króciutką jak nowa koafiura Griezmanna, a dzięki rozrzutności Arabów możemy też na przełomie roku emocjonować się superpucharami topowych lig europejskich. Saudowie tradycyjnie organizują u siebie mikroturnieje z udziałem najlepszych ekip Serie A i La Liga, w Kuwejcie zaś odbył się mecz między mistrzem i zdobywcą pucharu Francji.

Pecunia non olet, a pytanie, czy petrodolary są obecnie brudniejsze od dolara amerykańskiego, wydaje się zasadne – szejkowie przynajmniej nie udają, że interesuje ich demokracja. Owóż, w czwartkowy wieczór Paryż zmierzył się z Marsylią na Półwyspie Arabskim i zdobył pierwsze tegoroczne trofeum głównie za sprawą Lucasa Chevaliera, warto zatem zwrócić baczniejszą uwagę na nadchodzącą zmianę bramkarskiej warty w światowych rankingach.

Francuzi mogą spać spokojnie: ich numerem jeden pozostaje 30-letni Mike Maignan, który gra wybitny sezon w A.C. Milan. Chevalier ma jednak taką zwyżkę formy, że ewentualna zmiana między słupkami nijak drużyny nie osłabi. Jeśli mierzyć siłę zespołu obsadą bramki, jeśli to golkiper miałby być języczkiem u wagi w wyrównanej stawce, latem Francuzi powinni jechać do Ameryki po złoto mistrzostw świata. Kiedy ostatnio je zdobywali, w bramce mieli wysoce niepewnego Hugo Llorisa, który nawet w finale mundialu dał plamę, nieporadnie kiwając się z Mariem Mandžukiciem.

Lucas Chevalier wybronił w czwartek tyle strzałów rozjuszonych Marsylczyków, także z najbliższej odległości, że wystarczyłoby do listy pięciu najlepszych parad roku, a jakby tego było mało, złamał rywalom serce, wybraniając dwa kolejne karne w serii jedenastek. Toż prosi się, by idąc śladem Kazimierza Wierzyńskiego, jakiś poemat bramkarski mu poświęcić, choć „lecąc w górę, jak żagiel na wiatrach”, to nie za Atlantyk wybił piłkę jednym ciosem, lecz nad Zatoką Kuwejcką.

Innym bohaterem pierwszych noworocznych fajerwerków futbolowych był Joan García,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Warszawska elegia

Czarna jesień przy Łazienkowskiej

Dla fanatyków z Łazienkowskiej święty jest rok 1916, tę datę wyszywają sobie na szalach, flagach, grawerują na obrączkach i umieszczają na setkach gadżetów – to wtedy w kancelarii kompanii sztabowej Komendy Legionów Polskich na Wołyniu doszło do założenia klubu piłkarskiego, który uważa się za protoplastę dzisiejszej Legii. Jest jednak także data, której prawdziwy legionista nie wypowie, rok tabu, wymazany z annałów, wstydliwy i ponury, kiedy Legia spadła z ligi i przed wojną już do niej nie wróciła.

1936 – historyczna zmora kibiców, którzy woleliby wspominać tylko powojenne dzieje pełne sukcesów.

Od 1948 r. Wojskowi nieprzerwanie grają w Ekstraklasie, co więcej, w najgorszych sezonach kończyli rozgrywki na 10. miejscu, jak przed czterema laty, gdy jesienią zdarzyło im się nawet spaść na dno tabeli. Realnego zagrożenia degradacją zaznali bodaj tylko raz, w 1992 r., wtedy też po raz ostatni przezimowali w strefie spadkowej, przy czym po rundzie jesiennej sezonu 1991/1992 Legia zajmowała miejsce 15., czyli czwarte od końca (wtedy spadały cztery ekipy).

Tak nisko jak tej jesieni nie upadła jeszcze nigdy. Nie spędzi zimy na dnie tylko dlatego, że ma lepszą różnicę bramek od ostatniej Niecieczy, ale w regulaminie na koniec rozgrywek będzie się liczył bilans starć bezpośrednich, a że z Termalicą Legia u siebie przegrała, obecnie jest de facto najgorszą drużyną Ekstraklasy. W grudniu pod wodzą tymczasowego trenera Astiza pobiła niechlubny rekord, rozgrywając najgorszą w historii serię 11 meczów bez zwycięstwa. Pożegnalny mecz w Lidze Konferencji piłkarze zagrali przy pustawych trybunach – na stadion przybyło niespełna 10 tys. widzów, co jest najsłabszą frekwencją od trzech lat. Kibice wiedzieli, że żadnych atrakcji nie będzie – do niedawna jeszcze przybywali na Ł3, aby przekonać się na własne oczy, jak gra najsłabsza drużyna w dziejach klubu i czy faktycznie tak źle, jak o niej powiadają. Okazywało się, że gra jeszcze gorzej, z każdym meczem gorzej, tak tragicznie źle, że stała się kultową ekipą łamag, jakimś anty-Galácticos, piłkarską wersją Eddiego Edwardsa, który przeszedł do legendy jako najgorszy skoczek wszech czasów.

Dopiero kiedy ta niefortunna seria niewydarzeń posłuży Legionistom jako lekcja pokory, będą mogli z grajdołka się wydostać. Tylko że z Łazienkowskiej tak samo daleko do pokory jak do podium. Przed meczem z mistrzami Gibraltaru kibice mieli nadzieję, że kabaret się skończy, bo rywal jest na tyle kiepski, że da się go pokonać i w tak fatalnym kryzysie. Owszem, Legia w końcu wygrała, ale był to mecz o pietruszkę, bo nawet nie o honor – z całym szacunkiem dla rywali, którzy na swojej sztucznej murawie obili pod skałą gibraltarską Lecha Poznań, na wyjazdach to oni nie istnieją. To był przeciwnik na poziomie drugoligowym, coś w klimacie Podhala Nowy Targ czy Świtu Skolwin – z takimi drużynami gra się sparingi po intensywnym zgrupowaniu, ale nie są to ekipy do zmazania plamy na wizerunku, zwłaszcza że tak poplamiona Legia nie była chyba jeszcze nigdy. Dla kiboli ten mecz był wyłącznie okazją do zademonstrowania niechęci wobec właściciela klubu.

W odpowiedzi na te naciski Dariusz Mioduski przy okazji oficjalnej prezentacji nowego trenera, wyczekiwanego przez wszystkich w stolicy Marka Papszuna, ogłosił zmiany w zarządzie. „Całościowe zarządzanie klubem” powierzył Marcinowi Herze, który dotąd pełnił funkcję wiceprezesa – to jest oczywiście tylko pozorne oddanie władzy, kibice tego nie kupią, jeśli Papszun na wiosnę nie dokona cudów. A przejmie drużynę zrujnowaną, morale graczy ofensywnych skurczyło się do rozmiarów Gregora Samsy po przemianie.

Trudno się dziwić, skoro z półamatorskim Lincoln Red Imps Antonio Čolak, ściągnięty latem ze Spezii, strzelił pierwszego gola od… 13 miesięcy (nie, nie był kontuzjowany, w 30 meczach z rzędu nie potrafił zdobyć bramki!), a Mileta Rajović ponownie obsłużony co do centymetra przez młodego Jakuba Żewłakowa wreszcie trafił głową obok bramkarza – kupiony za

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Urban et orbi

Może właśnie na takiego selekcjonera kadra czekała

Były lęki, że będzie za miękki. Bo potrafi się dogadać z piłkarzami i nie trzyma krótko za mordę. A przecież Polacy tęsknią do zamordystów, autokratów, do złego tyrana, którego będą się bali, a jednocześnie obdarzali go bałwochwalczą czcią, jak w syndromie sztokholmskim – będą go kochali za to, że go nienawidzą, bo Polak lubi mieć tego złego, na którego może wyrzekać, zarazem czując się zwolnionym z obowiązku samostanowienia. Polakom wolność nie jest pisana, bo od razu robią z niej anarchię, na to przynajmniej wskazuje przechył preferencji wyborczych w stronę obu konfederacji.

Naród polski nie jest stworzony do small talku, nie ceni miękkich kompetencji, Okrągły Stół śmierdzi mu zdradą, kompromisami się brzydzi, w hymnie ma „szablą odbierzemy”, a nie „wynegocjujemy”. I to wszystko przekłada się na mentalność kibica – o piłkarzach naród ma niewysokie mniemanie, że to przepłacane darmozjady, że w klubach zachodnich zarabiają, to im się chce, a na kadrę przyjeżdżają z musu, rozleniwieni, rozmemłani, zdemotywowani, trzeba im bata, żeby zechcieli się poderwać do biegu, trzeba im tresera, a nie trenera, inaczej nie wyskoczą do główki, wślizgu nie zrobią, głowy za ojczyznę nie nadstawią.

Prezes Cezary Kulesza, swojak z Podlasia, idący z Duchem Puszczy w rytmie disco polo, jak dotąd szczęścia do trenerów nie miał – w miejsce ślicznego portugalskiego bajeranta, który zwiał przed barażami, przywołał Czesława Michniewicza, za którym ciągnąć się będzie dozgonnie gorąca linia z „Fryzjerem” z czasów, kiedy piłkarze ustawiali mecze częściej, niż się kibole młócili w ustawkach. Wyniki były, ale w tak kiepskim stylu, że głos ludu o dziwo się wzburzył na strategię „laga na Robercika” i polski minimalizm – okazało się, że oprócz celu ważne są środki.

No to się Kulesza zastawił, a postawił i za ciężkie miliony ściągnął Fernanda Santosa, który co prawda w CV miał mistrzostwo Europy, ale najlepsze lata trenerskie minęły mu już dawno, o polskiej piłce pojęcia nie miał i mieć nie chciał, piłkarze nie wiedzieli, co grać, więc na wszelki wypadek przegrywali wszystko jak leci. I w końcu zatrudnił Kulesza tyrana, kłótliwego buraka, zarozumiałego, apodyktycznego samca alfa, który za wyzwanie selekcjonerskie uznał dowiedzenie wszystkim, kto tu rządzi i że żadnego gwiazdorstwa tolerował nie będzie.

Probierzowski zamordyzm nie zadziałał sportowo, reprezentacja Polski nie przestała się staczać, aż w końcu Lewandowski postawił sprawę jasno: „Probierz albo ja” i naród jednak się opowiedział po stronie piłkarza, boć dotarło do rozumów pospólnych, że trener bez piłkarzy nigdzie nie awansuje, już prędzej piłkarzom bez trenera to się przytrafić może. I męczył się prezes Kulesza, przymierzał jak pies do krzaka, kombinował, aż w końcu z zaciśniętymi zębami zatrudnił tego, który wydawać by się mógł wyborem najbardziej oczywistym. Dał robotę Janowi Urbanowi, przy czym kontrakt sformułował tak, żeby nie było wątpliwości – jak tylko się noga powinie, koniec kropka, zwolnienie, piąty kandydat za kadencji Kuleszowej już przebiera nóżkami.

Jan Urban najlepsze lata kariery

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.