Lech sczezł, Górnik powalczył, pozostali awansowali

Lech sczezł, Górnik powalczył, pozostali awansowali

Fot. Gleb Soboliev/imago sport/Forum

No i wyszło na moje, z czego satysfakcji szczególnej nie czerpię, ale też łzami się nie zalewam. Po wysokiej wygranej Lecha z Aarhus ostrzegałem, że wyjazdowe 4:1 to niebezpieczny wynik, powołując się na doświadczenia naszych ekip chociażby w ostatnich dwumeczach z Fiorentiną.

W Danii na gospodarzy spadły wszystkie plagi – jeszcze przed przerwą stracili bramkarza, a gdy dzielnie walczyli w dziesiątkę, nowemu stoperowi Lecha wyszedł strzał życia. Powszechnym zachwytom nie było końca, jakoś nikt się nie zastanawiał, jakim cudem tak łatwo przyszła wygrana z bądź co bądź mistrzem silnej ligi europejskiej. Komentatorzy łatwo połknęli haczyk i jęli przekonywać, że taka jest teraz realna różnica klas między polską i skandynawską piłką klubową. No i w minioną środę obudzili się z ręką w nocniku. Lech postradał trzybramkową przewagę na własnym stadionie, a w rzutach karnych gracze Kolejorza postradali także zmysły, partacząc niemiłosiernie kolejne jedenastki. Fachowcy histeryzują, wyklinają trenera i zawodników, przekonują o epokowej katastrofie – ja tu nie widzę niczego zdrożnego.

Z najsilniejszą obecnie duńską drużyną wyszliśmy w dwumeczu na remis, bywały bardziej haniebne blamaże, choćby przed rokiem, gdy Lech poległ na Gibraltarze. Gdyby wyniki ułożyły się odwrotnie – to znaczy Lech wróciłby na tarczy z Aarhus, a w Poznaniu odrobił straty, aby odpaść dopiero w serii karnych – wszyscy przyklasnęliby walecznej postawie ekipy Frederiksena. Tak jak uczynili to po meczu Górnika z faworyzowanym Fenerbahçe – odpadli, ale byli tylko minimalnie gorsi.

Wcale nie twierdzę, że Lechici spanikowali, przegrali mecz w głowach, zlekceważyli rywali. Po prostu przywieźli z Danii wynik nad stan, a potem wszystko się wyrównało zgodnie z realnym stosunkiem sił. Teraz Poznaniakom przyjdzie powalczyć o pucharową jesień na Wyspach Owczych. Złośliwi i rozgoryczeni kibice mówią, że frajerzy zagrają z Farerami. A ja tam myślę, że choć dla Lecha to źle, dla polskiej piłki klubowej znakomicie – w to, że przez eliminacje Ligi Mistrzów przebrnąć nie zdołamy nigdy, nikt już chyba nie wątpi. Gdyby Lech się do Champions League dostał, nie zapunktowałby pewnie wcale albo zdołałby uciułać jakieś dwa remisy u siebie. W Lidze Europy będzie o punkty rankingowe nieco łatwiej, w Lidze Konferencji to już w ogóle; my teraz musimy bronić 10. miejsca, jeśli to nam się uda, za dwa lata mistrz Polski zagra w LM bez eliminacji.

Sportowo wciąż nie jesteśmy gotowi na grę na najwyższym szczeblu, polski kibic także nie nasycił się jeszcze europejskimi zwycięstwami, choćby i w „Pucharze Biedronki”. Nie mam nic przeciw temu, żeby komplet naszych ekip zagrał w tej trzeciej lidze europejskiej. Powiem więcej – grajmy tam, dopóki jej nie wygramy, dopiero wtedy będzie można realnie się przymierzać do rywalizacji z najlepszymi.

Poznań w Lidze Mistrzów tej jesieni to byłaby bonanza i rzeź w jednym – za sam awans klub zainkasowałby więcej niż za wygranie wszystkich meczów w LK,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2026, 32/2026

Kategorie: Sport