Archiwum

Powrót na stronę główną
Felietony Roman Kurkiewicz

Hiroszima, wymazane ludobójstwo

Piszę te słowa 81 lat od zrzucenia przez Stany Zjednoczone na Hiroszimę pierwszej bomby atomowej. O tej samej porze, kiedy miasto zniknęło z powierzchni ziemi, wraz nim ok. 140 tys. mieszkańców, a kolejni mieli umierać przez następne dekady. Kilka dni później podobny śmiertelny los spotkał Nagasaki. Japonia skapitulowała. Wojna światowa  przeszła do historii. Prawda o skali zniszczenia i śmierci była skutecznie, z małymi wyjątkami, kontrolowana przez armię i administrację amerykańską, tuszowana i ukrywana. 85% amerykańskiego społeczeństwa akceptowało i popierało decyzję o użyciu bomby atomowej. Przeciw było 10%. „Chicago Sun” podsumował to zdaniem: „Nie istnieje żadna skala wartości, według której wybuch TNT jest słuszny, a wybuch uranu niesłuszny”.

Zapewne prawda o skutkach (w tym o skali umierania na chorobę popromienną), którą można by wyrazić słowami: „Hiroszima, ciszej nad tą trumną”, pozostawałaby w cieniu, gdyby nie historia powstania i publikacji jednej książki. W maju 1946 r. do Japonii dotarł doświadczony, choć dopiero 32-letni amerykański reporter wojenny John Hersey, wydelegowany przez kierownictwo „New Yorkera”. Hersey, autor bestsellerowych książek reportaży wojennych, ocalały podczas wojny z kilku katastrof lotniczych, w samolocie lecącym do Japonii przypadkowo przeczytał nagrodzoną Pulitzerem powieść „Most Sun Luis Rey” Thortnona Wildera, opisującą z perspektywy kilkorga świadków wielką katastrofę w Peru w XVIII w.

Ten strukturalny pomysł Hersey postanowił wykorzystać do opowiedzenia tego, co wydarzyło się 6 sierpnia 1945 r. w Hiroszimie. Dzięki niezwykłemu instynktowi reporterskiemu i dobrym kontaktom z wojskiem (jego wcześniejsze, nagradzane reportaże były pochwałą

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

VeloBank liderem zwolnień

Na pytanie, co to są tzw. mieszane uczucia, można podać przykład VeloBanku, następcy Getin Noble Banku. Po przejęciu działalności detalicznej Citi Handlowego VeloBank pokazał się Polakom w licznych reklamach. Na bogato. Kampanie telewizyjne, celebryci, billboardy i Magdalena Różczka. Aktorka zaprasza do królestwa nowoczesności, bezpieczeństwa i wygody. To bezpieczeństwo to dla 950 pracowników VeloBanku ponury żart. Mimo obietnic zarządu stracą pracę. Ludzie, którzy całe życie pracowali w Citibanku, trafiają na bruk. Bo właściciele banków muszą zarobić więcej. Jeszcze więcej.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Komu dawał Jabłoński?

„Gnojek robi to tylko dlatego, że jego banda z Solidarnej/Suwerennej Polski teraz ten PiS przejęła”. Któż tak mówi o koledze z partii? Po stylu można poznać, że jest to adwokat z Radomia Paweł Jabłoński. A tym, którego Jabłoński wziął pod obcas, był Michał Woś.

Za Jabłońskim, który był wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie PiS, ciągną się oskarżenia NIK i Krajowej Administracji Skarbowej. Co wykryli kontrolerzy KAS? Na 550 stronach raportu o Jabłońskim jest sporo. W ciągu trzech lat MSZ bezprawnie udzieliło 109 dotacji na kwotę 48 mln zł.

Jabłoński rozdawał pieniądze wbrew rekomendacjom 24 ekspertów. Zmienił ich decyzje mejlami, które wysyłał jego asystent. Taka chytra sztuczka adwokacka. Chowanie się za plecami człowieka, któremu wydawał polecenia służbowe. Decyzjami Jabłońskiego kasa trafiła do Stowarzyszenia Bezpieczna Lubelszczyzna, do Fundacji Leny Grochowskiej (żony właściciela Arche), do Fundacji „Hagia Marina” i wielu innych. Sprawami zgłoszonymi przez KAS zajmuje się Prokuratura Okręgowa w Kielcach. Jabłoński nie będzie miał więc daleko.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Sąsiad

Ambasador Ukrainy w Polsce Wasyl Bodnar zakończył misję w Warszawie i wraca do Kijowa, by objąć stanowisko wiceministra spraw zagranicznych – poinformowały media. Co ciekawe, wiceszefem ukraińskiego MSZ ma zostać także Wasyl Zwarycz, który był jego poprzednikiem w Warszawie.Dodajmy, że Bodnar już był w swojej karierze wiceministrem. To jest jego półka. Kto może go zastąpić? PAP podała, że albo Iryna Wereszczuk, zastępczyni szefa kancelarii prezydenckiej, była wicepremier, albo wiceszef MSZ Ołeksandr Miszczenko.

To oznacza, że Ukraina kieruje do ambasady w Polsce ludzi z bardzo wysokiego poziomu, już politycznego. Czyli, że jesteśmy dla Kijowa jednym z najważniejszych państw.

A kogo my kierujemy do Kijowa?

Gdy w roku 2015 r. PiS zdobyło władzę, jedną z pierwszych decyzji było zablokowanie Marcina Wojciechowskiego, który miał zostać ambasadorem w Kijowie. Wojciechowski przez dwa lata był rzecznikiem MSZ, ale wcześniej pracował w „Gazecie Wyborczej”. I to go w oczach prawicy pogrążało: że bez doświadczenia dyplomatycznego, bez umocowania politycznego, no i z „Gazety Wyborczej”. PiS przez rok zastanawiało się więc, co z kijowską placówką, i ostatecznie wysłało na nią Jana Piekło, katolickiego dziennikarza, byłego dyrektora wykonawczego PAUCI (Poland-America-Ukraine Cooperation Initiative). Bez doświadczenia w pracy rządowej i dyplomatycznej.

O! Jaki wtedy podniósł się szum! „Jan Piekło w Kijowie. Radość banderowców, smutek ich ofiar – pisał ks. Isakowicz-Zaleski. – Nowy ambasador od lat stara się w swoich publikacjach i wywiadach przedstawiać UPA jako »organizację narodowowyzwoleńczą«. Co więcej, usprawiedliwia jej gloryfikację, która obecnie na Ukrainie jest odgórnie wprowadzana przez prezydenta Petra Poroszenkę i parlament w Kijowie. Dla przykładu, rok temu w wywiadzie dla »Dziennika Polskiego« Jan Piekło powiedział: »Nie widzę nic złego w tym, że Ukraina chce uczcić ludzi,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Uwierzyć trudno, ale…

Nie wiadomo, co gorsze. Tegoroczne lato czy perspektywa jazdy samochodem? Po tym, co wytropili reporterzy tygodnika „Fakty po Mitach”, chyba lepiej, żeby padało. Zostaniemy w domu i unikniemy podobnych sytuacji. W Namysłowie policja zatrzymała kompletnie pijaną parę. Prowadząca miała 2,5 promila i na widok patrolu weszła do bagażnika. A jej partner, który miał wziąć winę na siebie, schował się pod beczkowozem. W Lublinie pijany 33-latek (2 promile) zostawił auto na środku skrzyżowania i boso poszedł na stację paliw. Zatankował do wiadra i gdy wrócił do samochodu, policja przypomniała mu, że od siedmiu lat ma zabrane prawo jazdy. Z kolei w Radomiu, trzeźwy co prawda, 17-latek kilka godzin po zdanym egzaminie na prawo jazdy gnał BMW w obszarze zabudowanym 103 km/godz. Czeka go więc powtórka egzaminu.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Zwierzęta

Czujny jak ważka nad Narwią

Rzadkie ważki, zagrożone motyle i niezwykłe zależności przyrody

Okazuje się, że Narwiański Park Narodowy jest miejscem, które przyciąga nie tylko miłośników przyrody z Polski. Wśród admiratorów Narwi znalazł się bowiem João Matos da Costa. Pochodzi z Portugalii i znalazł się nad tą rzeką przez splot różnych okoliczności. Przesiąkł już tym miejscem, co wynikło z faktu, że zawodowe życie związał z parkiem narodowym chroniącym jej dolinę. Dziś bada żyjące w niej owady, a szczególnym jego zainteresowaniem cieszą się ważki i motyle.

Z Portugalii nad Narew

Spotykamy się w parkowym ośrodku edukacyjnym, Młynarzówce, gdzie na co dzień pracuje João. Nim zaczniemy rozmawiać o ważkach i motylach, pytam go, jak trafił do Polski. W odpowiedzi słyszę: „Najpierw studiowałem w Portugalii. Byłem na leśnictwie. Mój kolega namówił mnie, żeby pojechać do Polski, bo była taka możliwość. Powiedziałem mu, że tam jest zimno, ale w końcu się zgodziłem. Trafiliśmy do Poznania zimą. Kolega wrócił do Portugalii, a ja zdecydowałem się zostać w Polsce, bo przyszła wiosna, było zielono. Tyle bujnej zieleni to w Portugalii nie mamy.

Studiowałem wtedy ochronę środowiska. Po jej ukończeniu okazało się, że była możliwość otrzymania dofinansowania na kontynuację nauki. Poznałem też dziewczynę z Białegostoku. I przyjechałem na wschód Polski. Akurat poszukiwano osoby do pracy w Narwiańskim Parku Narodowym. Złożyłem dokumenty. Wtedy dyrektorem był Ryszard Modzelewski. Wspaniały człowiek! Zaprosił mnie na rozmowę i zapytał, czy mówię po polsku. A jeśli nie mówię, to jak chcę tutaj funkcjonować.

Dał mi dwa miesiące na naukę języka, jeśli chcę ubiegać się o pracę. Pojechałem do Warszawy na intensywny kurs polskiego. Udało się. Zacząłem mówić lepiej i po drugiej rozmowie kwalifikacyjnej dostałem posadę w parku. Zacząłem pracować w 2009 r. Tu, w podlaskim, urodziły się moje dwie córki. A ja mieszkam teraz w Białymstoku”. (…)

Ważki

W Narwiańskim Parku Narodowym stwierdzono do dziś występowanie 47 gatunków ważek na łączną liczbę 73 gatunków występujących w całej Polsce. To daje 67% wszystkich polskich gatunków ważek. Ich obecności sprzyja charakter parku, który został powołany do ochrony rzecznej doliny, z licznymi starorzeczami i mokradłami.

„A jakie są gatunki ważek szczególnie ważne dla parku?”, dopytuję. João zaczyna wymieniać ich nazwy: żagnica zielona, zalotka większa, trzepla zielona, gadziogłówka żółtonoga, miedziopierś północna, straszka syberyjska. To tylko niektóre z ponad 40 gatunków występujących na terenie parku.

Zalotka większa znajduje się w załączniku Dyrektywy Siedliskowej, co oznacza, że to gatunek kluczowy dla Unii Europejskiej. W Polsce jest wciąż uznawana za „szeroko rozsiedloną”. Pierwsze odnotowanie jej obecności w parku zawdzięczamy João. Od tego czasu udało się ustalić, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Nędza antykomunizmu

Czy obecny prezydent RP potrafiłby budować „zgodę narodową”, jak to robili jego poprzednicy z PRL?

Karol Nawrocki nigdy nie przestał być szefem Instytutu Pamięci Narodowej. I nigdy nim być nie przestanie – nawet gdy zostanie powołany kolejny prezes tej instytucji. Bo Nawrocki jest dzieckiem IPN, z którym związał całe dorosłe życie i dzięki któremu zrobił tak zdumiewającą karierę. Dlatego IPN-owski antykomunizm będzie oficjalną ideologią III RP przynajmniej tak długo, jak długo Nawrocki pozostanie głową państwa.

Najnowszym przejawem tej ideologii jest prezydencki projekt Ustawy o ustanowieniu Dnia Działacza Opozycji Antykomunistycznej i Osoby Represjonowanej z Powodów Politycznych ogłoszony przez Nawrockiego 28 czerwca, podczas obchodów 70. rocznicy tragicznych wydarzeń w Poznaniu. Sam tekst projektu nie jest zbyt ambitny, składa się bowiem z trzech jednozdaniowych artykułów, które ustanawiają nowe święto państwowe właśnie na 28 czerwca, ustawa wchodzi w życie z dniem ogłoszenia. Nie miałby to oczywiście być dzień wolny od pracy, więc jego ranga byłaby równa marcowemu świętu „żołnierzy wyklętych”, a w praktyce nawet mniejsza, bo w marcu kult „niezłomnych” można narzucać uczniom w szkołach (co często się robi), zaś koniec czerwca to już wakacje, zatem możliwości szkolnej indoktrynacji będą niewielkie.

Nawrockiemu jednak bardzo zależy na ustanowieniu nowego święta, gdyż ma ono stanowić logiczną ciągłość tego, co IPN-owska propaganda stara się narzucić Polakom 1 marca każdego roku. W uzasadnieniu prezydenckiego projektu czytamy:

„Odniesienie do Czerwca 1956 r. ma swoje uzasadnienie historyczne i symboliczne. Przyjmuje się bowiem, że walka zbrojna Polaków o odzyskanie niepodległości kończyła się właśnie w 1956 r., choć oczywiście pojedyncze przypadki walki z bronią w ręku trwały aż do października 1963 r. Od wystąpień robotniczych w Poznaniu w 1956 r. można datować początek nowej formy walki – już bezorężnej – o wolność, godność i niepodległość i można tym samym przyjąć wydarzenia poznańskie za początek opozycji antykomunistycznej i punkt odniesienia dla kolejnych zrywów wolnościowych w marcu 1968 r., w grudniu 1970 r., w czerwcu 1976 r. i wreszcie w sierpniu 1980 r.

Potrzeba ustanowienia dnia 28 czerwca świętem państwowym wynika z konieczności godnego upamiętnienia osób, które w latach 1956-1989, z narażeniem życia, wolności i mienia podejmowały walkę o suwerenność i niepodległość Ojczyzny. Choć obowiązujące przepisy zapewniają tej grupie opiekę państwa i pomoc materialną, brakuje w kalendarzu państwowym wyraźnego akcentu celebrującego ich heroiczną postawę”.

Zestaw kłamstw

Te dwa krótkie akapity zawierają cały zestaw kłamstw historycznych, na których oparta jest propaganda IPN. Pierwsze kłamstwo zawiera się w tezie o „walce zbrojnej Polaków” aż po rok 1956, a nawet 1963, co jest już kompletną aberracją (chodzi o datę śmierci ostatniego z „wyklętych”, Józefa Franczaka, ukrywającego się przez kilkanaście lat w lasach Lubelszczyzny). Walka zbrojna przeciwko nowej władzy faktycznie skończyła się bowiem po wyborach i amnestii z 1947 r. Później w lasach pozostały już tylko nieliczne grupki najbardziej zdesperowanych, których tragiczny los nie miał przecież żadnego wpływu na losy Polski.

Drugie kłamstwo zawiera się w stwierdzeniu, że „można przyjąć wydarzenia poznańskie za początek opozycji antykomunistycznej”. Robotniczy protest w stolicy Wielkopolski był wydarzeniem jednodniowym, krwawo stłumionym przez wojsko i, owszem, mającym ogromny wpływ na dalszy bieg wydarzeń, ale głównie w samej partii rządzącej, gdyż w pełni ujawnił konflikt wewnętrzny w PZPR i skalę niechęci jej licznych działaczy do dalszej podległości Moskwie, co umożliwiło już w październiku 1956 r. przejęcie władzy przez Władysława Gomułkę jako wyraziciela niepodległościowych aspiracji większości społeczeństwa. Niepodległościowych, a nie antykomunistycznych, bo takiego określenia w ogóle nie używano ani wtedy ani później.

Nie używał go także żaden nurt opozycji w PRL, na co w ostatnich latach życia zwracał uwagę jeden z najdłużej więzionych opozycjonistów, Leszek Moczulski (zmarły w 2024 r.). Słusznie zresztą dowodzący, że słowo „komunizm” było tak wieloznaczne, zarówno na gruncie radzieckim

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Trzy polityczne lekcje z „Odysei” Christophera Nolana

Czyście już Państwo oglądali „Odyseję” Christophera Nolana? Słyszę, że w Warszawie w IMAX-ach (film kręcony specjalnymi kamerami pod format tych kin) do 1 sierpnia bilety były wykupione. To dzieło trzeba zobaczyć. Trzeba także pogodzić się z faktem, że podstawowe toposy naszej kultury będą docierały do szerokiej publiczności w ten właśnie sposób. Poziom wyrafinowania interpretacyjnego „Odysei” prezentowany przez prof. Ewę Miodońską-Brooks przechowuje się w nielicznych głowach absolwentów ujotowskiej polonistyki i teatrologii. Już nie wróci.

Film Nolana jest szeroko omawiany przez krytyków filmowych, blogerów, youtuberów, hosztaplerów i nie mam zamiaru wtrącać się do ich dyskusji. Interesują mnie głębia i doniosłość wiedzy politycznej zawarte w filmowym dziele. Powie ktoś, że z ekranu przemawia do nas po prostu mądrość polityczna Homera. To oczywiście prawda, ale nie znaczy to, że brytyjsko-amerykański reżyser nie mógł pójść łatwą drogą i pokazać Odyseusza jako sprytnego poszukiwacza przygód. Reżyser ma zasługę w przekazaniu nam politycznych lekcji Homera. Lekcji niezwykle istotnych w świetle społeczno-politycznych problemów współczesnego świata.

„Odyseja” jest filmem antywojennym i pokazuje autentyczną grozę wojny. Odziera ją z blichtru bohaterstwa i wzniosłości, jakim karmi się społeczeństwa w przededniu jej inicjowania. Homer, podobnie jak Tukidydes, doskonale wie, że wojna nikogo nie pozostawia na swoim miejscu, zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Jak pisał Bronisław Łagowski w eseju o Tukidydesie, „wojna okazuje się wielką pomyłką, zbrodniczym głupstwem, niedającym żadnych zaspokojeń, drogą zawsze prowadzącą donikąd. (…) Wojna zawodzi [człowieka – P.K.] zawsze i jest jego błędem absolutnym”.

Odys w filmie Nolana jest tego doskonałą egzemplifikacją. Niesie brzemię świadomości zniszczenia podstępem świetnego miasta i, co może jeszcze gorsze, świadomości podcięcia sił witalnych nomokratycznemu wymiarowi własnej kultury, wyrażającemu się w posłuszeństwie prawom boskim i ludzkim. To on i jego towarzysze stają się w końcu niesławnymi „ludźmi morza” – uosobieniem grozy i barbarzyństwa w oczach cywilizowanej ludności. Nie tylko dowcipnie, ale prawdziwie mówi Kirke do towarzyszy Odyseusza, przemieniając ich z powrotem ze świń w ludzi: „Wróćcie do swoich przebrań”. Ludzkie fizjonomie są jedynie kamuflażem dla nieszanujących zasad i prawa zdziczałych ludzi, którymi uczyniła ich wojna.

Antymilitarystyczne przesłanie filmu Nolana jest w kontekście współczesności tak istotne, że samo w sobie przesądzałoby o jego doniosłości. Ale istotnej wiedzy politycznej mamy w „Odysei” więcej. Film jest opowieścią o potędze determinizmu w świecie polityki. To szczególnie ważne dzisiaj, gdyż mainstreamowy przekaz płynący z kultury popularnej (nade wszystko, rzecz jasna, z kina amerykańskiego) jest ze swej istoty woluntarystyczny. Sprowadza się do banalnych twierdzeń, że człowiek jest panem siebie, kowalem swojego losu, wszystko może, o ile tylko dostatecznie mocno tego chce.

Homer, Tukidydes, ale także Nolan

Prof. dr hab. Piotr Kimla pracuje w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Polityki Zagranicznej Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Ignorant, kłamca i tchórz

Błaszczak minister katastrofa

„Mamy do czynienia z ludźmi nieodpowiedzialnymi, którzy pozwalają na to, żeby 100 km w głąb naszego terytorium przeleciała rosyjska rakieta, i nie zestrzeliwują tej rakiety”, mówił Mariusz Błaszczak po tym, gdy na polu rzepaku we wsi Tarnawa-Kolonia na Lubelszczyźnie rozbił się rosyjski pocisk manewrujący Ch-101. Były szef MON zażądał dymisji premiera Donalda Tuska oraz ministrów Władysława Kosiniaka-Kamysza i Marcina Kierwińskiego, którym dostało się także za chaos informacyjny i zbyt późne powiadomienie mieszkańcowi zagrożonych terenów o zbliżającym się niebezpieczeństwie.

Filipiki Mariusza Błaszczaka pokazują, że nie ma on bladego pojęcia o wojsku. To nie premier i minister obrony narodowej decydują o zestrzeliwaniu wrogich rakiet, ale dowódcy wojskowi na podstawie obowiązujących procedur. Gdyby Polska była w stanie wojny, wojsko automatycznie niszczyłoby każdy wykryty obiekt. Ale nie jest i musimy przestrzegać przepisów w czasie pokoju. Mówią one wyraźnie, że trzeba mieć stuprocentową pewność (wizualną) w identyfikacji obiektu, aby np. wykluczyć pomylenie go z maszyną cywilną. A w pobliżu strefy, gdzie leciał pocisk, odbywał się normalny ruch pasażerski. Takiej stuprocentowej pewności wojskowi nie mieli. Zdaniem specjalistów pocisk Ch-101 jest trudno wykrywalny, poruszał się z prędkością ok. 1 tys.km/godz. na bardzo niskiej wysokości.

Zgodnie z ustawą o ochronie granicy państwowej decyzję o zniszczeniu pocisku rakietowego podejmuje dowódca operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych (jest nim gen. Ireneusz Nowak) w formie rozkazu. „Rozkaz wydaje się adekwatnie do zagrożenia, w granicach określonych w wiążących Rzeczpospolitą Polską ratyfikowanych umowach międzynarodowych, po rozpatrzeniu całokształtu okoliczności konkretnego zdarzenia i wynikającego z niego realnego i poważnego zagrożenia dla życia osób postronnych, w tym możliwych ofiar ataku”, czytamy we wspomnianej ustawie.

Gen. Ireneusz Nowak na podjęcie decyzji miał kilkadziesiąt sekund i nawet gdyby było tak, jak twierdził Błaszczak, to nie zdążyłby skontaktować się z Tuskiem i Kosiniakiem-Kamyszem. To, że nie zestrzelono rosyjskiej rakiety, wcale nie oznacza, że wojsko było bierne. Pocisk monitorowano jeszcze na terytorium Ukrainy, poderwano polskie i sojusznicze myśliwce F-16. Jednak pilotom nie udało się zidentyfikować obiektu, bo zniknął im z radarów.

Minister dezinformacji

Mariusz Błaszczak, który przez sześć lat (2018-2023) był ministrem obrony narodowej, jest wyjątkowo bezczelny w krytyce rządu. Tę bezczelność uznaje zresztą za swój atut, mniemając, że ludzie mają krótką pamięć, a ciemny lud kupi jego niedorzeczne wywody.

W listopadzie 2022 r. w Przewodowie spadła ukraińska rakieta,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Internet a demokracja

Dawniej mówiono, że celem polityki jest praca na rzecz dobra wspólnego. Wydawało się to proste, dopóki nie zaczęto dociekać, co jest „dobrem wspólnym”, kto je definiuje, która droga do tego dobra wspólnego jest najlepsza, kto ją wybiera i na koniec realizuje.

W demokracji teoretycznie na te wszystkie pytania odpowiadają wyborcy, oddając głosy na tych, którzy ich zdaniem najlepiej to dobro wspólne definiują oraz najlepiej dobierają drogi i metody dochodzenia do tego dobra. Aby wygrać demokratyczne wybory, trzeba było mieć dobry program i umieć wyborców do tego programu przekonać. Uczciwie albo mniej uczciwie, posługując się czasem kłamstwem, czasem tylko demagogią i populizmem. Narzędziem tego przekonywania były media. Dawne wiece zastąpiły gazety, później pojawiło się radio, na koniec telewizja. Ta ostatnia przez kilkadziesiąt lat była najbardziej wpływowym medium.

To media, a ściślej politycy za pośrednictwem mediów komunikowali się z późniejszymi wyborcami. Pośrednikiem między politykiem a wyborcą był dziennikarz. Ważnym pośrednikiem. Tak ważnym, że media nazwano nawet czwartą władzą. To głównie od mediów zależało, które treści wypowiadane przez polityków trafiają do wyborców i z jakim dziennikarskim komentarzem. Stąd każda władza, podobnie jak każda opozycja, chciała mieć wpływ na media, a najlepiej mieć swoje media. W tych warunkach zrodziła się idea mediów publicznych, niezależnych od włądzy. Z realizacją tej idei w różnych państwach, w tym w Polsce, bywało różnie. Do tego doszły media, w tym telewizje komercyjne. Ich właściciele i redakcje miały swoje polityczne sympatie i antypatie oraz swoje interesy, które czasem kazały im podejmować jakieś gry lub wchodzić w układy z siłami politycznymi. Generalnie pluralizm mediów dobrze służył demokracji.

W ostatnich dekadach pojawiło się medium nowe, dotąd nieznane, które nie tylko przewróciło do góry nogami medialny porządek, ale pośrednio zachwiało całym systemem politycznym. Tym medium jest internet. Obraz świata, w tym polityki, także poglądy polityczne, kształtują

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.