Wejście do kin najnowszej megaprodukcji Christophera Nolana „Odyseja” niesie jakieś zaskakujące ożywienie komentarzy, odnowienie i kontynuację dawnych sporów. Monumentalne dzieło europejskiej kultury sfilmowane w XXI-wiecznej technologii IMAX staje się nowym impulsem kulturowej fascynacji, źródłem wielkich debat i rodzinnych rozmów. Każdemu dziełu można by życzyć podobnej recepcji.
Liczący kilka tysięcy lat epos starogrecki, powstały jako dzieło recytowane, najprawdopodobniej autorstwa kogoś nazywanego Homerem, który był i skromny, i niepiśmienny, jest – szczególnie w naszej dobie – zarówno dziełem znanym, jak i nieczytanym. Komentowany i tłumaczony na nowo przez setki lat utwór jest (w kontekście europejskim) jednym z filarów kultury – ale raczej jednak jej zabytkiem niż żywym pretekstem do rozmowy. Historia recepcji filmu Nolana pokazuje jednak, jak nowy język sztuki potrafi wskrzesić dzieło dzisiaj niemal nieodbieralne dla większości w swojej tradycyjnej formie (pismo, tekst) i dać mu nowe życie. Również dzięki powrotowi do jego lektury i lektury innych książek opisujących historię Odysa.
W Polsce ukazała się właśnie solidna i obszerna (ponad 500 stron) monografia prof. Marka Węcowskiego „Homer na nasze czasy”. Trudno sobie wyobrazić lepszy moment na pojawienie się takiego tytułu w księgarniach. Książka zasłużenie cieszy się sporym zainteresowaniem.
I oby tak dalej.
Wracając do wersji filmowej: wielość głosów, w tym krytycznych, pokazuje niekiedy zaskakujące oblicza dzisiejszego odbioru dzieła (zarówno filmu, jak i tekstu). Jedną z najszerzej dyskutowanych decyzji obsadowych było powierzenie roli Heleny czarnoskórej aktorce Lupicie Nyong’o czy roli Ateny – Zendayi, najmłodszej laureatce nagrody Emmy. Dla mnie ta dyskusja to oczywiście próba rasistowskiego zawłaszczenia starożytnej historii przez europejską wersję „białego człowieka”. Nolan tymczasem przywraca homerycki








