Tuczenie gęsi

Tuczenie gęsi

Źle, jak się nie docenia własnej przeszłości, ale źle też, jak się ją przecenia i za wiele o niej mówi. PiS chce tuczyć Polaków patriotyzmem, jak tuczy się gęsi. Czy od tego będziemy lepsi, kreatywniejsi, pracowitsi, bardziej dbający o estetykę? W Polsce z troską o piękno jest słabo, słabiutko, chociaż lepiej niż kiedyś. Wszystko, co piękne, jest z natury wrogie nacjonalizmowi i na odwrót. Nacjonalizm jest z natury brzydki, nie ma gustu. I brutalnie upraszcza. A historia to wielka plątanina, szczególnie polska historia. Pokazywanie tych wszystkich splotów jest niezwykle ważne, pobudza do myślenia. Nacjonalizm myślenie usypia. I wtedy budzą się upiory. To ukazywanie komplikacji prawica nazywa relatywizmem. Ale to dzięki temu nie wydajemy łatwych i niesprawiedliwych wyroków. Świetnie to widać na przykładzie „żołnierzy wyklętych”. Wychodzi na to, że wszyscy, którzy z bronią w ręku nie pogodzili się po 1945 r. ze zmianą ustroju, byli święci. A przecież jakiś ich procent to byli od początku zwykli bandyci, inni z czasem dziczeli. Nie oddziela się ziarna od plew, wszystko to mają być ziarna, a z nich narodowy chleb. Zaskakujące, ile bolszewizmu jest w PiS. Ciekawie o tym mówi Jadwiga Staniszkis: „Niedawno skończyłam większy tekst – analizę paradygmatu rosyjskości i bolszewizmu. I nagle ta optyka, w której tkwiłam podczas pracy, pozwoliła mi dojrzeć w polityce PiS-u elementy, które ten bolszewizm przypominają. To znaczy po pierwsze: wspomniany »moment woli«, czyli siła jednostki, która rządzi. Po drugie: odrzucanie empiryczności w ocenie skutków danych działań. Cały czas to przyszłość jest w rządowym przekazie tym, co uzasadnia teraźniejszość. Po trzecie wreszcie, uderzający brak zaufania do instytucji, do niezależności, do wolności jako takiej. Gdy dostrzegłam to wszystko, zaczęłam krytykować”.

Celne słowa Bronisława Komorowskiego o Macierewiczu: „Jeżeli będzie chciał udowodnić zamach w Smoleńsku, to będzie musiał o jednej rzeczy pamiętać. Jeżeli nie udowodni, to będzie musiał przeprosić całą Polskę za kłamstwo smoleńskie, za psucie głów i serc polskich banialukami o zamachu na naczelne władze państwa polskiego, i to jeszcze z udziałem polityków polskich. A jeżeli udowodni, to musi rozstrzelać, to musi wsadzić do więzienia wszystkich odpowiedzialnych”.

Ale Macierewicz woli insynuacje. Obwieszcza, że ma niezbite dowody, że katastrofa to był zamach. Ale nie ujawnia tych dowodów. A Polacy mają budować swoją podejrzliwość i spiskowe myślenie. To ma być jak otwarta i ciągle jątrząca się rana. Tu nie chodzi o prawdę, ale o sianie zamętu w głowach.

W Stanach sukcesy Trumpa powołały do życia „alternatywną prawicę” (alt-right). Kiedy czytam o niej, odnajduję wiele podobieństw do PiS. To się dzieje nie tylko w Stanach, także w Europie Zachodniej. Czy mamy się tym pocieszać? Jeśli jest wiele nacjonalistycznych organizmów, prędzej czy później dochodzi do wojny. W książce Terry’ego Eagletona „Po co nam kultura?”, którą chciałem oddać do biblioteki, znajduję swoje podkreślenie sprzed lat. To przejmująco przenikliwa zapowiedź naszego współczesnego dramatu i triumfu narodowej prawicy, która powstała, gdy problem był jeszcze w powijakach. „Choć kultura leżała u podwalin państwa narodowego, obecnie stanowi dla niego śmiertelne zagrożenie. Jedność narodowa utrwalona dzięki kulturze ulega erozji (…). Globalizacja kultury powoduje, że niełatwo uchronić romantyczno-nacjonalistyczny mit tożsamości, który dawniej świetnie służył licznym państwom narodowym, przed upadkiem w zderzeniu ze wzrastającą w siłę wielokulturowością. (…) Ponadnarodowy kapitalizm jest przyczyną izolacji i lęków, zrywa tradycyjne więzi międzyludzkie i wprowadza tożsamość jednostek w stan chronicznego kryzysu, wywołując jednocześnie reakcję obronną. (…) Rozwój hybrydyczności wzmaga bunt przeciwko herezji. Każda chmurka paryskich perfum wypuszczona w Tokio rodzi młodego neonazistowskiego zbira (…)”. Dużo ostatnio cytuję, gdyż w wielu źródłach należy szukać przyczyn tego, co się teraz dzieje u nas i w świecie.

Do kina Stacja Falenica na film włoski „Fuocoammare. Ogień na morzu” (Złoty Niedźwiedź w Berlinie). Opowieść o wyspie Lampedusa i uchodźcach. Niezwykłe jest to kino-kawiarnia przy czynnym peronie, w dawnej stacji. Tylko kilkanaście stolików, kelnerki przyjmują zamówienia. Niepowtarzalny klimat. Ale dziewczyny mówią, że aby odbył się seans, muszą być choćby dwie osoby. A ja uparcie jestem sam, chociaż to sobota. I nikt nie przychodzi. – No dobrze – decydują – będzie seans tylko dla pana. To czasami jest nieszczęściem, ale bywa też zaletą Polski, ów pewien luz w traktowaniu przepisów. Film poruszający. Czy ta frekwencja nie mówi o tym, że uchodźcy to nie jest polski problem? I że nic nas to nie obchodzi? Film budzi sumienia, my nie chcemy ich budzić. Ciekawe, że u naszych faszystów, którzy rosną w siłę, w miejsce Żyda próbuje wejść uchodźca, wyznawca islamu. Chociaż Żyd nadal trzyma się mocno i nie chce odejść. Obcy i wróg jest im niezbędny w myśleniu o świecie.

Wydanie: 37/2016

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy