Przypis do Żylińskiej

WIECZORY Z PATARAFKĄ

Jadwiga Żylińska jest znaną czarownicą. To pewnie u niej rodzinne, bo jej siostra, sławna kiedyś „Baba Joga”, była nią chyba także. Żylińska jest sławna i dzisiaj – to jedna z największych w Polsce autorek historyczno-magicznych, właściwie prekursorka ważnego nurtu New Age. A że przy tym pisarka znakomita i nie lękająca się spraw poważnych, jej pozycja wydaje się i na przyszłość zapewniona. Cóż, kiedy polski czy nawet światowy czytelnik lekceważy powieści, poza najgłupszymi. Na to już rady nie ma.
Ukazało się teraz wznowienie, już piąte, jej zbioru opowiadań „Kapłanki, amazonki, czarownice”. Wznowił go znany złodziej i kutwa (wszyscy wydawcy są tacy), nasz kochany Kazio Kochański, ten, co to wydał mi „Goja”, Kabatcowi „Ojca Pio”, a Hassowi masonów. Czyli człowiek, który coś tam jednak – mimo że redaktor i wydawca – kuma. Ciekawe, czy mu się Żylińska sprzeda, bo teraz to niełatwa sprawa. Bardzo bym sobie tego życzył, gdyż jestem jej zapalonym wielbicielem, a poza tym naprawdę warto.
Tytuł mówi o trzech obliczach kobiety, można by to przeformułować na kochankę, matkę i wiedźmę albo zwyczajnie „mądrą”. Zabawne, że nie ma żeńskiego odpowiednika słowa „mędrzec” i to wiele mówi, nie tyle o kobietach, co o naszej cywilizacji w ogóle. Żylińska jest głęboko przekonana o prymacie kobiet i swoich bohaterów-mężczyzn traktuje odrobinę pobłażliwie. A tymczasem naprawdę do końca nie wiadomo, czy ów pierwotny matriarchat w ogóle istniał. Jeśli rzeczywiście tak, to dlaczego kobiety pozwoliły sobie odebrać władzę? Być może dlatego, że im się po prostu nie opłacała. Ale dlaczego dzisiaj znowu zaczęła się opłacać? Ja osobiście mam wątpliwości, czy taki matriarchat istniał. To, że najwyższą boginią była Wielka Matka, o niczym nie świadczy, bo na przykład Polacy wielbią Matkę Boską, a nawet z równouprawnieniem kobiet jakoś się nie spieszą.
Kwestia, która z płci jest lepsza i mądrzejsza, jest chyba absurdalna. Jak to właściwie sprawdzić, jakie kryteria można by zastosować? Zdrowie, siłę, intelekt, artyzm? Biologicznie rzecz biorąc, wygrałyby kobiety – przecież urodziły całą ludzkość, żyją dłużej, a w roli kochanek są lepsze od mężczyzny. Rozumiem, że zawody sportowe muszą być rozdzielne dla obu płci, ale czy nie dałoby się znieść takiego podziału na przykład w bridżu? Albo w szachach? Przecież w sztukach i naukach kobiety sprawdzają się wcale nie gorzej niż mężczyźni, choć jest ich chyba procentowo mniej. A już po prostu zabawne, że w krajach islamu kobiety odniosły sukcesy polityczne. Natomiast na chrześcijańskim Zachodzie kobiet-polityków nie było za wiele. No, oczywiście, Maria Teresa, Katarzyna II, Elżbieta I. Ale ani Francja, ani Polska (jeśli nie liczyć Anny Jagiellonki) nigdy nie miały królowej.
Feministki literackie spod znaku fantasy wymyśliły tezę, że nie można być równocześnie czarownikiem czy czarownicą i uprawiać seks. Żylińska była od nich pod tym względem mądrzejsza i takich zakazów bynajmniej nie stawia. Oczywiście, jest taka teza, że aby uprawiać nauki tajemne albo sprawować kulty, trzeba czegoś się wyrzec. Ale dlaczego właśnie seksu? Dlaczego człowiek permanentnie niespełniony miałby mieć jakąś metafizyczną przewagę? Z kolei są i poglądy wręcz przeciwne, dopatrujące się w seksie najpewniejszej drogi eschatologicznej. To zresztą prawda, że orgazm jest czymś fizjologicznie wyjątkowym, ale czy środki wprawiające w euforię nie mogą z nim konkurować? Czy nie można sobie wyobrazić systemu religijnego, w którym seks nie byłby ani grzechem, ani zasługą? To znaczy ani dobrem, ani złem szczególnym? Oczywiście, ze wszystkiego można uczynić narzędzie krzywdy i wtedy to nie jest obojętne, ale tylko ze względu na okoliczności.
A Żylińską, tak czy owak, przeczytać warto. Chociaż wobec mężczyzn to wyjątkowa jędza.

Wydanie: 27/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy