(K)raj dla wybranych, czyli demokracja dla bogatych

(K)raj dla wybranych, czyli demokracja dla bogatych

Z powodu Euro rok akademicki został skrócony we Wrocławiu do końca maja. Niedługo z powodu braku środków na naukę i badania trzeba będzie w całej Polsce nie tylko skrócić rok akademicki do kilku miesięcy, lecz także być może zlikwidować przy okazji kilka uniwersytetów. Przygotowywana przez wiele lat i obowiązująca od października zeszłego roku tzw. reforma min. Kudryckiej miała według rządowych głosów uzdrowić polską naukę. W rzeczywistości wprowadziła jedynie sporo zamieszania i dodatkowe obowiązki administracyjne dla pracowników naukowych. W tej chwili trwają już prace nad reformą reformy. Czyli wyszło jak zwykle. Obecna sytuacja na uczelniach jest jednak dramatyczna, jak nigdy po 1989 r. Główne źródło finansowej kroplówki dla pracowników szkół wyższych – studenci zaoczni – powoli wysycha. Pozostaną gołe, głodowe pensje i samozadowolenie rządu PO.
Determinacja uczelni w poszukiwaniu studentów powoduje, że poziom nauki zaczyna powoli przypominać szkółki dla trudnej młodzieży – przyjmuje się każdego, kto zapłaci za coraz mniej wart dyplom magistra.
Kiedy państwo wydaje więcej na zbrojenia, inwigilację obywateli i utrzymanie aparatu represji niż na edukację, przestaje być demokratyczną wspólnotą i staje się państwem policyjnym.
W ten sposób – choć ministerialne statystyki osób z wyższym wykształceniem rosną – Polska zamienia się w kraj z coraz większą liczbą wtórnych analfabetów, którym problemy sprawia czytanie ze zrozumieniem. Sztuka czytania powoli odchodzi do przeszłości – praca do 67. roku życia nie wymaga przecież myślenia. Wręcz przeciwnie. Im niższy kapitał kulturowy i społeczny obywateli, tym spokojniejsza może być władza. Świadomi obywatele to problem. Wygodniejsze są bezmyślne automaty. Te z wyższym wykształceniem również.
Nie tylko nauka upada. Zdrowie obywateli także jest coraz bardziej zagrożone. I niestety nie tylko zdrowie psychiczne, narażone przez ciągłe stresy i genialne pomysły elit władzy, ale również to fizyczne. Jak można było usłyszeć ostatnio, kiepska kondycja służby zdrowia znowu się pogorszyła – Polska jest na 27. miejscu wśród 34 europejskich systemów zdrowotnych ujętych w corocznym rankingu Europejskiego Konsumenckiego Indeksu Zdrowia (EHCI). Najgorzej wypadamy pod względem dostępu pacjentów do leków oraz czasu oczekiwania na wizytę u lekarza czy na zabiegi.
Zdrowie staje się w Polsce towarem coraz bardziej luksusowym, dostępnym tylko dla wybranych, tych z grubym portfelem, których stać na prywatną opiekę zdrowotną. Na co idą w takim razie podatki obywateli? Jeżeli państwo nie jest w stanie zapewnić publicznych usług na przyzwoitym poziomie, powinno zwolnić obywateli z płacenia podatków na usługi, których i tak nie gwarantuje. Wprowadzenie kas fiskalnych do prywatnych gabinetów lekarskich nie prowadzi do zwiększenia środków na leczenie, ponieważ i tak ta prywatna część opieki lekarskiej wciąż jest zanurzona w szarej strefie i zazwyczaj nie wydaje rachunków. Pacjenci nie upominają się o dowody zapłaty, bo i tak nie mogą odliczyć sobie tych wydatków od podatku.
Autostrady budowane z pieniędzy podatników powoli stają się płatne. Raz zapłacony państwu haracz nie zwalnia z opłat – w Polsce trzeba patriotycznie płacić kilka razy za to samo, aby zapchać dziurę budżetową. Oznacza to, że nowe fragmenty nielicznych autostrad będą puste i nieużywane. Jazda po nich będzie droższa niż w Austrii, Czechach czy bogatej i drogiej Szwajcarii. O darmowych drogach w Niemczech, Holandii albo Danii nie warto wspominać. Kto będzie mógł, będzie omijał polskie drogi dla bogatych.
Jak tak dalej pójdzie, będziemy płacić za wstęp do parków miejskich, oddychanie powietrzem i chodzenie po lesie. Platforma Obywatelska buduje autostrady dla wybranych, pozwala leczyć się tylko wybranym i konsekwentnie tworzy zręby demokracji oligarchicznej, gdzie większość nie zabiera głosu, bo i tak nikt jej nie słucha.
Dogmatyczna wiara w rynek nie powinna być usprawiedliwieniem budowy rynkowego społeczeństwa, w którym wszystko staje się towarem na sprzedaż, a związki między ludźmi są sprowadzane do relacji handlowych. Obrona sfery publicznej i prawa do wspólnych przestrzeni społecznych to dziś główny wyznacznik lewicowości. Sprawna gospodarka nie musi się opierać na dogmatach prywatyzacji za wszelką cenę, podobnie jak dobry szpital nie musi być prywatną placówką działającą jak hipermarket. Społeczeństwo to coś więcej niż chaotyczny zbiór prywatnych interesów jednostek. Liczy się w nim dobro wspólne. W działaniach PO widać już tylko interesy pracodawców, biznesu i klasowego państwa broniącego bogatej mniejszości.

Wydanie: 23/2012

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy