Czy boimy się strachu

Agnieszka Kublik, dziennikarka „Gazety Wyborczej”, pisze (21.03.br.), że niejaki pan Targalski, który jest obecnie wiceprezesem Polskiego Radia, powiedział jej, że nie będzie z nią rozmawiał, dopóki dziennikarka nie przedstawi mu zaświadczenia lustracyjnego. Dopytywany w tej sprawie wyjaśnił, że nie chodzi mu o nią osobiście, a także o „Gazetę Wyborczą”, lecz o dziennikarzy w ogóle.
Nie ma powodu, aby nie wierzyć tej relacji, chociaż w normalnym świecie byłaby ona nieprawdopodobna. Ale nie żyjemy w normalnym świecie. Tydzień temu rządząca partia, PiS, odbyła swoją konwencję partyjną, na której starała się udawać, że jest poważną, odpowiedzialną formacją polityczną, zajętą gospodarką i rozwiązywaniem problemów społecznych, i retoryka ta mogła przez moment robić pewne wrażenie, może zresztą przez swoje podobieństwo do zjazdów partyjnych PZPR, która bądź co bądź ze zmiennym powodzeniem rządziła Polską przez ponad 40 lat.
Przybranie tego tonu świadczy o tym, że liderzy PiS, którym nie można odmówić przebiegłości, czują, że hasła rewolucji moralnej i wszelkiej innej, zapowiedzi ostatecznego porachunku z przeciwnikami i niepozostawienia kamienia na kamieniu po III RP zużyły się i nie odnoszą pożądanego skutku. Ludzie mają ich po prostu dosyć. PiS chce więc złapać „drugi oddech”.
Ale co innego chcieć zmienić swój wygląd, a co innego móc to zrobić.
W czasie kiedy Jarosław Kaczyński zapewniał zebranych, że rządy prawicy doprowadziły do spokoju społecznego, 12 tys. nauczycieli manifestowało na ulicy przeciwko rządom Giertycha w szkolnictwie i nieprzytomnym atakom na Związek Nauczycielstwa Polskiego, przedwojenną jeszcze, zasłużoną organizację pracowników oświaty. Premier zapowiadał rychłe przedstawienie nowych rozwiązań, mających stworzyć raj dla przedsiębiorców i rzeczywiście rząd przedstawił nazajutrz kilka takich rozwiązań, tyle że już uchwalonych przez Sejm za czasów rządów SLD. PiS zapowiedziało też przez usta wicepremiera Ludwika Dorna nadejście ogólnej życzliwości nawet wobec tych, którzy są dzisiaj wrogami PiS, ale w tym samym czasie minister Ziobro wezwał prezesa Trybunału Konstytucyjnego, aby podał się do dymisji, ponieważ Trybunał uznał za niekonstytucyjną ustawę, która miała usunąć z Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz. Zapowiedział też, wespół z premierem, „rekonstrukcję” Trybunału Konstytucyjnego, a więc w praktyce likwidację konstytucyjnego państwa prawa.
PiS ma sukcesy. W bardzo krótkim czasie zdobyło w Polsce pełnię władzy, taką, jakiej nie miała żadna poprzednia formacja rządząca. Ma w ręku rząd, prezydenturę, Narodowy Bank Polski, wojsko i służby specjalne, do których dodał własne zaufane agendy śledcze w postaci Centralnego Biura Antykorupcyjnego i IPN, czyli orwellowskiego ministerstwa prawdy, obsadziło spółki skarbu państwa, zawłaszczyło media publiczne, radio i telewizję, umieszczając tam różnych Targalskich, zawarło też dziwaczny sojusz z koncernem Axela Springera, zyskując poparcie jego prasy, „Dziennika”, „Newsweeka” i brukowego „Faktu”, który wręcz patronuje jego działaniom, użyczając gościny na pokazowe spotkanie PiS z Platformą Obywatelską. Takie spotkanie polityków pod dachem reakcyjnego brukowca też zresztą nie mogłoby się zdarzyć w normalnym świecie, ale nie żyjemy w normalnym świecie.
Otóż te sukcesy PiS, którym nie można zaprzeczyć, zostały osiągnięte nie dzięki jakości kadr, jakimi dysponuje ta formacja, wysyłająca na kluczowe stanowiska, także gospodarcze, bankowe, medialne albo wojskowe czy wywiadowcze ludzi niedouczonych, trzeciorzędnych, często z wyraźną trudnością posługujących się mową ojczystą. Nie są one także wynikiem atrakcyjności i rozległości perspektyw rozwojowych, jakie ukazała społeczeństwu ta formacja, co samo PiS czuje i stara się bezskutecznie nadrobić retoryką swojej konwencji.
Są one natomiast wynikiem brutalności przeprowadzonego ataku, na jaką nie odważył się żaden poprzedni rząd, a także podbechtania w społeczeństwie najniższych, najbardziej prymitywnych odruchów, jakimi są zemsta, chorobliwa frustracja, zawiść, fanatyzm, satysfakcja z poniżenia tych, którzy są lepsi i zdolniejsi.
W wielkim sporze o naturę człowieka zwolennicy poglądu, że „człowiek to brzmi dumnie”, wyglądają raczej mizernie w obliczu wojen, wyzysku, grabieży, bezwzględnej rywalizacji o pieniądze, posady, wpływy, panowanie nad innymi. Słyszy się niekiedy, że PiS, kierowane przez „inteligentów z Żoliborza”, za jakich uważają się bracia Kaczyńscy, wstydzi się swoich „przystawek”, dzięki którym rządzi, a więc LPR i Samoobrony. Jest to jednak nieprawda, naprawdę czerpie z nich siłę. Kto bowiem ożywiałby najciemniejszy ciemnogród, gdyby nie było LPR, kto dawałby zdrowy zastrzyk chamstwa, gdyby nie było Samoobrony? A bez tych ingrediencji błyskawiczna ofensywa PiS nie zdobyłaby poparcia, nie można by było pędzić „wykształciuchów”, uprawiać nacjonalistycznej bufonady, zastraszać opornych, wysyłając policję do ich mieszkań i przykładając im lufę do głowy, jak zrobiono to z Włodzimierzem Czarzastym, prezesem Ordynackiej.
Nie wykluczam, że PiS, a przynajmniej część PiS chciałaby przemalować się na nieco inną partię, zdolną do dialogu ze współczesnym światem i jego problemami, o czym wzmiankowano na niedawnej konwencji. Ale jest to niemożliwe, ponieważ wraz z tym zwrotem musiałyby odpaść silniki, napędzające impet tej partii. Lekki zaledwie gest prezydentowej, która 8 marca zechciała rozmawiać z kobietami, wśród których nie wszystkie zostały zlustrowane, wywołał oburzenie ks. Rydzyka, tego samego przecież, którego wiernym moherowym beretom jeszcze niedawno Kaczyńscy dziękowali za swoje zwycięstwo wyborcze. PiS nie może stracić tego elektoratu, ale równocześnie nie może z nim razem stać się cywilizowaną partią konserwatywną.
Jedynym logicznym wyjściem z tego klinczu jest rządzenie strachem.
Właśnie przechodzimy test na skuteczność strachu jako sposobu rządzenia społeczeństwem, którego znaczna część odnosi się z niesmakiem do rządzących. Tym testem jest lustracja nie tylko środowisk dziennikarskich, lecz przede wszystkim naukowych. Wyniki tego testu są jak dotąd niejasne. Mamy uczelnie i rektorów, którzy deklarują, że zgodnie z ustawą zwolnią pracowników nauki, którzy lustracji się nie poddadzą, mamy też takich, którzy gotowi są zapłacić stanowiskami za niezależność swego myślenia. Podobnie zresztą jak mamy wydawców i redaktorów, którzy wyrzucą niezlustrowanych dziennikarzy, i takich, którzy wyrzucą przez okno dającą im to prawo ustawę.
Jest to rozgrywka pasjonująca, o niezwykłej doniosłości, której wyniku wcale nie jestem taki pewien. Chodzi w niej o to, jacy jesteśmy naprawdę i czy demokracja i prawa człowieka naprawdę coś dla nas znaczą. Do tej pory gadało się o nich bezkarnie, teraz przyjdzie to wykazać.
Pan Targalski, oczywiście, już się zdecydował. I przypilnuje innych.

Wydanie: 13/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy