Niepodległość nic nieznacząca

Niepodległość nic nieznacząca

Niepodległość jako hasło, idea i cel polityczny wydaje mi się obecnie w ogromnej mierze pozbawiona znaczenia, jest historycznym fenomenem, pomysłem z XIX w. na organizację życia dużych społeczności (tzw. narodów, cokolwiek to słowo dziś znaczy). Dzisiaj jest do niczego nieprzydatnym archaizmem, wartością konserwującą nieistniejące albo marginalne problemy, jest zamrażarką pomysłów na uratowanie lub lepsze urządzenie świata. Mamy wiek XXI. Moja niechęć do niepodległości na sztandarach („Ale wszyscy się zgadzamy, że odzyskanie niepodległości jest ważne, ważniejsze, najważniejsze…” – no, nie wszyscy) nie wynika wyłącznie z reakcji na polską, odstręczającą obrzędowość polityczną, idącą w coraz bardziej prawicowo-faszyzujące strony. Cała ta operacja na pamięci historycznej, w której na „ojca” niepodległości Polski wypchnięto jedną z najbardziej koszmarnych figur polskiej polityki, Romana Dmowskiego, równocześnie nie oddając minimum sprawiedliwości tej części polskiej lewicy (głównie PPS), która własnym życiem, krwią i wolnością o niepodległość walczyła, gdy Dmowski takim zaangażowaniem gardził i w tym samym czasie chciał zostać posłem rosyjskiej Dumy – to jedno z największych kuriozów i przekłamań historii najnowszej.

Ale sprawa konieczności zdetronizowania niepodległości w tzw. świadomości zbiorowej ma dużo głębsze i poważniejsze przyczyny niż harce endekoidalne polskiej klasy politycznej i historyków. Niepodległość jako cecha konstytutywna, oczekiwana, wymarzona przyszłego państwa polskiego była tylko jedną z odpowiedzi politycznych na krytyczne diagnozy świata XIX-wiecznego. Inną była choćby rewolucja społeczna, socjalistyczna czy komunistyczna. Jest wam źle, bo rządzą wami inni: Niemcy, Rosjanie, carowie, cesarze, królowie. Ale jak już Polacy będą rządzić Polakami – to będzie raj albo choć dobrze. I tak się nie stało. Niepodległość jako konsekwencja zwycięskiej idei państwa narodowego, zrodzona w wieku XIX, nie zdała próby wieku XX. Za wielką, potworną wojnę światową (1914-1945) odpowiadał właśnie koncept państw narodowych, ich partykularyzmów tworzonych wedle niejasnych kryteriów przynależności do wspólnoty. Wizja państwa narodowego obrodziła szowinizmami, rasizmami, w końcu last but not least Zagładą europejskich Żydów. Wielkie systemowe zmiany w życiu ludzi mieszkających i żyjących na terenach Polski przychodziły z zewnątrz, albo w prostej relacji od zaborców (zniesienie pańszczyzny), albo od strony krajów lepiej rozwiniętych (uprzemysłowienie). O kanalizacji nawet nie mówmy. Wiek XX krok po kroku rozprawiał się z mitem samowystarczalności i dobrych warunków rozwoju gwarantowanych przez niepodległość. Po roku 1918, a szczególnie po 1945, świat mimo obecności imperialnych dyrygentów przypominał coraz bardziej sieć naczyń połączonych, o nieogarnialnej wielości połączeń gospodarczych, ekonomicznych, kulturowych. Wszystko to zostało zbudowane na fundamencie uchwalonej w 1948 r. Powszechnej deklaracji praw człowieka jako podstawy działania Organizacji Narodów Zjednoczonych. Rzecz jasna, hierarchie państw nie zniknęły, ale świat, próbując się otrząsnąć albo nawet czegoś nauczyć z lekcji morderczego wieku XX, zwrócił się w stronę praw uniwersalnych, powszechnych i interesu całej ludzkości, a nie jej pojedynczych aktorów. Ostatni akt ważności idei niepodległości wybrzmiał jeszcze raz z mocą, kiedy w latach 60. ubiegłego wieku Afryka i Azja zrywały pęta dawnego kolonializmu, przygotowując grunt pod ten aktualny – zglobalizowany, anonimowy, dziś już cyfrowy. Państwo narodowe i jego niepodległość nie są remedium na żadne z kluczowych wyzwań XXI w. Fetysz niepodległości maskuje jedynie prawdziwy rozkład sił, przemocy, wyzysku i globalnego kapitału.

Realną polityczną potęgę stanowią dziś wspólnoty państw, powiązane głównie interesem ekonomicznym, bezpieczeństwem i w jakiejś mierze kulturą, która stanowi bardzo szeroką platformę identyfikacji. Żadne państwo nie jest w stanie samo rozwiązać najpoważniejszych problemów własnych i współczesności. Nawet jeśli jest wyspą, to nie jest samotną wyspą.

W kwestii katastrofy klimatycznej, kryzysu energetycznego, finansowego, żywnościowego, problemu końca pracy – żadna i niczyja „niepodległość” nie może podać recepty na ratunek, może co najwyżej być słabszym hamulcem zmian.

W świecie cyfrowego, globalnego kapitalizmu i inwigilacji jak nigdy dotąd ludzkość jest realną wspólnotą interesów i obrony przed zagrożeniami. A sieci podległości i zależności, które nas krępują, nie mają jednego języka, jednej narodowości, jednej waluty, jednej nazwy.

Myśląc o przyszłości świata jako takiego oraz nas, ludzi, musimy jak najszybciej odłożyć ten polityczny pomysł do muzeum, tylko tam jest jego uzasadnione, choć dyskutowalne miejsce.

Niepodległość, która i tak jest iluzją, nawet jeśli wydaje się nam, że istnieje, jest przygodą nierokującą, jest nieadekwatną odpowiedzią na podstawowe pytania, jakie stoją przed nami – ludźmi.

Wydanie: 47/2022

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy