Tag "polityka historyczna"
Demokratyczna Polska wyrosła na fundamentach PRL
Lewica nie powinna się wstydzić ani Polski Ludowej, ani III RP
Czy 1 maja to data jeszcze cokolwiek znacząca w naszym życiu społecznym? Dla przeciętnego Polaka to jedynie początek majówki, czyli wiosennego długiego weekendu, podczas którego można grillować i bez ograniczeń spożywać alkohol. Znaczenie tego dnia jako Święta Pracy skończyło się wraz z końcem Polski Ludowej i nastaniem kapitalizmu, czyli systemu, w którym praca najemna zawsze stoi niżej od kapitału, biznesu i przedsiębiorczości.
W trudnym położeniu
Historycznie rzecz biorąc, o pierwszomajowe święto powinna się upominać lewica. Tyle że lewicy dziś w Polsce nie ma. Jest za to „lewactwo”, bo taki epitet narzuciła dominująca w polityce i mediach (zwłaszcza internetowych) prawica, określając nim wszystkie siły i środowiska, które nie podzielają wyrażanej coraz bardziej radykalnie prawicowej wizji świata. „Lewakiem” jest zatem i Czarzasty, i Tusk, i Trzaskowski, a nawet Kosiniak-Kamysz i Hołownia. Trudno znaleźć kogoś na lewo od PiS, wobec kogo jeszcze takiego wyzwiska nie rzucano.
W ślad za prawicową propagandą o „lewackich ideologiach” mówi coraz większa liczba Polaków, wkładając do jednego worka wszystko, co nie jest skrajnym nacjonalizmem, antykomunizmem i klerykalizmem. Nic zatem dziwnego, że „lewacka” jest także Unia Europejska, choć dominują w niej partie chadeckie i liberalne – podobnie zresztą jak w naszym parlamencie.
W czwartej dekadzie istnienia III RP lewica znajduje się więc w trudnym położeniu. Można wręcz zapytać, czy w ogóle jest Polakom potrzebna. Co prawda, w obecnym rządzie zasiada troje ministrów i kilkanaścioro wiceministrów reprezentujących Nową Lewicę, a jej lider od kilku miesięcy pełni funkcję marszałka Sejmu, lecz to wyłącznie wynik arytmetyki sejmowej i sprytu politycznego Włodzimierza Czarzastego, którego lojalność wobec Donalda Tuska zapewnia lewicowej elicie bezpieczne korzystanie z owoców władzy. Ale tak będzie przecież tylko do najbliższych wyborów parlamentarnych, które – wszystko na to wskazuje – wyłonią najbardziej prawicowy parlament w dziejach Polski, w dodatku pod patronatem najbardziej prawicowego z prezydentów, Karola Nawrockiego. Oczywiście można się łudzić, że będzie inaczej, ale niby dlaczego miałoby tak się stać, skoro obecna koalicja rządowa cieszy się coraz mniejszą akceptacją społeczną, premier zaś należy do polityków z rekordowo niskim zaufaniem.
Bardzo prawdopodobne jest zatem, że udział Czarzastego i jego partii we władzy okaże się tylko czteroletnim epizodem w dziejach polskiej lewicy. A przecież są to dzieje bardzo długie, sięgające początkami XIX w. Czołowi historycy polskiego ruchu socjalistycznego, Adam i Lidia Ciołkoszowie,
Krakowska krwawa wiosna
Po 1989 r. pamięć o ciemnych kartach II RP została wyciszona
Jedną z ciemnych kart historii II Rzeczypospolitej były wydarzenia, do których doszło w marcu 1936 r. w Krakowie, a miesiąc później we Lwowie. Krwawe tłumienie strajków w międzywojennej Polsce nie należało do rzadkości, jednak krakowska krwawa wiosna, a następnie krwawy czwartek lwowski wyróżniały się brutalnością działań policji na tle podobnych wydarzeń. Brutalność ta wynikała z polityki gabinetu płk. Mariana Zyndrama-Kościałkowskiego, który objął tekę premiera 13 października 1935 r. Kościałkowski był wcześniej (od czerwca 1934 r.) ministrem spraw wewnętrznych, współodpowiedzialnym za utworzenie obozu odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Należał w tzw. grupie pułkowników, czyli w ścisłym kręgu władzy obozu sanacyjnego, do zwolenników rządów twardej ręki.
Rząd Kościałkowskiego borykał się ze skutkami światowego kryzysu gospodarczego (1929-1933), który w Polsce trwał o kilka lat dłużej. Odpowiedzialny za politykę gospodarczą w tym gabinecie Eugeniusz Kwiatkowski podniósł podatki, wprowadził duże oszczędności budżetowe i utrzymywał kurs złotego na stałym poziomie. Taka polityka skutkowała zmniejszeniem deficytu budżetowego kosztem osłabienia tempa produkcji i spadku obrotów handlowych. Prowadziło to do pogłębienia pauperyzacji świata pracy, trwającej przez lata kryzysu gospodarczego.
„Nieustannym moim wysiłkiem – zadeklarował Kościałkowski u progu swoich rządów – będzie budować stosunek zaufania i bliskości rządzonych do rządzących (…). Wszystko, co temu stanie na przeszkodzie, i wszystko to, co jako przeszkoda wypływać może z niewłaściwego stosunku administracji do ludności (…), będzie bezwzględnie tępione”.
Niestety, słowa te całkowicie rozminęły się z rzeczywistością. Nie zlikwidowano obozu w Berezie Kartuskiej, nie złagodzono stosowania cenzury wobec prasy opozycyjnej, nie podjęto dialogu społecznego ze związkami zawodowymi, a na wybuchające strajki odpowiedziano brutalną siłą.
Pierwsze strajki
Bezpośrednią przyczyną strajków, które od początku 1936 r. wybuchały w różnych częściach Polski, było wprowadzenie podatku dochodowego. Jako pierwsi do akcji strajkowej przystąpili pracownicy państwowego monopolu spirytusowego i tytoniowego. Od 22 stycznia 1936 r. pracownicy tego sektora codziennie przerywali pracę na godzinę,
Zakłamana legenda prawicy
Sergiusz Piasecki – poprzednik Batyra
Jednym z patronów 2026 r. jest pisarz Sergiusz Piasecki (1899-1964). Stało się tak na mocy uchwały sejmowej z 26 września 2025 r. Uchwały przyjętej niemal jednogłośnie przez wszystkie kluby i koła poselskie (wstrzymało się zaledwie trzech posłów z PO i PiS, nikt nie był przeciw), choć jej tekst – autorstwa Joanny Lichockiej z PiS – przepojony jest napuszoną antykomunistyczną retoryką rodem z prawicowych mediów. Według Sejmu RP Piasecki to „jeden z najwybitniejszych twórców polskiej literatury XX w.”, ponieważ „we wszystkich jego powieściach jest zapis miłości do Polski, przedstawiał polską tożsamość zbudowaną wokół umiłowania wolności, wiary w Boga, honoru i solidarności. Typ niepokornego awanturnika, ale spadkobiercy cnót rycerskich Rzeczypospolitej – tacy są jego bohaterowie, taki był on sam”.
Lewica popiera
Pisowską uchwałę poparli także przedstawiciele lewicy, najwyraźniej nieznający całej prawdy o twórczości honorowanego pisarza. W debacie sejmowej Paulina Matysiak (jeszcze wtedy z partii Razem) oświadczyła, że „w twórczości Piaseckiego odnajdujemy bezkompromisowy patriotyzm, umiłowanie wolności i ostrą krytykę wszelkich form totalitaryzmu. Był człowiekiem, który całym sobą sprzeciwiał się imperializmowi rosyjskiemu, przestrzegał przed zniewoleniem i przed konformizmem. Jego książki, zakazane w PRL-u, krążyły w drugim obiegu i kształtowały wyobraźnię pokoleń, które nie godziły się na życie w kłamstwie”.
Natomiast Daria Gosek-Popiołek z Klubu Parlamentarnego Lewicy zauważyła, że „dzisiaj Piasecki jest postacią ważną, zwłaszcza dla środowisk konserwatywnych i prawicowych, ale myślę, że jest to trochę niesłuszne, bo pisarzem był znakomitym i zasługuje na szerszą publiczność”.
Odpowiedź przyszła szybko. Joanna Lichocka zaprotestowała „przeciwko próbie zaszufladkowania tego wybitnego twórcy po jakiejś stronie politycznej. Jeśli już szeregować, pani poseł, to po stronie przeciwników kolaboracji z Moskwą. Jeśli już mamy szeregować, to po stronie tych, którzy podnosili kwestię suwerenności i niepodległości Polski od razu, natychmiast, nie przez jakieś ewolucyjne pakty z komunistami. Jeśli już robić jakiś podział, to wokół tych, którzy opowiadali się za wolnością, tradycją I i II Rzeczypospolitej, a nie za znieprawieniem PRL-u i jego elit. To jest podział, owszem. I tu wiadomo, gdzie sytuował się Sergiusz Piasecki i gdzie sytuowali się jego czytelnicy. Byłam wśród nich jeszcze w latach 80., w czasach mojego liceum i na studiach, gdy w drugim obiegu kupowaliśmy książki Sergiusza Piaseckiego. Pamiętam, kto je czytał: i chłopcy z PPS-u, i koleżanki z NZS-u, z bardziej katolickich środowisk też, ale to nie było w ogóle istotne. Liczyły się wolność, niepodległość i antykomunizm, nie prawica i lewica”.
Dodajmy, że uchwałę sejmową nieprzypadkowo podjęto trzy dni przed ceremonią pochowania na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach szczątków pisarza sprowadzonych przez IPN z Wielkiej Brytanii. W uroczystości wziął udział prezydent Karol Nawrocki, który w typowym dla siebie stylu stwierdził, że „dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy życiorysu i literatury Sergiusza Piaseckiego po to, aby mówić prawdę o bolszewizmie, o systemie komunistycznym, o tym, jakim zagrożeniem dla Polski i dla całej Europy jest postsowiecka, neoimperialna Rosja”.
Agent przemytnik
Jedno jest pewne: trudno w historii polskiej literatury znaleźć autora o równie barwnym życiorysie. Urodził się w Lachowiczach koło Baranowicz na Białorusi jako syn zubożałego i zruszczonego szlachcica Michała Piaseckiego, który pracował jako urzędnik pocztowy,
Łgarstwa religii smoleńskiej
Pora kończyć tę hucpę
Religia smoleńska. Umarła na naszych oczach, uschła jak setki różnych nieudanych herezji. Symbolem jej upadku jest niemal pusty Plac Piłsudskiego i szarpiący się z „nieprawomyślnym” wieńcem Jarosław Kaczyński. Coraz bardziej bezsilny i zdenerwowany. A przecież pamiętamy zamknięte ulicy Warszawy i wielotysięczne przemarsze z katedry przed Pałac Prezydencki i pod pomnik Lecha Kaczyńskiego, i przemówienia Jarosława Kaczyńskiego. Wszystko pod ochroną setek policjantów. Z tego nic już nie zostało. Klęska? I tak, i nie.
Religia smoleńska od początku była łgarstwem, okazją, którą wyczuł i złapał w lot Jarosław Kaczyński. Była genialnym politycznym konceptem, falą, na której PiS płynęło. Teraz właśnie ta fala dobija do brzegu.
Ale przecież cel udało się zrealizować. Po trumnach smoleńskich Kaczyński wspiął się po władzę. Więcej – na wiele lat zdobył rząd dusz ogromnej części Polaków. Osiem lat PiS w Polsce nie wzięło się znikąd.
Jak to się stało?
Najpierw był szok po katastrofie, który na wiele tygodni zdominował polskie życie. Miliony Polaków autentycznie przeżywały tragedię. Szybko też zaczęły się mnożyć teorie o zamachu i o spisku. Bo przecież prezydent RP i ministrowie nie mogli zginąć ot tak. Prof. Janusz Czapiński mówił o tym na łamach „Przeglądu” kilka dni po katastrofie. Że to eksploduje.
Jarosław Kaczyński także to widział. Jeszcze kampanię wyborczą 2010 przeszedł w sposób klasyczny, próbując sięgać po wyborców centrum, puszczając w eter swoją pojednawczą przemowę do Rosjan, „do przyjaciół Moskali”. Po porażce ogłosił, że nie był sobą, bo zażywał środki uspokajające. Kampania ta była ostatnią, w której walczył o centrum. Od tego czasu walczy o coś innego – o wyborców prawicy, o ich wierność, o ich mobilizację.
Katastrofa smoleńska okazała się znakomitym spoiwem. Krzyż na Krakowskim Przedmieściu, tłumy przed Pałacem Prezydenckim, klimat straszliwej tragedii – to wszystko budziło zakodowane w duszach milionów Polaków kalki kulturowe.
Nieżyjący już prof. Zbigniew Mikołejko poświęcił religii smoleńskiej potężny rozdział w książce „Między zbawieniem a Smoleńskiem. Studia i szkice o katolicyzmie polskim ostatnich lat”. Czytamy tam m.in.: „Męczennicy smoleńscy, poprzez straszliwe, szlachetne i mesjanistyczne piękno swej tragicznej śmierci usprawiedliwiają prawo do resentymentu i odpowiedniej zemsty, nawet jeśli wina jest urojona, a zemsta ma nie znać granic. Tego rodzaju zemsta okazuje się ponadto warunkiem budowania wspólnoty, a ofiara, śmierć w smoleńskich oparach, śmierć »zdradzonych o świcie« przekształca się w akt założycielski nowego nieskażonego ładu”.
Trąci to egzaltacją? A skąd! Przeczytajmy, co mówił w „Tygodniku Powszechnym” niedługo po katastrofie Ludwik Dorn: „Pojawia się koncepcja PiS, który zmonopolizuje coś, co nazywam odsuniętą o 20 lat ofiarą za Rzeczpospolitą, bo taki sens został zbiorowo nadany tragedii w Smoleńsku. (…) Śmierć Lecha Kaczyńskiego przywraca substancjonalność państwu. Cała jego polityka historyczna była nie tyle krytyką Okrągłego Stołu, którego był uczestnikiem, ile dezawuacją koncepcji, że niepodległa Polska wzięła się z tegoż Okrągłego Stołu. Ona wzięła się z wysiłków, cierpień i ofiary krwi wcześniejszych pokoleń i można powiedzieć, że ta śmierć Lecha Kaczyńskiego wplotła się w tę koncepcję. Śmierć musi być u początków każdego miasta-państwa, łącznie z Rzymem. Ofiara krwi jest niezbędna (…). Tego III RP, która wzięła się z »jakiegoś gadania przy stole«, zabrakło. Obchody rocznicy Okrągłego Stołu były walką o mit założycielski, ale katastrofa w Smoleńsku unieważniła te starania”.
Oto cyniczny wykład, jak można wygrać śmierć Lecha Kaczyńskiego. Przedstawić ją jako wielką ofiarę za Polskę. I rzucić w twarz przeciwnikom. Będą się śmiać? Będą lekceważyć? Wzruszać ramionami? Tym lepiej. Bo ten podział PiS się opłaca. A im mocniejszy,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
O sztuce myślenia do góry nogami
Czy warto zajmować się przeszłością, czy to nie strata czasu? Przeszłości przecież już nie ma. Komu potrzebny jest gruz pamięci, po co nam wypłowiałe obrazki? Natrętne mamidło naszych czasów – pojęcie postępu – zachęca nas do przekory. Obrazków jednak nie lekceważmy, wielka albowiem jest siła przykładów. Czasami potrafią powiedzieć więcej niż wielotomowe biblioteki. Pokazać to, czego nie potrafilibyśmy – a może nawet nie chcielibyśmy – zobaczyć.
Wniosek: nauczmy się patrzeć przeszłości prosto w oczy. Na przykład kwestia dobra i zła. W jakim punkcie trzeba przyłożyć oko, by uchwycić różnicę? Jak sobie radzić, gdy wszystkie prawdy stanęły na głowie i musimy myśleć „do góry nogami”, uczestnicząc w coraz większym zamieszaniu? Tak to dziś wygląda. Toczą się wojny, coraz wyraźniej widzimy, że pojęcia prawa i moralności wyrwały się nam spod kontroli. Ostatecznie kto ma siłę, ten ma rację.
Żyjemy w czasach, które z wielkim zapałem deklarują się po stronie „wartości”. W moich najbardziej przygnębiających snach widzę transparenty z napisem: „Jesteśmy po stronie wartości”. Kto? Oczywiście „My”. A zatem? Wiadomo, ci lepsi. Oto maligna naszych czasów – założycielska fikcja „wolnego świata”. Pogląd, zgodnie z którym Zachód stanął na szczytach dziejów, prowadząc krucjaty w obronie „wartości”. Broniąc cywilizacji przed barbarzyńcami. Kolejna manifestacja tej „prawdy” nabrała dziś kształtu w Iranie.
W 1812 r. Napoleon postanowił wyruszyć na Moskwę. Jego intencje były szlachetne – określając swoje stanowisko wobec Rosji, oświadczył: „Trzeba ich odrzucić tak daleko w głąb lodowatej pustyni, żeby nie wrócili i nie wtrącali się do spraw cywilizowanej Europy”. Cywilizacja wypowiedziała wojnę antycywilizacji.
Ciekawe, minęło ponad 200 lat, a my wciąż nie opuszczamy naszego posterunku – żyjemy w trwodze, z myślą o nadciągającej nawałnicy. Eksperci każą się mieć na baczności. Snują swoje przewidywania: dwa, trzy lata, a może pięć. Wszystko jest jasne, czasu zostało niewiele. Z drugiej strony kalkulacje strategów obejmują dziesięciolecia. Planujemy wydatki, próbujemy zaciągać kredyty. Jakie źródła mają zatem potoki „jasnowidzenia” podsycające atmosferę napięcia? Komu są tak bardzo potrzebne werble wojenne? Co oznacza to podwójne widzenie,
Nawrocki chce nowej konstytucji. Z ustrojem prezydenckim dla siebie
„W piękny wiosenny dzień, słoneczny i ciepły, za siedemnaście piąta po południu Zgromadzenie Narodowe uchwaliło Konstytucję III Rzeczypospolitej. Mazowiecki miał bardzo dobre przemówienie, najlepsze z przemówień klubowych”, zapisał w dzienniku w środę 2 kwietnia 1997 r. Waldemar Kuczyński, wówczas znaczący polityk Unii Wolności i bliski współpracownik Tadeusza Mazowieckiego.
Pierwszy premier demokratycznej Polski swoje wystąpienie na forum połączonych izb parlamentu zakończył słowami: „W społeczeństwie pluralistycznym konstytucja nie może być konstytucją jednej części narodu przeciw innej; musi być wyrazem konsensu i kompromisu. (…) Polsce potrzebna jest konstytucja, umacnia ona przemiany roku 1989, wskazuje dalszy kierunek rozwoju. Polskiemu życiu politycznemu potrzebny jest dowód zdolności wznoszenia się ponad podziały. Chciałbym bardzo, abyśmy wszyscy – i na tej sali, i poza nią, i ci, którzy krytykowali tę konstytucję, byli jej przeciwnikami – wznieśli się ponad to, by zdać ten egzamin mimo przeszkód, które w nas samych namiętności sprawować mogą”.
29 lat temu te słowa mogły brzmieć jak dzwonek alarmowy, lecz politycy, którzy dali Polsce nową ustawę zasadniczą, z pewnością nie wyobrażali sobie, jak będzie ona traktowana przez ich następców. Konstytucję uchwalono w przeddzień świąt wielkanocnych, dlatego mogłaby – jak proponował przed laty prof. Andrzej Romanowski – być nazywana „wielkanocną”, co symbolicznie kończyłoby etap politycznego zmartwychwstania niepodległej, demokratycznej Polski. Jednak dziś taka symbolika byłaby szyderstwem albo wręcz bluźnierstwem. Wszak polska prawica tak gruntownie podeptała tę konstytucję, że może ona co najwyżej zajmować miejsce w Muzeum Historii Polski, gdzie wraz z wyrzuconym z Pałacu Prezydenckiego Okrągłym Stołem będzie symbolizować epokę złudzeń i naiwności ojców założycieli III RP.
A przecież tego należało się spodziewać! Wspomniany Waldemar Kuczyński pod datą 24 lutego 1997 r. zapisał: „Pierwszy dzień obrad Zgromadzenia Narodowego pod projektem Konstytucji. Dzień dziś wiosenny, choć raczej pochmurny. Obrady konstytucyjne są na czołówkach mediów, ale w narodzie wydarzeniem nie są. Nie czuje się, żeby ludzie się tymi obradami przejmowali. W siedem lat po 1989 r., po upadku komunizmu, klimat momentu wielkiej przemiany historycznej minął i nie ma szans, by Konstytucję przyjmowano w atmosferze wielkiego przeżycia narodowego. Tym bardziej że życie bardzo się przyziemniło”.
Brak „atmosfery wielkiego przeżycia narodowego” dobitnie ujawnił się w referendum mającym zatwierdzić ustawę zasadniczą, które odbyło się 25 maja 1997 r. Frekwencja wyniosła zaledwie 42,86%, więc paradoksalnie według zapisów nowej konstytucji wynik takiego głosowania nie byłby ważny (wprowadziła ona wymóg uzyskania przeszło 50-procentowej frekwencji w referendach ogólnopolskich). Spośród 12 mln głosujących za projektem Zgromadzenia Narodowego opowiedziało się zaledwie 6,4 mln (53,45%), a przeciw 5,5 mln (46,55%). Formalnie zatem naród konstytucję zatwierdził, faktycznie zaś poparła ją mniejsza część społeczeństwa.
Pas biblijny
Ale nie tylko zobojętnienie Polaków – zupełnie naturalne po siedmiu latach trudnych ekonomicznie i często niezrozumiałych politycznie reform – ujawniło się w wyniku tego referendum. Gdy spojrzeć na mapę ówczesnych 49 województw, łatwo zauważyć wyraźny podział kraju na dwie części. W 16 województwach przewagę w głosowaniu zdobyli przeciwnicy konstytucji. Oprócz województwa gdańskiego (żyjącego jeszcze świeżą przegraną Lecha Wałęsy z 1995 r.) był to zwarty pas wschodniej i południowej Polski: białostockie, łomżyńskie, ostrołęckie, siedleckie, bialskopodlaskie, lubelskie, zamojskie, tarnobrzeskie, rzeszowskie, przemyskie, krośnieńskie, nowosądeckie, tarnowskie, krakowskie i bielskie. Zatem dawna austriacka Galicja i wschodnia część rosyjskiej Kongresówki. Ustawę zasadniczą III RP zawdzięcza więc głównie terenom dawnego zaboru pruskiego oraz poniemieckim Ziemiom Odzyskanym – i oczywiście dużym miastom, które zawsze głosują odmiennie niż tereny wiejskie.
Województwa, w których przeważył sprzeciw wobec konstytucji, do dziś stanowią nasz odpowiednik amerykańskiego pasa biblijnego, który konsekwentnie głosuje na prawicę – od 2005 r. głównie na PiS – i narzuca Polsce kolejnych prezydentów: Lecha Kaczyńskiego,
Między cieśniną Ormuz a Lwowem
Świat zajęty jest wieściami o blokadzie cieśniny Ormuz i w ogóle wojną z Iranem rozpętaną przez niedoszłego pokojowego noblistę. Nic dziwnego. Ma aż nadto ważnych powodów, aby śledzić losy tej wojny. Jak twierdził Carl von Clausewitz, „wojna jest jedynie kontynuacją polityki”, więc świat próbuje odgadnąć, jaką politykę kontynuuje wojna z Iranem, w szczególności jaki jest cel tej wojny. Czym miałaby się ona według zamierzeń Ameryki zakończyć? Coraz więcej polityków i komentatorów odkrywa smutną prawdę, że Donald Trump nie znał najwyraźniej tego twierdzenia Clausewitza i sam nie bardzo wie, co chciałby, zwłaszcza w Iranie, przez tę wojnę osiągnąć. Mówiąc inaczej, nie wie, po co ją rozpoczął.
Sam podał już kilka wykluczających się celów tej wojny, która trwa w najlepsze i, jak się wydaje, jeszcze trochę potrwa. Na razie efekty – nie wiem, czy aby na pewno zamierzone – są dwa: ceny ropy w świecie rosną, a w Iranie reżim Strażników Rewolucji, choć bez ajatollaha Alego Chameneiego na czele, umacnia się. Mało tego, Iran, którego lotnictwo i obrona powietrzna rzekomo zostały rozbite pierwszego dnia wojny, wciąż odpala rakiety i wysyła drony, rażąc nimi cele na terytoriach sojuszników USA – jego broń ma jeszcze za mały zasięg, by dotrzeć do Stanów Zjednoczonych.
Śledząc losy tej wojny i klnąc na drożejące paliwo, zapomnieliśmy trochę o tym, że przecież i za naszą wschodnią granicą wojna trwa! I to nie gdzieś daleko,
O spóźnionych antykomunistach
Tegoroczne obchody dnia pamięci o żołnierzach zbrojnego podziemia antykomunistycznego z okresu po II wojnie światowej znów były okazją dla spóźnionych antykomunistów do retorycznych ataków na przeciwników politycznych i wygłaszania kłamstw o PRL.
Większość naszego społeczeństwa, w tym politycy obecnie polemizujący ze sobą w parlamencie, albo była dziećmi w pierwszych latach po zakończeniu wojny, albo urodziła się już w nowej Polsce, co znaczy, że na temat powojennych realiów, rozterek, zachowań i decyzji politycznych tamtego pokolenia wie tyle, ile usłyszała od innych, znalazła w literaturze czy w mediach. A to zawsze były teksty krytyczne, bo bardzo często miały służyć naprawie błędów i wypaczeń, jak się mówiło. Z jednej strony, dominował karykaturalny, skrajnie negatywny obraz, a z drugiej – lukrowany przez propagandę, przez co mało wiarygodny.
Polska Ludowa rodziła się na pobojowisku: kraj zrujnowany wojną, społeczeństwo w rozproszeniu, z piętnem traumy, zdemoralizowane latami okupacji. Skończyła się hitlerowska okupacja, zaczęło się nowe zniewolenie. Znów, jak dawniej pod zaborami, reagowano w trojaki sposób: przez opór, trwanie lub przystosowanie. Zachowania i postawy tego rodzaju przybierały rozmaitą postać, zależnie od warunków: raz zbuntowaną, romantyczno-emocjonalną, innym razem ugodową, racjonalną – wzorem rozważnego patriotyzmu Stefana Żeromskiego.
Wspominając o początkach Polski Ludowej, o powojniu, warto sięgać do Żeromskiego, który w czasach zaborów opowiadał się za rozważnym patriotyzmem, nawoływał, by realizm wziął górę nad romantyzmem politycznym. Jako „fanatyczny patriota” – tak sam siebie określał – krytycznie odnosił się do porywczych zachowań. Zalecał rozwagę, trzeźwe myślenie w sprawach społecznych, by nie zapominać, że „w patriotyzmie po sercu ma miejsce rozsądek, zimny rozsądek – polityka”. Krytykował zarówno wyrazy bezradnego konformizmu wobec ucisku rusyfikacyjnego, jak i „niewczesne porywy” romantycznego marzycielstwa narodowo-wyzwoleńczego, trwanie na pozycji szlachetnych straceńców.
Znalazłem w „Dziennikach” pisarza następujący fragment (z 1883 r.): „Patriotyzm jest głupotą, gdy się manifestuje tam, gdzie powinna mieć miejsce polityka”. Uzasadniał to tak: mogę nienawidzić, ale okazywać tego „nie mogę, bo nie pozwala na to rozumny patriotyzm i zrozumienie okoliczności. (…) Milczeć, czekać, pracować, nie mieszać się do świata, iść swoją drogą, przyklaskiwać postępowi, trzymać się gruntu realnego! Pamiętać, że dwa a dwa – to cztery”.
Kto jest władny obecnie oceniać ówczesne,
Historia w służbie Kremla
Kojarzony w Polsce z pierestrojką Gorbaczowa historyk Roj Miedwiediew u schyłku stuletniego życia był apologetą Władimira Putina
„(…) Bardzo trudno być historykiem w Moskwie, jeśli chce on studiować realną historię swego kraju, a nie kolejne zalecenia instancji władczych”, pisał w przedmowie do polskiego wydania „Ludzi Stalina” Roj Miedwiediew. Jego książkę w 50-tysięcznym nakładzie wydał Instytut Wydawniczy Związków Zawodowych, oddano ją do druku 7 lipca 1988 r., prawie cztery miesiące przed debatą telewizyjną Miodowicz-Wałęsa. Do księgarń w Polsce trafiła w tym samym roku co w Związku Radzieckim. Wcześniej wydano ją tylko w USA, w Wielkiej Brytanii, we Włoszech i w Jugosławii.
Ukazanie się w oficjalnym obiegu ZSRR „Ludzie Stalina” zawdzięczali, jak przyznawał po latach Roj Miedwiediew, polityce głasnosti/jawności Michaiła Gorbaczowa. To dzięki niej w 1989 r. historyk uzyskał mandat deputowanego Rady Najwyższej ZSRR, dzięki niej przywrócono go w prawach członka Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego – został z niej wygnany 20 lat wcześniej za rękopis książki „Pod osąd historii. Geneza i następstwa stalinizmu” (po raz pierwszy ukazała się drukiem w 1974 r. w nowojorskim wydawnictwie Alfred A. Knopf).
Nigdy więcej zbrodni i terroru
Potępienie stalinizmu i jego następstw było jednym z naczelnych haseł wielotysięcznych manifestacji w ZSRR. Na wzburzonej demokratycznej fali powstało stowarzyszenie Memoriał zajmujące się badaniem zbrodni stalinowskich. Radzieccy historycy w czasie kwerend archiwalnych odnaleźli m.in. dokumenty związane ze zbrodnią katyńską. Uczynili to, zanim 13 kwietnia 1990 r. agencja TASS oficjalnie poinformowała, że zbrodni katyńskiej dokonało NKWD, Michaił Gorbaczow zaś przekazał część kopii dokumentów w tej sprawie Wojciechowi Jaruzelskiemu. Dwa lata później, już po rozpadzie ZSRR, kluczowe dokumenty katyńskie, w tym rozkaz z 5 marca 1940 r., otrzymał od ówczesnego głównego archiwisty Rosji Lech Wałęsa. W 1995 r. uczestniczyłem w uroczystości położenia przez prezydenta RP kamienia węgielnego pod budowę cmentarza w Katyniu.
Gwarancją przed powrotem totalitaryzmu miało być przestrzeganie zasad państwa prawa. Mówił o tym z trybuny Zjazdu Delegatów Ludowych ZSRR kilka dni po masakrze na pekińskim Placu Niebiańskiego Spokoju Andriej Sacharow. Wśród tych zasad na pierwszym miejscu wymienił wolność słowa. Historycy i zajmujący się przeszłością publicyści korzystali z niezwykłej szansy – nigdy wcześniej ani potem rosyjskie archiwa nie otwarły się tak szeroko jak u schyłku XX i na początku obecnego stulecia.
Jeszcze w pierwszej dekadzie władzy Władimira Putina zmagano się z upiorami stalinizmu. W 2010 r. Duma Państwowa większością głosów – 342 za, 57 przeciw – przyjęła uchwałę stwierdzającą, że zbrodnia katyńska została dokonana „na mocy bezpośredniego rozkazu Stalina i innych radzieckich przywódców”. Przy okazji wyrażono nadzieję, że relacje między Rosją i Polską będą się rozwijać na podstawie wspólnych demokratycznych wartości.
Wiosną 2007 r., w okresie gdy rząd Jarosława Kaczyńskiego przekształcił historię w oręż do rozprawienia się z wrogami, rozmawiałem w Warszawie („Przegląd” z 24 czerwca 2007 r.) z ówczesnym ministrem kultury Rosji, jednym z założycieli kanału Kultura, który zainspirował także rodzimą TVP, Michaiłem Szwydkojem. Odnosząc się do sytuacji w Polsce, minister powiedział: „Na szczęście w Rosji nie ma historyka, który byłby oficjalnym historykiem współczesnego państwa rosyjskiego. Historyka mającego
Szerzej o polityce historycznej Rosji autor pisał w przygotowanej wspólnie z dr. Holgerem Polittem książce „Ein Krieg, der keiner sein sollte”, VSA, Hamburg 2023
O potrzebie debaty
Lawina ruszyła w połowie listopada, gdy Dom Polsko-Niemiecki w Berlinie na inaugurację działalności postanowił zaprezentować książkę dr. Grzegorza Rossolińskiego-Liebe „Polnische Bürgermeister und der Holocaust. Besatzung, Verwaltung und Kollaboration” (Polscy burmistrzowie i Holokaust. Okupacja, administracja i kolaboracja). Po interwencji polskiej ambasady wycofano się z tego pomysłu. Później było tylko gorzej. Z jednej strony pojawiły się oskarżenia o polską cenzurę polityczną, z drugiej o niemieckie szkalowanie społeczeństwa polskiego za współudział w Holokauście. Na koniec powstał apel: „List otwarty dotyczący stygmatyzacji polskich ofiar niemieckiego nazistowskiego reżimu i bezczeszczenia pamięci żydowskich ofiar Holokaustu”, przygotowany przez warszawską Fundację Kulskich i zamieszczony na oficjalnej stronie Polskiej Akademii Nauk. Ja sam stałem się obiektem szantażu moralnego. Skoro jestem historykiem w PAN, to taki protest powinienem podpisać, a jeżeli nie, to wytłumaczyć się publicznie ze swojej decyzji. Absurd sięgnął zenitu.
Przez półtora roku książka Grzegorza Rossolińskiego-Liebe o polskich burmistrzach w Generalnym Gubernatorstwie nie doczekała się recenzji! IPN kazał ją przetłumaczyć, bo nie ma kompetentnych pracowników znających niemiecki. Powstała najpierw ekspertyza, a potem bardzo krytyczna recenzja dr. Damiana Sitkiewicza. Na koniec część środowiska (również dobrzy historycy) doznała wzmożenia obrony polskości przed jedną książką, która rzekomo narusza prawdę historyczną i szkaluje godność Polaków. Protest sygnowało ponad 150 osób. Scenariusz działania przypominał historię „Dalej jest noc” (2018) pod redakcją Barbary Engelking i Jana Grabowskiego, kiedy IPN powołał niemalże grupę śledczą, by udowodnić szkalowanie narodu polskiego.
Nie wykluczam, że Rossoliński-Liebe się myli, popełnia błędy, może jest tendencyjny, ba, zbyt szablonowo traktuje kolaborację, nie odróżniając jej np. od funkcjonalnej współpracy (Dieter Pohl) na terenach okupowanych. Tylko gdzie jest naukowa riposta? Publiczna debata? Zwyczajna debata naukowców, którzy znają temat? Dlaczego, skoro temat jest ważny, tak długo pod względem badawczym leżał odłogiem? Jak to się dzieje, że dr Sitkiewicz, historyk z IPN – sądząc po publikacjach – z niewielkim doświadczeniem badawczym (wcześniej Instytut Pileckiego, doktorat na Uniwersytecie Przyrodniczo-Humanistycznym w Siedlcach w grudniu 2024 r.),






