Tag "Jarosław Kaczyński"
Prokuratorzy Kaczyńskiego
Jeden pilnuje prezydenta, a drugi Trybunału
To nie Przemysław Czarnek jest dziś głównym nabojem Jarosława Kaczyńskiego. Wojna polityczna prowadzona z koalicją rządzącą toczy się na dwóch polach. Pierwsze to prezydent Nawrocki i jego kancelaria – weta, obstrukcja, odmowa nominacji i przeszkadzanie rządowi w każdy możliwy sposób. Drugie to Trybunał Konstytucyjny, który również może blokować rządzących, przeszkadzać, kwestionować w zasadzie wszystko, byle tylko sparaliżować Polskę.
W obu przypadkach mamy twarde boje. Taka jest intencja Kaczyńskiego – ani kroku do tyłu. To wynika i z charakteru prezesa PiS, wyżej stawiającego konflikt niż szukanie konsensusu, i z przekonania, że każdy gest „dobrej woli” wyborcy uznają za przejaw słabości, za przyznanie się do pomyłki. A na to w dzisiejszych warunkach nie można sobie pozwolić.
Jeżeli taką wojnę się prowadzi, potrzebni są odpowiedni wykonawcy rozkazów. Dyspozycyjni, oddani, walczący. I mamy ich – z ramienia Kancelarii Prezydenta boje z koalicją koordynuje szef kancelarii Zbigniew Bogucki. Z kolei w Trybunale Konstytucyjnym człowiekiem, który blokuje wszelkie zmiany, jest prezes Bogdan Święczkowski. Wspomaga go Stanisław Piotrowicz. Wszyscy trzej to byli prokuratorzy. Przypadek?
Zbigniew Bogucki ukończył prawo na Uniwersytecie Szczecińskim. Po studiach w latach 2009-2012 wykonywał zawód prokuratora. Potem uzyskał wpis na listę adwokatów. Ale szybko rzucił się w wir działalności politycznej. Już w 2014 r. kandydował z listy PiS do Rady Miasta Szczecina, a w latach 2015 i 2019 do Sejmu. Mandatu nie uzyskał.
Za to rozkwitała prokuratorska kariera jego żony, Julity Dziedzic-Boguckiej. Ona z kolei do 2017 r. pracowała w Prokuraturze Rejonowej Szczecin-Zachód, a potem awansowała od razu o dwa szczeble – delegowano ją do Prokuratury Krajowej, do Zachodniopomorskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji.
Była tam w grupie prowadzącej śledztwo w sprawie afery melioracyjnej,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Łgarstwa religii smoleńskiej
Pora kończyć tę hucpę
Religia smoleńska. Umarła na naszych oczach, uschła jak setki różnych nieudanych herezji. Symbolem jej upadku jest niemal pusty Plac Piłsudskiego i szarpiący się z „nieprawomyślnym” wieńcem Jarosław Kaczyński. Coraz bardziej bezsilny i zdenerwowany. A przecież pamiętamy zamknięte ulicy Warszawy i wielotysięczne przemarsze z katedry przed Pałac Prezydencki i pod pomnik Lecha Kaczyńskiego, i przemówienia Jarosława Kaczyńskiego. Wszystko pod ochroną setek policjantów. Z tego nic już nie zostało. Klęska? I tak, i nie.
Religia smoleńska od początku była łgarstwem, okazją, którą wyczuł i złapał w lot Jarosław Kaczyński. Była genialnym politycznym konceptem, falą, na której PiS płynęło. Teraz właśnie ta fala dobija do brzegu.
Ale przecież cel udało się zrealizować. Po trumnach smoleńskich Kaczyński wspiął się po władzę. Więcej – na wiele lat zdobył rząd dusz ogromnej części Polaków. Osiem lat PiS w Polsce nie wzięło się znikąd.
Jak to się stało?
Najpierw był szok po katastrofie, który na wiele tygodni zdominował polskie życie. Miliony Polaków autentycznie przeżywały tragedię. Szybko też zaczęły się mnożyć teorie o zamachu i o spisku. Bo przecież prezydent RP i ministrowie nie mogli zginąć ot tak. Prof. Janusz Czapiński mówił o tym na łamach „Przeglądu” kilka dni po katastrofie. Że to eksploduje.
Jarosław Kaczyński także to widział. Jeszcze kampanię wyborczą 2010 przeszedł w sposób klasyczny, próbując sięgać po wyborców centrum, puszczając w eter swoją pojednawczą przemowę do Rosjan, „do przyjaciół Moskali”. Po porażce ogłosił, że nie był sobą, bo zażywał środki uspokajające. Kampania ta była ostatnią, w której walczył o centrum. Od tego czasu walczy o coś innego – o wyborców prawicy, o ich wierność, o ich mobilizację.
Katastrofa smoleńska okazała się znakomitym spoiwem. Krzyż na Krakowskim Przedmieściu, tłumy przed Pałacem Prezydenckim, klimat straszliwej tragedii – to wszystko budziło zakodowane w duszach milionów Polaków kalki kulturowe.
Nieżyjący już prof. Zbigniew Mikołejko poświęcił religii smoleńskiej potężny rozdział w książce „Między zbawieniem a Smoleńskiem. Studia i szkice o katolicyzmie polskim ostatnich lat”. Czytamy tam m.in.: „Męczennicy smoleńscy, poprzez straszliwe, szlachetne i mesjanistyczne piękno swej tragicznej śmierci usprawiedliwiają prawo do resentymentu i odpowiedniej zemsty, nawet jeśli wina jest urojona, a zemsta ma nie znać granic. Tego rodzaju zemsta okazuje się ponadto warunkiem budowania wspólnoty, a ofiara, śmierć w smoleńskich oparach, śmierć »zdradzonych o świcie« przekształca się w akt założycielski nowego nieskażonego ładu”.
Trąci to egzaltacją? A skąd! Przeczytajmy, co mówił w „Tygodniku Powszechnym” niedługo po katastrofie Ludwik Dorn: „Pojawia się koncepcja PiS, który zmonopolizuje coś, co nazywam odsuniętą o 20 lat ofiarą za Rzeczpospolitą, bo taki sens został zbiorowo nadany tragedii w Smoleńsku. (…) Śmierć Lecha Kaczyńskiego przywraca substancjonalność państwu. Cała jego polityka historyczna była nie tyle krytyką Okrągłego Stołu, którego był uczestnikiem, ile dezawuacją koncepcji, że niepodległa Polska wzięła się z tegoż Okrągłego Stołu. Ona wzięła się z wysiłków, cierpień i ofiary krwi wcześniejszych pokoleń i można powiedzieć, że ta śmierć Lecha Kaczyńskiego wplotła się w tę koncepcję. Śmierć musi być u początków każdego miasta-państwa, łącznie z Rzymem. Ofiara krwi jest niezbędna (…). Tego III RP, która wzięła się z »jakiegoś gadania przy stole«, zabrakło. Obchody rocznicy Okrągłego Stołu były walką o mit założycielski, ale katastrofa w Smoleńsku unieważniła te starania”.
Oto cyniczny wykład, jak można wygrać śmierć Lecha Kaczyńskiego. Przedstawić ją jako wielką ofiarę za Polskę. I rzucić w twarz przeciwnikom. Będą się śmiać? Będą lekceważyć? Wzruszać ramionami? Tym lepiej. Bo ten podział PiS się opłaca. A im mocniejszy,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Premierzy Kaczyńskiego: od Mazowieckiego do Czarnka
Czy następnym szefem rządu zostanie Przemysław Czarnek? Ogłoszenie jego kandydatury półtora roku przed wyborami parlamentarnymi tylko pozornie wydaje się przedwczesne. W istocie Jarosław Kaczyński kolejny raz postanowił przejąć inicjatywę, narzucając polskiej scenie politycznej kierunek rozwoju w wymiarze tyleż ideologicznym, co przede wszystkim personalnym.
Nie ma w dziejach III RP drugiego tak skutecznego polityka. Po raz pierwszy swoją sprawczość pokazał już 37 lat temu, latem 1989 r., gdy wraz z bratem (obaj byli świeżo wybranymi senatorami z listy Solidarności) otrzymał od Lecha Wałęsy misję utworzenia koalicji rządowej Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego ze Zjednoczonym Stronnictwem Ludowym i Stronnictwem Demokratycznym. To „odwrócenie przymierzy” przez dotychczasowych satelitów PZPR uniemożliwiło powołanie rządu z gen. Czesławem Kiszczakiem na czele (pod patronatem nowo wybranego prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego), a w rezultacie na czele nowego gabinetu stanął bliski doradca Wałęsy Tadeusz Mazowiecki.
Mazowiecki i początek „przyśpieszenia”
Wybór Mazowieckiego nie był przypadkowy. Sam lider Solidarności nie miał ochoty zostawać premierem, w grę wchodzili zatem trzej opozycjoniści o największym autorytecie: Jacek Kuroń, Bronisław Geremek i właśnie Mazowiecki. Spośród nich jedynie ten ostatni był praktykującym katolikiem, a nawet znanym dziennikarzem katolickim, tylko on też nie należał w przeszłości do PZPR, choć w czasach stalinowskich był aktywnym działaczem PAX, a potem wieloletnim posłem na Sejm PRL z ramienia koła Znak.
To zresztą znamienne dla solidarnościowej opozycji, że większość jej czołowych postaci miała w życiorysach dłuższą lub krótszą aktywność w oficjalnych strukturach PRL. Wtedy to Kaczyńskiemu nie przeszkadzało – i prawdę mówiąc, nie przeszkadzało mu nigdy w przypadku ludzi, którzy stali po jego stronie. Co innego przeciwnicy polityczni – tym zawsze potrafił wypomnieć „niewłaściwą” przeszłość, choć sam do 1989 r. wiódł dosyć spokojny żywot żoliborskiego inteligenta pochodzącego z rodziny dobrze ustawionej w tamtym ustroju.
Tadeusz Mazowiecki był więc pierwszym premierem wykreowanym przez Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiście trzeba pamiętać, że nagły i niespodziewany awans 40-letniego zaledwie senatora Kaczyńskiego możliwy był tylko dzięki Wałęsie, który pod koniec lat 80. poszukiwał nowych współpracowników i znalazł ich w bliźniakach wywodzących się co prawda z przedsierpniowej opozycji, ale zajmujących tam znacznie niższą pozycję niż ludzie otaczający Wałęsę w początkach Solidarności.
Nie powinno zatem dziwić, że dla żadnego z braci Kaczyńskich nie znalazło się miejsce w pierwszym rządzie solidarnościowym, co zwłaszcza Jarosław musiał odebrać jako osobiste upokorzenie (Lech Kaczyński był wtedy zastępcą Wałęsy w NSZZ Solidarność i faktycznie kierował strukturami związku). Sam zresztą po latach wspominał: „Gdyby Mazowiecki dał mi wtedy sekretarza stanu, to bym się cieszył. Ale nic nie chciał dać”.
Pewną satysfakcją dla młodego, ambitnego polityka mogło być powierzenie mu przez Wałęsę jesienią 1989 r. funkcji redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność”, którą wcześniej pełnił Mazowiecki. Spowodowało to bunt i odejście większości zespołu redakcyjnego, ale dzięki temu Kaczyński mógł uczynić z oficjalnego pisma związku własny organ polityczny i ośrodek budowania przyszłej partii.
Partią tą stało się Porozumienie Centrum, utworzone w maju 1990 r., początkowo jako szeroki sojusz prawicowych środowisk popierających kandydaturę Lecha Wałęsy na prezydenta RP. Bo to właśnie prezydenckie ambicje gdańskiego noblisty postanowili wykorzystać bracia Kaczyńscy jako trampolinę do władzy i dominacji na scenie politycznej. A właściwie głównie Jarosław, który po latach wspominał: „Mój brat był zdecydowanie przeciwko wysuwaniu Wałęsy na prezydenta, bo znał go lepiej niż ja. Tę sprawę ja forsowałem. (…) Kalkulowałem na zimno, że trzeba wykorzystać dynamikę Wałęsy do stworzenia nowej siły politycznej”.
Na nieszczęście dla dalszych losów Polski przeciwnicy PC i Wałęsy przeforsowali koncepcję powszechnych wyborów prezydenckich, licząc na osobistą popularność ich kandydata – premiera Mazowieckiego. Sam Kaczyński był początkowo zwolennikiem wyboru Wałęsy przez Zgromadzenie Narodowe, ale gdy rozpoczęła się kampania wyborcza, szybko zrozumiał, jak świetnym polem dla demagogii i populizmu są powszechne wybory prezydenckie – i lekcji tej nie zapomniał do dzisiaj. To bowiem Kaczyński był ojcem demagogicznej i populistycznej polityki w III RP, rzucając już wiosną 1990 r. hasło „przyśpieszenia”, stanowiące krytykę rzekomej zbytniej powolności i zachowawczości rządu Mazowieckiego. Sam później tak definiował owo „przyśpieszenie”: „Należało przystąpić do zdecydowanych działań: zdelegalizować PZPR i
OZE-sroze, Czarnek-Srarnek
Zaprzeczając samemu sobie, gdyż uważam, że lepiej, kiedy jest ciszej nad tą kreaturą, podzielę się jednak kilkoma uwagami na temat najnowszego, choć nienajmłodszego pomazańca Odchodzącego w Mgłę Zapomnienia Najważniejszego Prezesa w tym kraju, Jarosława Kaczyńskiego, który nie tyle z przytupem, ile z szurnięciem nóżki ogłosił „swojego” kandydata na premiera. Został nim twardogłowy, katolicko-prawicowy, faszyzujący trybun pseudoludowy z tytułem profesora zdobytym w kolesiowskim trybie, choć nie w Collegium Tumanum – Przemysław Czarnek, były wojewoda lubelski, oddany i wierny sługa PiS.
W ulubionych zoologizacjach temperamentów politycznych, gdzie ktoś jest np. jastrzębiem, Czarnek znajduje się poza skalą. Żadne zwierzę na świecie nie przejawia takich zachowań i postaw, jakimi epatuje ten najprawdziwszy z prawdziwych Polak katolik. Zwierzęta nie umieją tak nienawidzić, tak wykluczać, o braku szacunku nie wspominając. Zwierzęta są na szczęście ateistami.
Ale wracam do początku. Wszak premiera desygnuje zwycięskie w wyborach parlamentarnych ugrupowanie polityczne. Czy odbyły się właśnie jakieś wybory? Czy wygrali je Kaczyński et consortes? Nic mi o tym nie wiadomo. Na czym więc polega ów fenomen falstartu wykonanego spektakularnie przez Prezesa nad Prezesami, Śpiocha nad Śpiochami? Korzysta Prezes po prostu, nie, nie z nadchodzącej wiosny, raczej z gnijącej, jesiennej, schyłkowej aury dramatu sondażowego PiS i ze stadobaranich nawyków klasy medialnej, która rzuca się na każdy ochłap „nowego”.
Nic się nie dzieje? To zaraz się zadzieje. Macie tu Czarnka, zaraz będzie w każdej lodówce, w szafie, na antenie, na memowisku rzeczywistości. PiS tak chce „przejąć” faszyzującą się falę sympatii, która mknie ku Braunowi i konfederatom. Nie pierwszy to z cyklu pomysł,
Nadbereżny nie chce kasy dla huty
Takiego szpagatu nie potrafi zrobić nawet zawodowa tancerka. A wymaganie tego od mężczyzny w sile wieku pachnie sadyzmem. Kto się znęca i nad kim? Prezes Kaczyński nad Lucjuszem Nadbereżnym, prezydentem Stalowej Woli. Zmusił Nadbereżnego, by połknął własny język i gardłował przeciw programowi SAFE. I prezydent miasta, w którym Huta Stalowa Wola ma wielkie problemy, odrzuca pomoc w postaci wielu miliardów złotych.
Nawet jak na PiS, które na polecenie Kaczyńskiego potrafi być chórem głoszącym kompletne brednie, postawa Nadbereżnego to istne horrendum. Rekord lizusostwa wobec prezesa i nielojalności wobec huty i mieszkańców miasta.
Wiedziała za wiele
Ciało Katarzyny znaleziono w stanie rozkładu. W tle ustawianie losowań sędziów, znane nazwiska i afera pedofilska
Ze Śledczym umawiam się w Galerii Katowickiej. Po kilku spotkaniach zgodził się, by nasza rozmowa została nagrana. Postawił jednak warunek: nie ujawniać jego imienia i nazwiska. Będę więc nazywał go Śledczym.
Katarzynę umówił ze Śledczym były katowicki radny Józef Zawadzki, który spotykał się z nią kilkanaście razy. Katarzyna chciała od niego pomocy w sprawie swojego dziecka. Była w trakcie rozwodu. Twierdziła, że jej mąż to pedofil. Odkryła, że wrzucał do internetu nagie zdjęcia chłopca.
– Widziałam niektóre z tych zdjęć. Na jednym widać synka Katarzyny. Jest nagi. Wypina pupę – mówi R., znajoma Katarzyny i jej była pracodawczyni.
Józef Zawadzki napisał do prokuratury. Katarzyna bała się jednak, że sprawa zostanie skręcona, dlatego doradził jej, by na gruncie całkiem prywatnym spotkała się z jego znajomym, Śledczym. On ma różne kontakty, wysłucha jej i podejmie decyzję, co robić.
Katarzyna opowiedziała Śledczemu, że były nie tylko zdjęcia, ale również spotkania z „wujkami”. Dochodziło do nich na terenie kilku stadnin niedaleko Warszawy czy w okolicach Wałbrzycha, w pobliżu Zamku Książ. Nagiego chłopca sadzano na koniu. Robiono mu zdjęcia. Wśród „wujków” miał być jeden minister.
Ustawiane losowania sędziów
Katarzyna mówiła Śledczemu nie tylko o synku. Przekazała dużo informacji na temat ustawianych przetargów oraz wyprowadzania pieniędzy z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości i Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. A także słabości systemu, który pozwalał na sterowanie losowaniami sędziów. Twierdziła, że Ministerstwo Sprawiedliwości, na czele którego stał Zbigniew Ziobro, miało taką możliwość. Była uzdolnioną informatyczką zatrudnianą przez wielki koncern telekomunikacyjny oraz dwie firmy,
Przyjaciółka warta miliony
Za rządów PiS pieniądze wpadały do kieszeni Małgorzaty Raczyńskiej-Weinsberg jak zaczarowane
Ujawniony przez „Newsweek” mechanizm wyprowadzania pieniędzy z banku Pekao i z PZU na tzw. doradców zarządu był wyjątkowo bezczelny. Grupa cwaniaków zarabiała miliony złotych, nie wykonując żadnej pracy. Wśród nich znalazła się Małgorzata Raczyńska-Weinsberg, zaufana Jarosława Kaczyńskiego. Według ustaleń dziennikarzy Raczyńska w Pekao pracowała fikcyjnie od kwietnia 2022 r. do końca 2023 r. i przez ten czas zarobiła gigantyczną kwotę 3,3 mln zł. Natomiast w PZU przez 22 miesiące rzekomej pracy (od 1 lipca 2021 r. do 24 października 2023 r.) udało się jej wyciągnąć ponad 1,6 mln zł. Czyli w sumie Raczyńska obłowiła się na prawie 5 mln zł.
Kradzieżą (bo jak inaczej nazwać taki proceder?) zajmuje się już prokuratura, a trefna „doradczyni” twierdzi, że formułowane wobec niej zarzuty to „bezprecedensowy atak naruszający jej dobre imię” i „bezpodstawne oszczerstwa, których celem może być próba wyeliminowania jej z życia publicznego”. Raczyńska nie wyjaśniła jednak, w jaki sposób mogłaby doradzać prezesom Pekao i PZU. Nie ma bowiem bladego pojęcia o bankowości ani ubezpieczeniach, bo z wykształcenia jest polonistką ze specjalizacją nauczycielską, a dotychczas pracowała w szkole (była nauczycielką języka polskiego w technikum elektrycznym w podwarszawskiej Zielonce) i w mediach jako tzw. dziennikarka, choć jej misja nie była najwyższych lotów.
Może to się wydawać szokujące, ale brak stosownego wykształcenia i doświadczenia nie był też przeszkodą w zatrudnieniu Raczyńskiej w 2020 r. we władzach firmy Lotos Geonafta, litewskiej spółki córki gdańskiego koncernu Lotos, zajmującej się poszukiwaniami i wydobyciem ropy naftowej. Jako pracownica Geonafty Raczyńska dorabiała w Polskim Radiu, gdzie przeprowadzała wywiady dotyczące fuzji Orlenu i Lotosu. Jej rozmówcami byli prezes Lotosu Paweł Majewski, prezes Orlenu Daniel Obajtek i minister aktywów państwowych Jacek Sasin. Taką działalność można uznać za konflikt interesów, bo Raczyńska udawała niezależną dziennikarkę, a jednoczenie pobierała wynagrodzenie z Lotosu.
Talent do wynajdowania protektorów
Małgorzata Raczyńska nie byłaby tym, kim jest, gdyby nie znajomość z Jadwigą Kaczyńską, którą poznała w kościele na warszawskim Żoliborzu. „Przyjaźnię się z panią Jadwigą Kaczyńską. Cieszę się zawsze, kiedy mogę z nią porozmawiać. Każdy, kto poznał panią Jadwigę, wie, o czym mówię. Z sympatią i szacunkiem odnoszę się także do panów Kaczyńskich. (…) Znamy się głównie z kościoła. Z czasów, kiedy byliśmy na marginesie życia politycznego. (…) Spotykaliśmy się w kościele i rozmawialiśmy o bardzo różnych sprawach”, mówiła „Życiu Warszawy” (lipiec 2006).
Według plotek Raczyńska specjalnie jeździła do Kościoła św. Stanisława Kostki, wiedząc, że uczęszcza tam Jadwiga Kaczyńska; klękała obok matki prezesa PiS i w ten sposób panie się zaprzyjaźniły. A jak wiadomo, dla braci Kaczyńskich matka była najważniejszą osobą w życiu i byliby w stanie zrobić dla niej dosłownie wszystko. To pani Jadwiga omawiała z Jarosławem i Lechem ich decyzje, także te polityczne, a jej opinia o ludziach była dla bliźniaków istotna.
Małgorzata Raczyńska przedstawia się jako wybitna dziennikarka i
Ściek
W biografii Jana Brzechwy autorstwa Mariusza Urbanka pada nazwisko mojego ojca, raz w niemiłym kontekście. W 1945 r. w Łodzi, gdy przydzielano pisarzom lokale na Bandurskiego, ojciec miał wyrzucić Brzechwę z mieszkania, bo sam miał mniejsze, i zamieszkał w jego większym. Brzechwa, świetny prawnik, był znany z zaradności, a ojciec z nieporadności. Ryś Matuszewski był tam wtedy i mówił mi, że to bzdura. Pośredni dowód, że to nieprawda, stanowi wybór wierszy Brzechwy z 1955 r. Znajduję książkę wśród tomów z biblioteki ojca. Jest w niej serdeczna dedykacja: „Pani Mieci i Tobie, Drogi Mieczysławie, z prośbą o łagodny wyrok (»Lepiej śmiechem jest pisać niż łzami. W śmiechu całe bogactwo człowieka« – powiedział Rabelais) ofiaruję tę książczynę. Jan Brzechwa, 2 V 1955”.
Brzechwa jak niemal wszyscy pisarze w czasach stalinowskich na jakiś czas popadł w obłęd. Pisał kompromitujące wiersze. A nadaje się jego imię przedszkolom i szkołom. Kiedy nasza prawica doznała moralnego wzmożenia, zaczęły się awantury, że to obrzydliwy komuch i zdrajca, jaki to przykład dla dzieci. Brzechwa bardzo długo lekceważył i mało cenił swoje wiersze dla dzieci. Zresztą za dziećmi nie przepadał. Chciał być wybitnym poetą dla dorosłych. Miał dobry wzór, był kuzynem genialnego Leśmiana (nosili pierwotnie to samo nazwisko Lesman). Ale okazało się, że wiersze dla dorosłych Brzechwa pisze nędzne, a dla dzieci znakomite. Zdarza się.
Mój kolega Jaś Gondowicz jako młody chłopiec zaczepił kiedyś Brzechwę, który powiedział, że Leśmian kiedyś mu się zwierzył: „Oddałbym wszystkie swoje wiersze za twój wzrost”. Brzechwa był wysoki, a Leśmian malutki, miał 155 cm, ale –
W PZU Zdrowie jak na folwarku
Trzeba dobrego zdrowia, by czytać o skandalach w PZU Zdrowie i nie zachorować. Za rządów dojnej zmiany działo się tam jak na folwarku, który łaskawy pan przekazał swoim wiernym sługom, by jak najszybciej się wzbogacili. Aferzyści na górze, otoczeni rodzinami prawicowych patriotów, co to z niejednego pieca chleb jedli, jechali bez hamulców.
Andrzej Jaworski, prezes bardzo oddany ojcu Rydzykowi, przychodził i odchodził z PZU Zdrowie, gdy Kaczyński potrzebował poparcia Radia Maryja. Jako prezes spółki w niecałe trzy lata zarobił ponad 3 mln zł.
W PZU Zdrowie bliskich swoich współpracowników ulokował Patryk Jaki. Tłuste posady mieli tam: Magdalena Przydacz, żona ministra u prezydenta Nawrockiego, Dominika Szajnoga z Solidarnej Polski, dyrektorka gabinetu politycznego ministra zdrowia Niedzielskiego, Oliwer Kubicki, rzecznik Ministerstwa Sprawiedliwości, i wielu, wielu innych. Prokuratura ma co robić.
Po latach
Kolacja u Waldka Kuczyńskiego, wybitnego ekonomisty. On i Balcerowicz mają ogromne zasługi w tym, że Polska tak dzielnie wskoczyła w kapitalizm. Waldek był związany z opozycją demokratyczną, tak się poznaliśmy. Niewysoki, mocno utykający na jedną nogę, zawadiacki, odważny, trochę chuligan. Był ministrem w rządzie Mazowieckiego i jego zaufanym doradcą. W sierpniu 1980 r. pojechałem na strajk do Stoczni Gdańskiej, wiozłem list polskich pisarzy i intelektualistów solidaryzujących się ze strajkującymi. Sala BHP jak brzęczący ul, siedzą, kręcą się, pokrzykują delegaci strajkujących z wielu regionów Polski. Pożar strajku stopniowo ogarnia cały kraj. Poznajemy to choćby po przyjeżdżających do stoczni delegacjach z fabryk. Nagle na scenę wbiega 14 ludzi w ciemnych garniturach, przyjechali z Krosna, czyli województwo podkarpackie też płonie. Podchodzi do mnie, dziarsko kuśtykając, Waldek Kuczyński. Cedzi przez zęby: „Ty, k… patrz, to przecież jest rewolucja!”. „Chyba dobrze”, mówię. „Oszalałeś? Ruskie czołgi na granicy już grzeją silniki”.
Miał rację. Byliśmy wszyscy wtedy w jakimś amoku, ale bez niego nie udałoby się dokonać tej bezkrwawej rewolucji. Pytam, co sądzi o wprowadzeniu stanu wojennego, był internowany tej nocy. „Całe szczęście, że został wprowadzony”, odpowiada. Kiedyś zabiłbym go za takie słowa. I bez wahania zabiłbym generała. Teraz myślę, że Solidarność parła do zdobycia władzy, dominowali radykałowie, to był już samonapędzający się mechanizm, jak ogromna lokomotywa, której nikt nie powstrzyma. Dobrym znakiem – wspomina Waldek – było już to, że strażnicy tej nocy w więzieniu mówili do nich per pan, a potem oddech ulgi, gdy wystąpił gen. Jaruzelski. Już wiedzieliśmy, że to nie inwazja sowiecka.
A mnie ktoś ostrzegł, krążyłem po Warszawie, budziłem ludzi. Wróciłem do domu po roku. W mieszkaniu czekało na mnie całą noc czterech funkcjonariuszy, jeden w mundurze. Żona weszła do pokoju, gdzie spał nasz synek, za drzwiami znalazła łom. Wyniosła go do salonu. „A co to?”,






