Tag "historia Polski"

Powrót na stronę główną
POLSKA-UKRAINA

Dlaczego Ukraina heroizuje UPA

Antypolskie kroki Zełenskiego natychmiast ożywiły i zradykalizowały epigonów nacjonalizmu ukraińskiego

Duża część polskiej sceny polityczno-medialnej dopiero pod koniec maja br., kiedy prezydent Ukrainy uhonorował jednostkę wojskową imieniem Bohaterów UPA, odkryła, że Ukraina opiera swoją tożsamość na heroizacji najbardziej skrajnych nurtów historycznego nacjonalizmu ukraińskiego. Tymczasem dzieje się tak od 2004 r. (z przerwą w latach 2010-2014), a wszelkie fakty o tym świadczące były przez 20 lat ignorowane przez wielu polskich polityków jako sprzeczne z neoprometejską linią naszej polityki wschodniej.

Były ambasador Polski w Kijowie Bartosz Cichocki ocenił, że na Ukrainie trwa obecnie antypolska kampania, a tamtejsza debata publiczna nie dopuszcza polskich argumentów w sprawie UPA. Cichocki przypomniał też systemowe dyskryminowanie Polaków przez władze ukraińskie od 1991 r., w tym przypadki odmowy zwrotu kościołów i ograniczania polskiego szkolnictwa. W jego opinii obecny kryzys może doprowadzić nawet do zerwania stosunków dyplomatycznych. Dlaczego Cichocki mówi o tym dopiero teraz? Jako ambasador milczał przecież w imię owych neoprometejskich miraży realizowanej w Warszawie polityki wschodniej. Czy w jego środowisku politycznym (PiS) przypadkiem nie był swego czasu popularny slogan „lepsza Ukraina banderowska niż sowiecka”?

Bohater Petlura?

Prezydent Nawrocki zasugerował w wystąpieniu z 19 czerwca, żeby Ukraińcy czcili Petlurę zamiast UPA. Z tego zapewne powodu, że był to sojusznik Piłsudskiego podczas tzw. wyprawy kijowskiej w 1920 r. Tylko że Petlura wcale nie jest postacią aż tak jasną. W latach 1917-1920 Ukraińska Republika Ludowa, która początkowo była protektoratem niemieckim, spłynęła żydowską krwią. Kilkaset pogromów, od 50 tys. do 250 tys. ofiar śmiertelnych, pół miliona wypędzonych i ograbionych. A działo się to 23 lata przed ludobójstwem zgotowanym europejskim Żydom przez Hitlera. Oczywiście pogromów na Żydach dopuszczały się wszystkie walczące tam strony (petlurowcy, biali, machnowcy i bolszewicy), ale to kierowany przez Petlurę od lutego 1919 r. Dyrektoriat URL szeroko wykorzystywał agitację antysemicką do politycznego scalania swoich zwolenników. Petlura zginął w maju 1926 r. w Paryżu z ręki żydowskiego zamachowca, poety Szolema Szwarcbarda, który utrzymywał, że morderstwa dokonał w akcie zemsty za wymordowanie jego rodziny na Ukrainie podczas rządów Petlury. Ława przysięgłych odniosła się z wyrozumiałością do tego wyjaśnienia i w konsekwencji francuski sąd uniewinnił Szwarcbarda. Ponadto Petlura był i jest uważany przez nacjonalistów ukraińskich za zdrajcę, ponieważ w umowie warszawskiej z 21 kwietnia 1920 r. zgodził się na oddanie Galicji Wschodniej i Wołynia Polsce.

Chociażby dlatego życzliwe rady w sprawie czczenia Petlury zamiast banderowców zostaną na Ukrainie zignorowane. Tego samego dnia, w którym prezydent Nawrocki odebrał Order Orła Białego Zełenskiemu, w miejscowości Botyń na Wołyniu odsłonięto pamiątkowy krzyż ku czci Petra Gudzowatego „Oczeretenki” (1912-1946), jednego z miejscowych watażków UPA. W uroczystości uczestniczyli przedstawiciele lokalnych władz, duchowieństwa, weterani wojny rosyjsko-ukraińskiej oraz organizacje młodzieżowe. „Oczeretenko” był działaczem OUN od połowy lat 30. XX w., żołnierzem batalionu „Nachtigall” i 201. batalionu Schutzmannschaft, a następnie jednym z dowódców UPA na Wołyniu, w czasie gdy OUN-B i UPA dokonały tam ludobójstwa na ludności polskiej.

O jego udziale w tej zbrodni nie dowiemy się jednak z żadnych ukraińskich publikacji. Zaprzeczanie ludobójstwu wołyńskiemu, zwłaszcza tam, gdzie zostało popełnione, ma na Ukrainie charakter powszechny i stanowi fundament pomajdanowej polityki historycznej. Pomija się określenie „ludobójstwo” lub stosuje eufemizmy negujące ludobójczy charakter zbrodni („tragedia wołyńska”), nie pisze się, kto był sprawcą, relatywizuje lub zakłamuje („wojna chłopska”) powszechny udział ludności ukraińskiej w masowych mordach oraz sugeruje rzekomą odpowiedzialność NKWD. Skrupulatnie omijane są w kontekście ludobójstwa wołyńskiego nazwy UPA i OUN-B oraz nazwiska Bandery, Szuchewycza, Klaczkiwskiego i innych sprawców.

Rzeczywistość nie szczędzi polskiej klasie politycznej jeszcze boleśniejszych doświadczeń niż to, które zafundował jej prezydent Zełenski. Wydawnictwo Rainshouse, powiązane z pułkiem Azow, wprowadziło do obiegu pod koniec czerwca naszywkę, na której znajduje się napis: „Wołyń Pride”,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

To wielka umiejętność – skłócić się ze wszystkimi

Polska polityka wschodnia – zapis klęski

Polska polityka wschodnia. To jedno z najczęściej powtarzanych ostatnio haseł. Pięknie brzmi! Można rzec, jak opowieść o Yeti – wszyscy o niej mówią, ale czy istnieje?

Bo cóż to za polityka, której efektem jest to, że ze wszystkimi państwami poradzieckimi mamy stosunki bardzo złe albo złe? Że nigdzie nie mamy wpływów, że patrzą na nas albo z niechęcią, albo z nieufnością? Że jesteśmy od spraw wschodnich i przez USA, i przez Europę Zachodnią, i przez Rosję i Ukrainę odepchnięci? Choć powinniśmy być jednymi z rozgrywających.

Co to więc za polityka? Co tu nawaliło? Założenia? Wykonanie?

Oczywiście w sferze ogólnych tez wszystko wygląda pięknie. Możemy usłyszeć o koncepcji budowy wpływów Polski na Wschodzie. O testamencie Giedroycia. O rozszerzaniu zachodnich wartości na Wschód. O popieraniu sił demokratycznych i demokratycznych przemian. Wszystko to są pięknie brzmiące słowa, tylko – zdaje się – zupełnie puste.

Szef Ośrodka Studiów Wschodnich (OSW) Wojciech Konończuk mówił niedawno w Sejmie, że jego instytut korzysta z osiągnięć polskiej przedwojennej sowietologii, bo zachowała ona wiele wciąż aktualnych tez, zwłaszcza dotyczących charakteru Rosji. Zapewne ta opinia sporo mówi o naszych sąsiadach. Ale chyba jeszcze więcej o Polsce. I o jej polityce wschodniej – bo jeśli definiują ją tak szerokie ramy, w które można wpisać nawet przedwojnie, to znaczy, że nie definiuje jej nic. Że to raczej odruchy.

Wymieńmy je. Na pewno w pierwszych latach III RP polska polityka była tu funkcją polityki USA. Nasza aktywność na Wschodzie, angażowanie się w „promowanie demokracji”, w pomarańczowe rewolucje, była – owszem – potrzebą serca środowisk postsolidarnościowych, ale współgrało to mocno z polityką Stanów Zjednoczonych – rozcinania poradzieckiego obszaru. Polska była wygodnym narzędziem, by Moskwę naciskać, drażnić, i z tego narzędzia Wielki Brat korzystał. Ku zadowoleniu polityków w Warszawie…

„Robienie łaski Amerykanom” – dziś realizatorem tej polityki jest Karol Nawrocki, uniżony i zgadujący życzenia Donalda Trumpa…

Nasza polityka wschodnia była również (i jest) funkcją fantomu II RP. Nasze Kresy! Przejawia się to w protekcjonalnych gestach, w poczuciu wyższości. W przekonaniu, że Ukraina i Białoruś to naturalne pola naszej rywalizacji z Rosją. I wspominaniu Giedroycia. Nic z tego nie wychodzi, trudno przecież spodziewać się efektów, gdy prowadzi się politykę sprzed 100 lat. Odpryskiem tego myślenia jest obecny w polskiej polityce mesjanizm. Przekonanie, że musimy demokratyzować Wschód, przerabiać go na swoją modłę. Nieść żagiew Solidarności. Puste to przecież…

Polityka wschodnia jest też funkcją traum historycznych. W jej narracji głównym celem Polski jest uznanie przez Wschód naszego męczeństwa, pielęgnowanie naszych cmentarzy, miejsc kaźni. Przez lata dominował Katyń, teraz od kilku lat mamy do czynienia z Wołyniem. Tu czasy współczesne mieszają się z historią. I, nie umniejszając wagi sprawy wołyńskiej, chyba nie jest zbyt rozsądne do niej sprowadzać stosunki między dwoma państwami.

Poza tym polityka wschodnia jest funkcją polskich strachów. Że przyjdzie Rosja i podbije, i uciemięży. Tłumaczył to w Sejmie szef OSW: „W polskiej polityce wschodniej naprawdę chodzi o to, że jest ona częścią polskiego bezpieczeństwa narodowego”. Jeżeli tak, to jej osią musi być walka z Rosją, osłabianie jej. Gdy więc rosyjscy

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Polska w czasie Wielkiego Kryzysu

Często pierwsi do zwolnienia byli ludzie najbardziej kosztowni dla pracodawców

Dr Kamil Piskała – adiunkt w Katedrze Historii Polski Najnowszej na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Łódzkiego, autor książki „Zredukowani. O społecznych skutkach Wielkiego Kryzysu”.

Czy doświadczenie Wielkiego Kryzysu z początku lat 30. odcisnęło się, obok traumy czasów okupacji, na postawach Polaków po wojnie, przyczyniając się do akceptacji zmiany ustrojowej?
– Na pewno. I da się to wyczytać choćby z pamiętników wysyłanych na konkursy organizowane niedługo po wojnie. Szczególnie ze wspomnień pisanych przez chłopów. Nawet jeżeli Wielki Kryzys nie jest przywoływany wprost, to stanowi tło, punkt odniesienia dla zmian zachodzących po wojnie, np. w dziedzinie usług społecznych. Doświadczenia lat kryzysu miały istotny wpływ na wybory polityczne znacznej części społeczeństwa. Pamiętając o tym, można w głębszy sposób zrozumieć dylematy tamtych czasów i tym samym wykroczyć poza czarno-biały, komiksowy obraz pierwszych lat powojennych.

Trzeba też dodać, że wiele wprowadzanych wówczas zmian szło w kierunku tego, co głoszono w programach i deklaracjach partii politycznych skupionych w obozie londyńskim. Odrzucenie paradygmatu wolnorynkowego i idea jakiegoś rodzaju gospodarki planowej były wówczas powszechne, a źródła miało to właśnie w latach Wielkiego Kryzysu.

Jak nasz kryzys jawi się w porównaniu ze światowym?
– Kryzys był globalny i poszczególne państwa przechodziły go na różne sposoby. Gdyby jednak popatrzeć na wskaźniki ekonomiczne, to wydaje się, że Polska była jednym z tych państw, które najsilniej go doświadczały, w skali porównywalnej z wielkimi państwami przemysłowymi, takimi jak Niemcy czy USA. Polska, mimo że była krajem w dużej mierze rolniczym, doświadczała zarówno potężnego kryzysu agrarnego, spowodowanego spadkiem cen żywności, jak i kryzysu przemysłowego o intensywności porównywalnej z państwami wysoko uprzemysłowionymi.

Kogo Wielki Kryzys bardziej zepchnął z drabiny społecznej? Mieszkańców miast czy biedotę wiejską?
– Wyjątkowość Wielkiego Kryzysu w Polsce polegała na tym, że w przeciwieństwie do wcześniejszych kryzysów gospodarczych nie ma żadnej grupy, która w jakimś sensie byłaby jego beneficjentem. Poprzednie kryzysy selektywnie uderzały w różne gałęzie gospodarki, ale były grupy społeczne, które prosperowały, wręcz dorabiały się na nich. Wielki Kryzys dosięgnął wszystkie grupy, może z wyjątkiem tych, które dysponowały stałą pracą i pensją, jak pracownicy administracji i zakładów zbrojeniowych. Kryzys uderzył zarówno w miasta, ludzi żyjących w nich z pracy najemnej, jak i w polską wieś – bardzo mocno. I dlatego trudno byłoby powiedzieć, który z tych światów – miasto czy wieś – został bardziej doświadczony.

A jaka była skala bezrobocia?
– Nie jesteśmy w stanie wyliczyć go tak, jak liczymy dzisiaj, bo nie możemy ustalić liczby osób aktywnych zawodowo, z tego względu, że poza osobami zatrudnionymi w zakładach przemysłowych mamy takie sektory jak chałupnictwo, rzemiosło, gdzie pracują członkowie rodziny – i one w ogóle nie podlegają żadnym statystykom. Natomiast ówczesne szacunki w odniesieniu do grup, które były objęte statystykami – pracowników średnich i dużych zakładów – wskazują, że w przemyśle i usługach bezrobocie mogło sięgać nawet 30% zatrudnionych, w niektórych miejscowościach niemal 50%.

Czy bezrobocie w pierwszej kolejności dosięgnęło robotników niewykwalifikowanych?
– Rzecz była bardziej złożona. Często pierwsi do zwolnienia byli niekoniecznie ci, którzy mieli najniższe kwalifikacje, raczej ci, którzy dla pracodawców byli najbardziej kosztowni. Kobiety czy młodociani pracujący na podobnych stanowiskach zarabiali zwykle kilkadziesiąt procent mniej niż mężczyźni, choć wykonywali podobną pracę z porównywalną efektywnością. Dlatego przedsiębiorcom bardziej opłacało się zwolnić np. mężczyznę niż kobietę. Z drugiej strony ci, którzy mieli najmniejsze kwalifikacje, mieli dużo większe problemy ze znalezieniem nowej pracy.

Gdyby spojrzeć na bezrobocie od strony branż, które z nich najbardziej ucierpiały?
– W pierwszej kolejności wymieniłbym górnictwo i przemysł metalurgiczny, a także budownictwo, które drastycznie się załamało. No i włókiennictwo, gdzie doszło do znacznej redukcji zatrudnienia, ale jednocześnie rozpowszechniło się zjawisko półbezrobocia, czyli osób pracujących w niepełnym wymiarze pracy. W tej branży w taki sposób zatrudniona była niemal połowa wszystkich pracowników. Udawało się utrzymać posadę, ale pracowano przez dwa, trzy, cztery dni w tygodniu, co oczywiście wiązało się ze znacznie zmniejszonymi zarobkami.

Czy Wielki Kryzys rozłożył się proporcjonalnie na obszarze II Rzeczypospolitej?
– Były takie miejsca, gdzie kryzys był bardziej widoczny z perspektywy władzy i społeczeństwa. To głównie duże ośrodki przemysłowe, np. Łódź z dominującym przemysłem włókienniczym czy Śląsk i Zagłębie Dąbrowskie z dominującym górnictwem i przemysłem metalowym. W tych ośrodkach rzesze bezrobotnych były

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Premier na najtrudniejsze czasy

Pomnik Tadeusza Mazowieckiego będzie symbolem III RP

Donald Tusk zaproponował budowę pomnika Tadeusza Mazowieckiego przed siedzibą rządu. – Postawmy mu pomnik, tu, przed Kancelarią Premiera, jego kancelarią – mówił. To znakomita inicjatywa, jedna z najlepszych w jego karierze politycznej. Dobra dla samego Tuska, bo pozwala mu wyjść z politycznej obłości i nijakości, która, jak pokazują sondaże, zupełnie mu nie służy.

W dzisiejszej polityce potrzebny jest sztandar, sens działania, potrzebni są bohaterowie. Koalicja 15 Października ich nie ma, to dlatego ulega prawicy, napastliwym atakom. Gdyby wiedziała, jakiej Polski chce, sama mogłaby narzucać ton. Ale przede wszystkim to inicjatywa dobra dla Polski. Tej obecnej i tej, która będzie. Dla nas samych.

Jako społeczeństwo jesteśmy zainfekowani kłótniami, coraz częściej traktujemy życie publiczne jako arenę wywoływania emocji, szczucia na aktualnych wrogów. Coraz częściej kierują nami emocje tłumu, bezustannie podpuszczanego przez żądnych władzy pseudopolityków. Sejm nie jest miejscem refleksji, ale awantur i swoistej rywalizacji, kto kogo mocniej obrazi. Pojawiają się nowe określenia: oburzing, zaoranie. To wszystko zwyczaje prymitywnej gawiedzi, której się schlebia.

Innymi słowy, polityka przestała być sztuką, stała się awanturą. Kto kogo. A refleksja, co z danych działań będzie wynikało, myślenie w kategoriach dłuższych niż najbliższa kampania zupełnie zanikły.

Możemy więc powiedzieć, że Tadeusz Mazowiecki do obecnej polityki nie pasuje, że to nie jego żywioł. Nie był demagogiem ani oszustem. Nie obiecywał gruszek na wierzbie. Nie dzielił, tylko szukał porozumienia. Myślał w kategoriach interesu Polski, a nie partyjnego. Nie obrażał, nie krzyczał – mówił spokojnie. Wierzył ludziom i dawał im szerokie pole do działania. I na tym polega jego siła.

Można długo wyliczać. Argumentów na potwierdzenie tezy, że Mazowiecki do dzisiejszej polityki nie pasuje, jest aż nadto. Rzecz w tym, że to nasz problem.

I dlatego Mazowiecki powinien mieć pomnik.

To będzie symbol. Przede wszystkim III Rzeczypospolitej. Tej, o której marzyły pokolenia – tolerancyjnej, będącej częścią Zachodu. Tej, w którą Mazowiecki nas wprowadził. Oczywiście nie sam, ale w tej grupie był sztandarową postacią. Poza tym symbol sposobu prowadzenia polityki: rozważnej, nieagresywnej i w końcu skutecznej. Symbol myślenia o Polsce. Warto to przypominać, bo widzimy, co dziś się dzieje.

Ale będzie to też symbol pokolenia. Tego doświadczonego wojną, a potem Polską Ludową. Państwem, które części dało wielką szansę, a taka zdarza się raz na wiele pokoleń. Ludzie ci zbudowali współczesne społeczeństwo, ulepili Polskę na nowo. I byli tą Polską czasem zachwyceni, czasem rozczarowani. Bo to była pół-Polska,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Krótka pamięć apologetów NSZ

Pamiętając o zbrodniach UPA nie można zapomnieć o Wierzchowinach

6 czerwca minie 81. rocznica krwawej rzezi, jaką urządzili tzw. żołnierze podziemia niepodległościowego we wsi Wierzchowiny w powiecie krasnostawskim. Przeszło 300-osobowy oddział Narodowych Sił Zbrojnych pod dowództwem kpt. Mieczysława Pazderskiego „Szarego” wymordował ok. 200 mieszkańców, głównie kobiety i dzieci, tylko dlatego, że byli Ukraińcami i podejrzewano ich o sprzyjanie nowej władzy. Zbrodnia w Wierzchowinach była największą, do jakiej doszło w Europie tuż po zakończeniu II wojny światowej.

W Kancelarii Prezydenta RP zapytałem:

1. Czy Karol Nawrocki potępia zbrodnie, których dopuścili się Polacy na współobywatelach narodowości ukraińskiej w czasie II wojny światowej i po jej zakończeniu?

2. Dlaczego Karol Nawrocki nigdy nie uczcił pamięci osób, które zostały zamordowane przez tzw. żołnierzy wyklętych we wsi Wierzchowiny?

3. Jaki jest stosunek prezydenta do zbrodni w Wierzchowinach? Czy dla Karola Nawrockiego Mieczysław Pazderski jest bohaterem, czy zbrodniarzem?

Nie dostałem odpowiedzi, co jest wymowne. Zbrodnia w Wierzchowinach jest niewygodnym tematem dla najwyższego przedstawiciela władzy. Będąc prezesem IPN, Karol Nawrocki wyrzucił z pracy w lubelskim oddziale dr. Mariusza Zajączkowskiego, historyka zajmującego się problematyką stosunków polsko-ukraińskich w latach 1939-1947. Jako oficjalny powód usunięcia podano „zniewagę” prezesa IPN, tj. rzekome zamieszczanie w mediach społecznościowych inwektyw pod adresem Nawrockiego. Jednak faktyczna przyczyna była inna.

„Przede wszystkim za niewłaściwe z punktu widzenia polskich nacjonalistów piśmiennictwo naukowe i publiczne wypowiedzi na temat stosunków polsko-ukraińskich w latach 40. XX w. Czyli krytyczne ustosunkowanie się do jednostronnej narracji narodowej. (…) Na przykład wskazywanie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Ciągłość dziejów gospodarki

O czym mówił wicepremier Kwiatkowski na gospodarczej naradzie członków rządu

W dyskusjach o przeszłości najczęściej zajmujemy się historią polityczną, władzami i wojnami. Zakładamy, zresztą słusznie, że wiele z tego, co było, będzie także naszym dzisiejszym doświadczeniem. Teraz chętnie porównujemy III RP z PRL, a najczęściej tylko z kryzysem lat 80. To prawda, że dziś jest lepiej niż wczoraj, ale można zauważyć, że wczoraj też było lepiej niż przedwczoraj, czyli w II RP. Okresy w historii wyznaczają nie tylko chcenia, ale przede wszystkim dokonania w określonych warunkach. Odwołując się do II RP, warto sięgać do dokumentów z tamtego okresu.

Takim dokumentem jest sprawozdanie z narady gospodarczej, która odbyła się na przełomie lutego i marca 1936 r. w Warszawie. Tekst został starannie wydrukowany, w twardej oprawie, co pokazuje, że chciano się pochwalić polityką rządu. Na naradzie prezentowano plan gospodarczy gabinetu, na którego czele stał Marian Zyndram-Kościałkowski. Programowy referat wygłosił wicepremier inż. Eugeniusz Kwiatkowski, w sprawach branżowych głos zabierali ministrowie. Szczegółowe sprawozdanie z tej narady jest źródłem ciekawych informacji o tym, jak wówczas postrzegano sprawy kraju. Spróbuję pokazać ówczesną ocenę stanu gospodarki w wystąpieniu wicepremiera Kwiatkowskiego.

Wicepremier po oddaniu hołdu zmarłemu Józefowi Piłsudskiemu (taki był wtedy rytuał wpisany w kult Marszałka) skupił się na omówieniu głównych trudności, z którymi rząd musi się mierzyć. Zaczął od tego, że Europę często dzieli się na dwie części wzdłuż polskiej granicy zachodniej. Uznał, że nie jest to obiektywne stwierdzenie, bo granica różnicująca poziom gospodarczy przebiega przez środek Polski. Po stronie Polski A są województwa: pomorskie, poznańskie, śląskie, krakowskie, kieleckie, łódzkie i warszawskie. Po drugiej stronie jest cała reszta Polski. Ludność każdej części wynosi 16 mln. Obszar Polski A to ok. 36% powierzchni,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Majowy dramat lewicy

Wincenty Witos: Mówią, że Piłsudski ma za sobą wojsko. Jeśli tak, to niech bierze władzę siłą

Sto lat temu Polska była krajem nie mniej podzielonym i skłóconym pod względem politycznym niż Polska dzisiejsza. Apogeum wrogości czy wręcz nienawiści nastąpiło w grudniu 1922 r., gdy nowo wybrany parlament obierał pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej.

Zabójstwo prezydenta Gabriela Narutowicza, poprzedzone wielodniową nagonką na niego jako „żydowskiego prezydenta”, który nie ma prawa stać na czele narodowego państwa Polaków, ostatecznie podzieliło elity II RP, ale też całe społeczeństwo.

Maria Dąbrowska 20 lat później pisała: „Wówczas to i pod wpływem tych faktów zrodziły się we mnie dwa poczucia, z którymi w sobie walczyłam, ale które, niestety, aż po dziś dzień wzmacniam i potwierdzam. Jednym z nich było wstrząsające odkrycie, że naród nasz składa się z dwu narodów, które język ust mają wspólny, ale nie język ducha. Drugim była tajemna trwoga, która się wówczas we mnie posiała, że ta zbrodnia u progu niepodległości na majestacie Rzeczypospolitej popełniona, będzie się okrutnie mścić w przyszłości. Nie będąc wolna od magicznego myślenia drżałam zabobonnie, że za tę rozlaną krew najniewinniejszego wówczas Polaka lać się może kiedyś krew mnóstwa niewinnych Polaków”.

Przeczucia wybitnej pisarki, przez całe życie wiernej ideałom postępowo-demokratycznym, niestety okazały się trafne. Zaledwie dwa i pół roku po zabójstwie pierwszego prezydenta na ulicach Warszawy polała się krew prawie 400 niewinnych Polaków. Tyle ofiar przyniosły trzydniowe zaledwie, rozpoczęte 12 maja 1926 r., walki pomiędzy wkraczającymi do stolicy oddziałami wiernymi Piłsudskiemu a wojskami broniącymi legalnych władz Rzeczypospolitej. W walkach tych ginęli zarówno żołnierze z obu stron, jak i liczni cywile – mimowolni świadkowie tej krótkiej wojny domowej.

I choć pierwsze strzały w owej walce oddali żołnierze ze strony rządowej, to nie ulega wątpliwości, że polityczna i moralna odpowiedzialność za tę tragiczną sytuację i jej konsekwencje w największym stopniu spada na Józefa Piłsudskiego. To on był najważniejszą postacią polskiej polityki po 1918 r. i to na niego lub przeciw niemu orientowali się wszyscy pozostali aktorzy sceny politycznej. Nie zmieniło się to po wyborze Narutowicza, a potem jego następcy, Stanisława Wojciechowskiego, za którego prezydentury aż pięciokrotnie zmieniały się rządy. W maju 1923 r. doszło do zawiązania koalicji endecji z PSL „Piast”, w rezultacie czego na czele gabinetu stanął Witos, a ważne teki ministerialne objęli czołowi politycy prawicy, m.in. Wojciech Korfanty i Roman Dmowski.

Z takim rządem nie chciał współpracować Piłsudski, który złożył wówczas wszystkie funkcje wojskowe i usunął się w zacisze swojego domu w Sulejówku. Podczas pożegnalnego przyjęcia w warszawskim Hotelu Bristol 3 lipca 1923 r. wygłosił pamiętne przemówienie, w którym, wyjaśniając powody swojej decyzji, wskazywał „zaplutego, potwornego karła na krzywych nóżkach”: „Ten potworny karzeł pełzał za mną, jak nieodłączny druh, ubrany w chorągiewki różnych typów i kolorów – to obcego, to swojego państwa – krzyczący frazesy, wykrzywiający potworną gębę, wymyślający jakieś niesłychane historie, ten karzeł był moim nieodstępnym druhem, nieodstępnym towarzyszem doli i niedoli, szczęścia i nieszczęścia, zwycięstwa i klęski”.

Ta metafora – skutecznie przejęta przez PPR-owską propagandę w 1945 r. – dla nikogo wówczas nie stanowiła zagadki, tym bardziej że sam Piłsudski dodawał, że nie może już dłużej służyć w armii w sytuacji, gdy jako żołnierz miałby bronić „tych panów”. Jak zauważył Stanisław Cat-Mackiewicz, „ta mowa silna, obrazowa, poniżała i obrażała najsilniejsze w Polsce stronnictwo, które właśnie doszło do władzy. Ton tej mowy był niepohamowany, rzucał rękawicę na śmierć i życie. Lecz trzeba przyznać, że dopiero w tej mowie brał Piłsudski odwet za wszystkie upokorzenia i afronty, które ze strony Narodowej Demokracji, jej prasy i jej przedstawicieli spotykały go wtedy, gdy był Naczelnikiem Państwa i Naczelnym Wodzem. Trzeba zaznaczyć, że Piłsudski, dopóki był Naczelnikiem Państwa, nie próbował walczyć z obrażającą go prasą cenzurą lub środkami policyjnymi”.

Nie tylko prasa, ale i przeciwnicy polityczni ignorowali autorytet, jakim niemała część społeczeństwa obdarzała Marszałka. On sam nie pozostawał bierny wobec wydarzeń politycznych, choć formalnie upominał się tylko o sprawy wojskowe, podkreślając zwłaszcza konieczność obrony armii przed ingerencją stronnictw sejmowych. Nie wydaje się jednak, by ówczesne elity polityczne traktowały Piłsudskiego poważnie, skoro nawet Wincenty Witos w wywiadzie prasowym z 9 maja 1926 r. mówił: „Niechże wreszcie Marszałek

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Dlaczego na początku lud poparł zamach na demokrację

Historia powtarza się dwa razy.
Karol Marks

Mija 100 lat, od kiedy Józef Piłsudski przejął dyktatorską władzę w Polsce. Nie bardzo wiem, kto zorganizuje obchody tej rocznicy. Nawet jeśli, będzie to kolejne załgane przedsięwzięcie, podkreślające geniusz Marszałka i jego osiągnięcia, przy których blakną Bereza Kartuska, proces brzeski czy strzelanie do chłopów w Łapanowie.

Nie jestem historykiem, nie interesują mnie szczegóły, a tym bardziej meandry marszu Marszałka na Warszawę. Bardziej interesuje mnie, dlaczego na początku lud poparł zamach na demokrację i jakie wnioski można z tego wyprowadzić dla nas, tu i teraz. Rysuję to grubym ołówkiem, mając pełne zaufanie do Czytelników „Przeglądu”, ich wyobraźni i poczucia absurdu zawartego w cytowanym powiedzeniu Karola Marksa.

Moim zdaniem o sukcesie Marszałka i poparciu, jakie okazała mu znaczna część społeczeństwa, zadecydowały trzy czynniki.

Pierwszy to brak spójności społecznej w nowo powstałej Rzeczypospolitej. Tworzy się oto bowiem państwo, od którego obywatele odwykli. Opowiadanie o tym, jak to przez 123 lata zaborów pielęgnowaliśmy ducha narodu polskiego, jak tęskniliśmy za własnym państwem, jest miłe, ale nieprawdziwe. Pod zaborami żyło sześć pokoleń, które nasiąkały poddańczą kulturą polityczną i odrębną kulturą cywilizacyjną. Te granice zaborów widoczne są po dzień dzisiejszy: w języku, obyczajach i stosunku do państwa wyrażającym się w postawach politycznych. Ponadto chłopi pamiętali, że to zaborcy zlikwidowali pańszczyznę i dali im wolność osobistą. Skoro zobaczyli w Sejmie po 1918 r. tych magnatów, których własnością byli do niedawna, nic dziwnego, że takiemu państwu nie ufali.

Dodajmy do tego, że ok. 30% obywateli Rzeczypospolitej nie było etnicznymi Polakami. Mniejszości zawsze podejrzewają, że nie są pełnoprawnymi obywatelami, a ich relacje z większością często odwołują się do lekceważenia czy nawet pogardy, jaką ta większość im okazuje. Pogromy nie są wynalazkiem XX w. Marsz endecji przez Polskę budził więc zrozumiałe zaniepokojenie.

Mamy rok 2026. Nie mamy znaczących mniejszości narodowych czy etnicznych, ale mamy imigrację. Będzie coraz liczniejsza, bo to my – z powodów demograficznych – potrzebujemy nowych rąk do pracy. Mamy podzielone – jak nigdy dotąd – społeczeństwo i elity polityczne. Nie wedle poglądów na świat i na politykę, te podziały są dużo głębsze. Centrum – peryferie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Stulecie

Jutro stulecie przewrotu majowego. Czterystu poległych w trzydniowych walkach obciąża Józefa Piłsudskiego. Czy jednak miał on wyjście? Obóz narodowy zawsze zagrażał państwu. Już w styczniu 1919 r. zamach stanu Eustachego Sapiehy i Mariana Januszajtisa omal nie spowodował upadku powstającej Rzeczypospolitej. Endecja, uznająca się za emanację narodu, uważała jednak, że państwo ma być dla niej. To przeciw takiemu myśleniu powstał w maju 1926 r. szeroki front: oddziałów Wojska Polskiego oraz partii polskiej lewicy: od socjalistów i radykalnych ludowców po… komunistów. Liderem tego frontu był przez moment Józef Piłsudski.

„Nie może być w państwie – gdy nie chce ono iść ku zgubie – za dużo nieprawości”, mówił Piłsudski w dniu zamachu. Jednak nieprawości jego rządów przewyższyły potem nieprawości poprzedników. Rzecz jasna, trudno to usprawiedliwiać, lecz trzeba pamiętać o alternatywie. Bo alternatywą była zawsze endecja. Lubimy pamiętać o rozprawie z Centrolewem, o twierdzy brzeskiej i procesie brzeskim. A przecież w roku 1933 władze rozwiązały endecki, faszyzujący Obóz Wielkiej Polski. A w roku 1934, po niespełna trzech miesiącach istnienia, zdelegalizowały endecki, wprost faszystowski, Obóz Narodowo-Radykalny. I to właśnie endecy stali się pierwszymi więźniami Berezy Kartuskiej. Dopiero po śmierci Piłsudskiego sanacja, pozbawiona jego charyzmy, poczuła się zmuszona

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Szahaj Felietony

Wolność a samowola

Kochamy wolność. Mam jednak wrażenie, że zbyt często mylimy ją z samowolą. Ta druga polega na tym, aby zawsze robić, co się chce, ta pierwsza, aby robić to, co robić wolno. Samowola charakteryzuje zachowanie małego dziecka, które nie zna jeszcze ograniczeń moralnych, obyczajowych czy prawnych, wolność – dojrzałego człowieka, który we, że nie wszystko można. Zna zatem i akceptuje ograniczenia wolności wynikające z tego, że jest ona realizowana zawsze w kontekście relacji z innymi ludźmi. Wie, że nie realizuje się swojej wolności kosztem innych. Że ludzkie działania odbywają się nie w pustce, ale w pewnej wspólnocie, w której bycie razem wymaga regulacji zapewniających równość praw, a co za tym idzie wykluczenia sytuacji, kiedy czyjąś wolność realizuje się w sposób uszczuplający wolność innych albo narażający ich na szeroko pojmowaną krzywdę. Słowem, o ile samowola jest znakiem egoistycznego wynoszenia swojego widzimisię do rangi jedynej motywacji działania, o tyle wolność jest realizacją czyjejś woli w sposób biorący pod uwagę prawa, uczucia i interesy innych.

Przejdźmy do konkretów. O ile wolność w poruszaniu się po drogach polega na kierowaniu pojazdem w taki sposób, aby nie naruszać przepisów ruchu drogowego, o tyle samowola polega na tym, że jadę, jak chcę, nie honorując ograniczeń szybkości czy innych regulacji. O ile wolność w użytkowaniu posiadanego przeze mnie kawałka ziemi polega na tym, że mogę z nim zrobić, co mi się podoba, pod warunkiem że nie ma to niekorzystnego wpływu na innych, o tyle samowola polega na tym, że robię, co chcę, np. buduję coś, co wpłynie negatywnie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.