Tag "II RP"
Ciągłość dziejów gospodarki
O czym mówił wicepremier Kwiatkowski na gospodarczej naradzie członków rządu
W dyskusjach o przeszłości najczęściej zajmujemy się historią polityczną, władzami i wojnami. Zakładamy, zresztą słusznie, że wiele z tego, co było, będzie także naszym dzisiejszym doświadczeniem. Teraz chętnie porównujemy III RP z PRL, a najczęściej tylko z kryzysem lat 80. To prawda, że dziś jest lepiej niż wczoraj, ale można zauważyć, że wczoraj też było lepiej niż przedwczoraj, czyli w II RP. Okresy w historii wyznaczają nie tylko chcenia, ale przede wszystkim dokonania w określonych warunkach. Odwołując się do II RP, warto sięgać do dokumentów z tamtego okresu.
Takim dokumentem jest sprawozdanie z narady gospodarczej, która odbyła się na przełomie lutego i marca 1936 r. w Warszawie. Tekst został starannie wydrukowany, w twardej oprawie, co pokazuje, że chciano się pochwalić polityką rządu. Na naradzie prezentowano plan gospodarczy gabinetu, na którego czele stał Marian Zyndram-Kościałkowski. Programowy referat wygłosił wicepremier inż. Eugeniusz Kwiatkowski, w sprawach branżowych głos zabierali ministrowie. Szczegółowe sprawozdanie z tej narady jest źródłem ciekawych informacji o tym, jak wówczas postrzegano sprawy kraju. Spróbuję pokazać ówczesną ocenę stanu gospodarki w wystąpieniu wicepremiera Kwiatkowskiego.
Wicepremier po oddaniu hołdu zmarłemu Józefowi Piłsudskiemu (taki był wtedy rytuał wpisany w kult Marszałka) skupił się na omówieniu głównych trudności, z którymi rząd musi się mierzyć. Zaczął od tego, że Europę często dzieli się na dwie części wzdłuż polskiej granicy zachodniej. Uznał, że nie jest to obiektywne stwierdzenie, bo granica różnicująca poziom gospodarczy przebiega przez środek Polski. Po stronie Polski A są województwa: pomorskie, poznańskie, śląskie, krakowskie, kieleckie, łódzkie i warszawskie. Po drugiej stronie jest cała reszta Polski. Ludność każdej części wynosi 16 mln. Obszar Polski A to ok. 36% powierzchni,
Marszałek z lewicy
Ignacy Daszyński wnosił do polskiego życia politycznego najlepsze wartości i tradycje demokratyczne
Michał Śliwa – politolog i historyk, były rektor Akademii Pedagogicznej i Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, badacz dziejów polskiego ruchu socjalistycznego i II RP. Członek Komitetu Honorowego obchodów Roku Ignacego Daszyńskiego.
Kalendarium życia Ignacego Daszyńskiego:
1866 (26 października) – urodził się w Zbarażu, w patriotycznej, średniozamożnej rodzinie szlacheckiej.
1882 – zostaje wydalony z gimnazjum za wygłoszenie mowy o Wiośnie Ludów.
1883 – w Drohobyczu zaczyna pisać do „Gazety Naddniestrzańskiej” o robotnikach pracujących w zakładach naftowych w Stanisławowie i Drohobyczu.
1890 – rozpoczyna studia przyrodnicze na uniwersytecie w Zurychu. Jest jednym z założycieli Stowarzyszenia Robotników Polskich „Zgoda”, współpracuje m.in. z Julianem Marchlewskim i Gabrielem Narutowiczem.
1890–1919 – współzałożyciel i lider Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej.
1891 – na II Międzynarodowym Kongresie Robotniczym i Socjalistycznym II Międzynarodówki w Brukseli przewodniczy delegacji socjalistów polskich z trzech zaborów.
1897 – zostaje najmłodszym posłem w Izbie Posłów Rady Państwa Przedlitawii – cesarskiej części Austro-Węgier ze stolicą w Wiedniu. W 1900 zostaje wybrany ponownie.
1910 – bierze udział w uroczystościach odsłonięcia pomnika grunwaldzkiego w Krakowie, podczas przemówienia namawia do walki o niepodległą Polskę.
1914 – PPSD zawiązała porozumienie z PPS – Frakcją Rewolucyjną Józefa Piłsudskiego. Daszyński wstępuje do Legionów Polskich jako strzelec.
1917 – głosuje w parlamencie austriackim za wnioskiem PSL „Piast”, w którym Koło Polskie Sejmowe stwierdza, że jedynym dążeniem narodu polskiego jest odzyskanie niepodległej i zjednoczonej Polski z dostępem do morza.
1918 – wraz z innymi Polakami w parlamencie austriackim uchwala dokument, w którym członkowie izby składają deklarację, że uważają się od tej pory za obywateli polskich.
1918 (z 6 na 7 listopada) – powstaje Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej, w którym Daszyński zostaje premierem oraz ministrem spraw zagranicznych.
1919 – w wyniku zjednoczenia PPSD, PPS i PPS Zaboru Pruskiego utworzono jednolitą PPS, w której Daszyński zostaje jednym z przewodniczących Rady Naczelnej.
1920 – (24 lipca) wchodzi w skład Rządu Obrony Narodowej, obejmuje stanowisko wicepremiera (szefem rządu był Wincenty Witos).
1926 – na wniosek Daszyńskiego CKW PPS zajmuje „rzeczowo opozycyjne” stanowisko wobec rządu Józefa Piłsudskiego.
1928-1930 – posłowie wybierają Daszyńskiego na marszałka Sejmu.
1929 – jest jednym z założycieli Centrolewu – antysanacyjnego bloku stronnictw partyjnych.
1930 – po rozwiązaniu Sejmu przez prezydenta Mościckiego ponownie zostaje posłem z listy państwowej.
1930-1935 – po fali represji wobec opozycji (sprawa brzeska) jako krytyk sanacji i lider Centrolewu staje się celem ataków piłsudczyków.
1931 – postępująca choroba serca zmusza go do ograniczenia działalności. Udaje się do Domu Zdrowia w Bystrej Śląskiej, spotykając się z kolegami partyjnymi, kontynuuje prace nad wspomnieniami.
1934 – otrzymuje tytuł honorowego przewodniczącego PPS.
1936 (31 października) – po długiej chorobie umiera w Bystrej Śląskiej. Zostaje pochowany z wielkimi honorami w Krakowie na Cmentarzu Rakowickim.
Dlaczego określenie: „Daszyński – ojciec niepodległości Polski” jest w pełni uprawnione?
– Należał do pokolenia twórców odrodzonej Polski, któremu było dane „wybić się” na niepodległość i zrealizować marzenia kilku generacji poprzedników, bezskutecznie walczących o przywrócenie wolności narodowej. Na to miano zasłużył sobie w największym stopniu. Wyróżniał się bowiem wśród swojego pokolenia, wyrosłego w cieniu klęski powstania styczniowego, przedsięwzięciami i działaniami niepodległościowymi, prowadzonymi konsekwentnie przez niemal 40 lat przed 1918 r. W pracy publicznej kierował się zawsze myślą, wypowiedzianą w 1898 r.: „Polacy mają tylko jedną wielką politykę, a tą jest niepodległość Polski”.
To musiało skutkować bliską współpracą z Piłsudskim.
– Oczywiście. Daszyński był kluczową postacią w procesie odrodzenia Rzeczypospolitej, w działaniach bezpośrednio związanych z odnowieniem dążeń niepodległościowych – irredenty narodowej pod przywództwem współtowarzysza z ruchu socjalistycznego i przyjaciela, Józefa Piłsudskiego. Wspierał jego akcje militarne i polityczne, uprawomocniając je i torując im drogę w galicyjskim życiu politycznym i w polityce austro-węgierskiej, a więc początkowo m.in. działalność Związku Strzeleckiego i Komisji Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych, a następnie, w końcu sierpnia 1914 r., utworzenie Legionów Polskich. Odegrał także wybitną rolę w tworzeniu pierwszych lokalnych polskich struktur państwowo-administracyjnych na terenie zaboru austriackiego: Rady Narodowej Księstwa Cieszyńskiego oraz Polskiej Komisji Likwidacyjnej w Krakowie, z zadaniem – jak oznajmiał – „uprzątnięcia gruzów panowania austriackiego”.
Owo uprzątnięcie musiało objąć trzy zabory. I tu przechodzimy do utworzenia rządu w Lublinie.
– Pierwszego ogólnopolskiego rządu koalicji ludowo-socjalistycznej – utworzonego w Lublinie Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej (7-14 listopada 1918 r.), na czele którego stanął.
Użycie w nazwie słowa Ludowy musiało wiele znaczyć.
– Było znakiem urzeczywistnienia programu socjalistów. Ogromnego ich zaangażowania i wkładu w proces uobywatelnienia i unarodowienia warstw plebejskich – robotników i chłopów. Słowo Ludowy podkreślało też znaczenie kształtowania postaw demokratycznych i obywatelskich robotników i innych warstw ludności pracującej oraz konieczność dochodzenia swoich praw i racji na drodze parlamentarnej i pokojowej, a nie wystąpień radykalnych czy wręcz rewolucyjnych.
Czy niepodległościowa myśl Daszyńskiego i socjalistów uwzględniała doświadczenia historyczne sprzed dziesięcioleci i losy powstań?
– W działalności ideowo-politycznej polskich
Lekcja zamachu majowego
Jeżeli historia jest nauczycielką, to czego nas uczy zamach majowy z 1926 r.? I czy ma dla nas, współczesnych, jakieś znaczenie?
Dlaczego doszło do zamachu? Do najważniejszych jego przyczyn trzeba zaliczyć to, że po wojnie z bolszewikami wśród polityków odżyły animozje, osobiste niechęci mające początek jeszcze w czasach zaborów.
Nie bez znaczenia była osobowość Józefa Piłsudskiego. Typ konspiratora, który – w przeciwieństwie do Ignacego Daszyńskiego – nie miał doświadczenia w instytucjach parlamentarnych, a funkcjonowanie państwa widział jako przedłużenie struktur wojskowych. Lewica bała się,
Przesiedleńcy czy wypędzeni?
Nieznana relacja z rozmów Mariana Orzechowskiego z Hansem-Dietrichem Genscherem
W całej powojennej historii relacje między Polską a RFN miały niezwykłą wagę. Nawet w III RP co jakiś czas wyciąga się „niemiecką kartę”. Ostatnio robi to PiS, co powoduje, że i premier Donald Tusk musi się odnosić do podnoszonych przez Jarosława Kaczyńskiego żądań reparacji. Punktów spornych między Polską a RFN byłoby więcej, gdyby ich części nie udało się uregulować przez ekipy gen. Wojciecha Jaruzelskiego i Tadeusza Mazowieckiego.
Poniżej drukujemy nigdzie do tej pory nieupubliczniane obszerne wspomnienia prof. Mariana Orzechowskiego, ministra spraw zagranicznych w latach 1985-1988. Tekst jest skrótem części „Niemieckie obrachunki”, napisanym przez byłego ministra w 1991 r. Z tych wspomnień publikujemy opis dwóch wizyt – Mariana Orzechowskiego w RFN w 1986 r. i Hansa-Dietricha Genschera, wieloletniego lidera FDP, wicekanclerza i ministra spraw zagranicznych (1974-1992, z krótką przerwą w 1982 r.) w Polsce w 1988 r.
Opis obu wizyt pokazuje, jak wiele spraw trzeba załatwić, przezwyciężając wzajemne uprzedzenia i fundamenty dotychczasowej polityki. Bez tych działań coś, co nazywamy polityką pojednania i współpracy, byłoby tylko w sferze marzeń.
12 listopada 1985 r. Sejm powołał mnie na stanowisko ministra spraw zagranicznych. Nominację poprzedziła długa rozmowa z Jaruzelskim. Istotną jej częścią były stosunki polsko-niemieckie, a zwłaszcza stosunki z RFN. Jednym z moich podstawowych zadań miała być ich poprawa, „oczyszczenie przedpola” dla ich normalizacji.
Dalekie od „normalności” były nie tylko stosunki z RFN, ale i z NRD. Za fasadą oficjalnej przyjaźni skrywało się wiele wzajemnych urazów, nieporozumień, nierozwiązanych problemów spornych. (…).
Stosunki z Republiką Federalną Niemiec były wówczas bardzo chłodne. Hans-Dietrich Genscher w ostatniej dosłownie chwili odwołał przewidzianą na jesień 1985 r. wizytę w Polsce. Powód był banalny, ale wystarczający. MSZ za wiedzą i zgodą Jaruzelskiego odmówiło wizy dziennikarzowi z „Die Welt”, który miał towarzyszyć Genscherowi. Uznano go za rewizjonistę, źle nastawionego do Polski. (…)
Bardzo szybko po mojej nominacji wróciliśmy do sprawy wizyty Genschera w Polsce. Zasugerował on jednak, abym ja pierwszy przyjechał do Bonn. Sugestie przyjęliśmy. W rozmowach z Jaruzelskim ustaliliśmy główne założenia wizyty. Miałem w Bonn przedstawić nie tylko naszą gotowość porozumienia, ale i konkretną koncepcję „oczyszczenia przedpola”, umożliwiającą porozumienie, a w przyszłości i pojednanie polsko-niemieckie. „Oczyszczenie przedpola” oznaczało usunięcie przeszkód wynikających głównie z tzw. niemieckich pozycji prawnych,
Z samych prawaków zguba Polaków
„Z samych panów zguba Polaków”, pisał w roku 1790 Stanisław Staszic. Po pięciu latach Polski już nie było. Dziś miejsce panów zajęli prawacy, a moja trawestacja czyż nie jest zgrabniejsza? Pytanie tylko, co z Polską.
Kolejne formy polskiej niepodległej państwowości były w XX w. powoływane przez siły lewicowo-liberalne. Powstawały zawsze w drodze porozumienia: w roku 1918 z Radą Regencyjną, w roku 1989 z PZPR. W konsekwencji nowe państwo stawało się państwem dla wszystkich. Zagwarantowały to w roku 1921 Konstytucja marcowa, a w roku 1997 Konstytucja „wielkanocna”. Ale tak Druga, jak Trzecia Rzeczpospolita były szybko pozbawiane swych ideowych fundamentów.
Wszak nie minęły nawet dwa miesiące od historycznego Listopada, gdy w styczniu 1919 r. książę Eustachy Sapieha i płk Marian Januszajtis spróbowali dokonać prawicowego zamachu stanu. Na taki akt wrogości wobec tworzącego się państwa nie zdecydowali się wtedy nawet komuniści. I żaden z członków Komunistycznej Partii Robotniczej Polski nie rzucał potem grudami błota w świeżo obranego Pierwszego Prezydenta, żaden też z premedytacją i zimną krwią Prezydenta tego nie zastrzelił. Ówczesna prawica, endecja, nienawidziła swego państwa: było ono za mało polskie. Dla mniejszości narodowych miała więc tylko jedną propozycję: wynarodowienie. A zatem była jak dynamit rozrywający państwo: działała jak komuniści. U jednych i drugich Polska nie mogła być dla wszystkich.
Oczywiście fundamentów Drugiej RP nie niszczyli cieszący się niewielkim poparciem komuniści. Czyniła to przede wszystkim, mająca rząd dusz,
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Żądamy Bornholmu
Stojąc na straży bezpieczeństwa Polski, pomni tradycji II Rzeczypospolitej, wpisując się w doktrynę Trumpa i tym samym demonstrując jedność ideową z aktualnym prezydentem Ameryki, co niewątpliwie temu ostatniemu sprawiłoby przyjemność, mamy niepowtarzalną okazję wykorzystania trudnej sytuacji Danii. Powinniśmy zażądać od niej Bornholmu!
Ten Bornholm „po prostu nam się należy”, jak powiedziałaby pani ekspremier Szydło, albo, mówiąc prościej, tak jak o Grenlandii mówi prezydent Trump, „on nam po prostu jest potrzebny”. Jest potrzebny z wielu powodów. Niedaleko Bornholmu zdradziecko po morskim dnie przebiega (lepiej byłoby powiedzieć przepełza) rurociąg Nord Stream łączący Rosję i Niemcy. Niby na razie nieczynny, ale nie wiadomo na jak długo. Już samo to powoduje, że powinniśmy nad nim sprawować kontrolę. Z Bornholmu byłoby łatwiej. Wymaga tego bezpieczeństwo Polski! Mieszkańcy Polski Północnej, mając daleko do lotniska w Radomiu, z którego, jak słusznie wywiódł swego czasu poseł Suski, bliżej jest do Egiptu niż z Warszawy, zamiast latać w tak odległe rejony, mogliby wypoczywać na Bornholmie. A już na pewno bliżej na Bornholm niż do Egiptu mieliby kibole Lechii Gdańsk. Przecież za deklarowany tak głośno patriotyzm jakaś premia tym walecznym kibolom chyba się należy?.
Do tego dochodzą jeszcze racje historyczne, a także geograficzne. Zacznijmy od tych ostatnich. Z Kopenhagi na Bornholm jest ponad 180 km, i to tranzytem, przez kawałek Szwecji. Z Kołobrzegu tylko 50 mil morskich (ok. 93 km)! O połowę bliżej, w dodatku żaden tranzyt przez Szwecję nie jest potrzebny! A historycznie? Na Bornholmie ludzie żyli już w latach 9000-8000 p.n.e. i w tym czasie Bornholm miał połączenie lądowe z terenami dzisiejszej Polski i Niemiec. A z Danią nie! Później już (nawet znacznie później!) wyspę zamieszkiwali Burgundowie. No przecież nie Duńczycy! Potem mieszkańcy wyspy się zmieniali. Zasiedlali ją wikingowie, następnie pojawili się Duńczycy.
W wiekach IX-XII władztwo Duńczyków nad wyspą nie było wcale oczywiste, trwały o nią walki między Słowianami a Duńczykami. W XII w. znaczna część Bornholmu należała do szwedzkiego katolickiego arcybiskupstwa w Lund. W Lund już prawie nie ma katolików, a w Polsce jeszcze są, bez trudu można by wywieść, że już z tego powodu prawem dziedziczenia coś nam, katolikom, na tym Bornholmie się należy. Ale to dopiero początek.
W czasie wojny 13-letniej Duńczycy wspierali Krzyżaków i w pobliżu Bornholmu ich flota, wespół z inflancką, stoczyła walkę z trzema okrętami kaprów gdańskich. Za ten przykry incydent Duńczycy do dziś nie przeprosili. Potem był czas, gdy nad wyspą władzę sprawował związek hanzeatycki i dopiero w XVI w. Dania Bornholm odzyskała, ale nie na długo, bo wkrótce Duńczyków przepędzili Szwedzi. W przepędzeniu Szwedów z Danii pomagał dowodzony przez hetmana Czarnieckiego korpus polski,
Nacjonalizacja, czyli modernizacja
Za nacjonalizacją głównych gałęzi przemysłu opowiedziały się wszystkie stronnictwa Polski Podziemnej, a także PSL Mikołajczyka
3 stycznia 1946 r. Krajowa Rada Narodowa przyjęła Ustawę o przejęciu na własność Państwa podstawowych gałęzi gospodarki narodowej, zwaną potocznie ustawą o nacjonalizacji przemysłu. Na jej podstawie upaństwowienie za odszkodowaniem obejmowało zakłady przemysłowe zatrudniające powyżej 50 pracowników na zmianę. Wyjątek stanowiły przedsiębiorstwa należące do obywateli Rzeszy Niemieckiej oraz zdrajców i kolaborantów, które miały być nacjonalizowane bez odszkodowania, a także przedsiębiorstwa należące do 17 wymienionych w ustawie kluczowych gałęzi przemysłu, które postanowiono znacjonalizować bez względu na wielkość.
Za odszkodowaniem miały być nacjonalizowane przedsiębiorstwa należące do strategicznych sektorów przemysłu, takich jak górnictwo, hutnictwo, energetyka i przemysł lekki, przedsiębiorstwa transportowe i telekomunikacyjne, jak również wszystkie inne przedsiębiorstwa, które mogły zatrudnić więcej niż 50 osób na jedną zmianę. Odszkodowania te okazały się później symboliczne. Niejednokrotnie wcale ich nie wypłacono. Realne odszkodowania wypłacono natomiast zagranicznym właścicielom (z wyjątkiem Niemców) lub udziałowcom nacjonalizowanych przedsiębiorstw. Nacjonalizacją nie objęto własności spółdzielczej ani komunalnej.
Ustawa o nacjonalizacji z 3 stycznia 1946 r. wraz z dekretem PKWN o reformie rolnej z 6 września 1944 r. stworzyły fundamenty powojennego ustroju, który ówczesne władze określały najpierw jako demokratyczny, potem jako socjalistyczny. Od 1989 r. ustrój ten z upodobaniem nazywa się w Polsce komunistycznym. Wynika to stąd, że polityka historyczna po 1989 r., dokonując oczywistej manipulacji, rozciągnęła okres stalinizmu (1948-1956) na cały okres od 1944 do 1989 r., spinając to wszystko klamrą z napisami „komunizm” i „okupacja sowiecka”. Jednakże ani reforma rolna z 1944 r., ani nacjonalizacja z 1946 r. nie były aktami rewolucyjnymi, chociaż niewątpliwie były radykalnymi działaniami modernizacyjnymi, które kładły kres postfeudalnej strukturze społeczno-gospodarczej. Bliżej im było nie do rewolucji komunistycznej, ale do postulatów całej polskiej lewicy i centrum, formułowanych jeszcze w okresie II Rzeczypospolitej.
Postulaty nacjonalizacji
O reformę rolną walczyły w II RP trzy główne odłamy ruchu ludowego, które w 1931 r. zjednoczyły się w Stronnictwo Ludowe. Natomiast szeroka nacjonalizacja gospodarki była postulowana w programie radomskim Polskiej Partii Socjalistycznej, uchwalonym 2 lutego 1937 r. na jej XXIV Kongresie. Program ten, przewidujący budowę demokratycznego ustroju socjalistycznego, zakładał wywłaszczenie i nacjonalizację kluczowych przedsiębiorstw będących podstawą gospodarki narodowej, udział pracowników w zarządzaniu zakładami przejętymi przez państwo, jak i pozostającymi własnością spółdzielczą i prywatną, ustanowienie państwowego monopolu na handel zagraniczny, likwidację wpływu kapitałów obcych, uspołecznienie banków i utworzenie państwowego banku emisyjnego, uspołecznienie handlu oraz wprowadzenie spółdzielczych form dystrybucji towarów. Mieczysław Niedziałkowski w swojej publicystyce na łamach „Robotnika” uzupełnił program radomski postulatem wprowadzenia gospodarki planowej.
Za przeprowadzeniem reformy rolnej oraz nacjonalizacji przedsiębiorstw użyteczności publicznej i głównych gałęzi przemysłu opowiedziały się wszystkie stronnictwa polityczne Polski Podziemnej w deklaracji programowej Rady Jedności Narodowej z 15 marca 1944 r. „O co walczy Naród Polski?”. Postulat nacjonalizacji uzasadniano wyrównaniem poziomu gospodarczego Polski w
Jerzy Ziętek. Bohater pracującej Polski
Gdy śląski oddział Stowarzyszenia Pokolenia organizował otwartą konferencję popularnonaukową poświęconą Jerzemu Ziętkowi, zatytułował ją „Generał Jerzy Ziętek – o pamięć i godność”. Słusznie, bo w tych dwóch słowach mieści się wszystko, co najważniejsze.
Naród bez pamięci jest kaleki. Historia jest nam potrzebna nie tylko po to, byśmy znali swoje korzenie. Pomaga nam budować naszą tożsamość, nasz system wartości. Możemy nowym pokoleniom wskazywać wzory do naśladowania. Pokaż mi swoich bohaterów, a powiem ci, kim jesteś.
Jerzy Ziętek, urodzony w roku 1901, od najmłodszych lat zaangażowany był w walki o polskość Śląska. Uczestnik powstań śląskich. Później, w II RP – burmistrz Radzionkowa i poseł na Sejm z ramienia BBWR. We wrześniu 1939 r. ewakuowany do Lwowa. Tam spotkał go los zesłańca. Do Polski wrócił z
Tę Polskę uznawał świat
Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej od razu zyskał uznanie międzynarodowe jako jedyna legalna reprezentacja państwa polskiego
„Polak i antykomunista. PRL nie była Polską, a LWP nie było Wojskiem Polskim” – w taki sposób przedstawia się na platformie X jeden z najbliższych współpracowników Karola Nawrockiego, oficjalnie jego doradca w IPN, Sławomir Cenckiewicz, który zapewne w kancelarii nowego prezydenta obejmie jedno z kluczowych stanowisk. W tym jego stwierdzeniu, że „PRL nie była Polską”, kryje się cała prawda o antykomunizmie w III RP, który nie jest żadną walką z komunizmem jako ideologią (bo ta od dawna jest martwa, a nad Wisłą nigdy nie była traktowana zbyt poważnie), lecz po prostu negowaniem państwa polskiego istniejącego w obecnych granicach od 1945 do 1989 r.
W ten sposób antykomunistyczna prawica, która swoim przeciwnikom w kraju i za granicą tak chętnie przypisuje antypolonizm oraz „pedagogikę wstydu”, sama wyrzuca na śmietnik wcale nie małą, bo 45-letnią, część polskich dziejów i nakazuje Polakom wstydzić się z powodu odbudowania własnego państwa po największej katastrofie, jaka spotkała nasz naród w całej jego historii.
A jednak – wbrew temu, co twierdzi Cenckiewicz – PRL była Polską. Bo zanim oficjalnie przyjęła nazwę PRL (na mocy konstytucji z 1952 r.), była Rzecząpospolitą Polską, którą kilka tygodni po zakończeniu II wojny światowej w Europie uznały wszystkie najważniejsze państwa świata. Stało się tak na podstawie ustaleń jałtańskich z lutego 1945 r., które stanowiły grunt do rozmów mających na celu utworzenie Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, a więc rządu łączącego władze „Polski lubelskiej” (wtedy już przenoszone do wyzwolonej Warszawy) z reprezentacją „Polski londyńskiej” (korzystającej przez cały okres wojny z gościny i pomocy władz brytyjskich). Rozmowy takie, pod patronatem specjalnie powołanej w Jałcie „komisji dobrej woli” – w skład której wchodzili radziecki minister spraw zagranicznych Wiaczesław Mołotow oraz moskiewscy ambasadorowie USA i Wielkiej Brytanii, William Averell Harriman i Archibald Clark Kerr – odbyły się w Moskwie w dniach 17-21 czerwca 1945 r.
Przeciw szantażowi
Grupa emigracyjnych polityków z Londynu, którzy zdecydowali się na ten historyczny kompromis, nie była liczna. Znajdował się w niej Stanisław Mikołajczyk, były premier rządu na uchodźstwie (od lipca 1943 r. do listopada 1944 r.) i lider Stronnictwa Ludowego, czyli najbardziej masowej i realistycznej partii politycznej tamtej epoki. Ludowcy bowiem – w przeciwieństwie do patrzących przez ideologiczne okulary polityków innych stronnictw – zdawali sobie sprawę, że Polska jest tam, gdzie są Polacy i uprawiana przez nich ziemia, a skoro tę ziemię spod niemieckiej okupacji wyzwala Armia Czerwona, to powojenna Polska nie może być państwem traktującym ZSRR jak wroga. Takie było myślenie Mikołajczyka i ludowców, sprzeczne jednak z postawą większości elit polskiej emigracji, które otwarcie odrzuciły „jałtański dyktat”, czekając na wybuch III wojny światowej i „prawdziwe” wyzwolenie Polski. Mikołajczyk okazał się zatem jednym z nielicznych polityków w naszej historii, którzy mieli odwagę nie ulec moralnemu szantażowi „prawdziwych patriotów” i zmierzyć się z polityczną rzeczywistością, a nie pozostawać w sferze nierealnych marzeń.
Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej powstał, już oficjalnie, w Warszawie 28 czerwca 1945 r., powołany przez prezydenta Krajowej Rady Narodowej Bolesława Bieruta. Tym samym KRN stała się pierwszym parlamentem powojennej Polski, tyle że rozszerzanym na zasadzie kooptacji (uzupełnienia lub zmiany składu członkowskiego, gdzie osoby decyzyjne przyjmują nowych członków – przyp. red.), a nie wyłonionym w wyborach. Była przy tym parlamentem pluralistycznym: tego samego dnia, gdy powstał TRJN, na zastępców prezydenta KRN powołano Wincentego Witosa i Stanisława Grabskiego, a więc czołowych polityków II RP, mających symbolizować ciągłość państwa polskiego, ale też otwartość nowej Polski na rodaków o różnych życiorysach i przekonaniach ideowych. W samym rządzie Stanisław Mikołajczyk objął funkcje wicepremiera oraz ministra rolnictwa i reform rolnych; inny ludowiec
Relacje polsko-ukraińskie w II RP
Nacjonalizm ukraiński narodził się nie na ziemiach ukraińskich należących przed 1914 r. do Rosji, ale w austriackiej i autonomicznej Galicji
W granicach II Rzeczypospolitej znalazło się od 4,4 mln do 5 mln Ukraińców. Stanowili ok. 13% obywateli II RP i byli największą mniejszością narodową. Szacunki te zostały potwierdzone przez spisy powszechne z 1921 i 1931 r., mimo że część Ukraińców je zbojkotowała lub zataiła swoją narodowość. Spis z roku 1921 wykazał, że liczba Ukraińców wynosiła 3,9 mln (14,3%) na 27,2 mln ludności. Natomiast w spisie powszechnym z 1931 r. narodowość ukraińską bądź rusińską zadeklarowało 3,25 mln obywateli, czyli 10%. Żyli głównie w województwach: wołyńskim (68% ludności województwa), tarnopolskim (45%), stanisławowskim (68%) i lwowskim (33%). Dominowali na prowincji, podczas gdy w dużych miastach przewagę mieli Polacy.
Ukraińcy nie byli w II RP społecznością jednolitą historycznie i wyznaniowo. Tereny, które zamieszkiwali, należały przed I wojną światową do Imperium Rosyjskiego (Wołyń) i Austro-Węgier (Galicja Wschodnia). Ukraińcy z Wołynia wyznawali prawosławie i nie byli rozbudzeni narodowo, natomiast Ukraińcy galicyjscy byli w większości grekokatolikami i w warunkach autonomii galicyjskiej mogli rozwijać swoje życie polityczne i narodowe. Nacjonalizm ukraiński narodził się więc nie na ziemiach ukraińskich należących przed 1914 r. do Rosji, ale w austriackiej i autonomicznej Galicji. Tam miał warunki polityczne do rozwoju i tam zderzył się z polskimi dążeniami narodowymi i emancypacyjnymi.
Dlatego konflikt polsko-ukraiński rozpoczął się już przed I wojną światową, a jego cechą charakterystyczną była agresywność młodego nacjonalizmu ukraińskiego. W 1907 r. namiestnik Galicji hrabia Andrzej Potocki (1861-1908) wyszedł naprzeciw ukraińskim dążeniom narodowym w kwestiach kultury, oświaty i nowej ordynacji wyborczej. Ugoda ta została jednak zniweczona przez jego własny obóz polityczny (konserwatystów, tzw. podolaków, i endecję), przez co w lutym 1908 r. kandydaci stojący na gruncie ukraińskiej odrębności narodowej zdobyli niewiele ponad połowę miejsc przysługujących Ukraińcom w Sejmie Krajowym. W reakcji na to Myrosław Siczynski (1887-1979), członek Ukraińskiej Partii Socjal-Demokratycznej (wbrew nazwie – nacjonalistycznej), 12 kwietnia 1908 r. we Lwowie zastrzelił namiestnika Potockiego. Tak rozpoczął się konflikt polsko-ukraiński.
Zamach dokonany przez Siczynskiego został współcześnie upamiętniony przez epigonów nacjonalizmu ukraińskiego. 29 stycznia 2014 r., a więc w trakcie drugiego Majdanu, aktywnie popieranego przez większość polskiej klasy politycznej, na gmachu Lwowskiej Rady Obwodowej odsłonięto tablicę upamiętniającą zastrzelenie Andrzeja Potockiego. W treści inskrypcji umieszczono kłamliwe i absurdalne słowa o „ukaraniu śmiercią szowinistycznego gubernatora Galicji za krwawy terror wobec narodu ukraińskiego”. W Polsce, gdzie dziennikarze i politycy byli wtedy zajęci popieraniem przewrotu w Kijowie, jakoś tego nie zauważono.
Wojna i fiasko
Na kształt stosunków polsko-ukraińskich w odradzającym się w 1918 r. państwie polskim wpłynęły dwa wydarzenia: wojna-polsko ukraińska o Galicję Wschodnią (1918–1919) oraz fiasko koncepcji federacyjnej Piłsudskiego, mimo jego sojuszu z Ukraińską Republiką Ludową podczas wojny z Rosją bolszewicką w 1920 r. 1 listopada 1918 r., przy poparciu austriackim, została proklamowana we Lwowie Zachodnioukraińska Republika Ludowa i natychmiast znalazła się w konflikcie zbrojnym z odradzającą się Polską. Oba państwa pretendowały bowiem do ziem Galicji Wschodniej. ZURL przegrała wojnę z Polską i przestała istnieć w połowie 1919 r. Podczas tej wojny Ukraińska Armia Halicka dopuściła się zbrodni na wziętych do niewoli żołnierzach polskich i ludności polskiej. Ich charakter i zasięg wskazują, że inspiracja pochodziła od najwyższych władz ZURL i dowództwa UHA. Chociaż zbrodnie te nie miały charakteru czystek etnicznych jak późniejsze o 25 lat zbrodnie UPA, cechowało je identyczne okrucieństwo (wydłubywano oczy, obcinano ręce i palce, a kobietom piersi). Raport komisji polskiego Sejmu z 1919 r. w sprawie zbrodni UHA wspominał o ponad 90 udokumentowanych sądownie przypadkach mordów na ludności cywilnej i jeńcach polskich. Prowodyrami byli młodzi żołnierze wywodzący się z inteligencji ukraińskiej i ukształtowani w duchu nacjonalistycznym.
Zawarty 21 kwietnia 1920 r. antybolszewicki sojusz pomiędzy Polską a Ukraińską Republiką Ludową był uważany przez część Ukraińców za zdradę, ponieważ przywódca URL Symon Petlura uznał suwerenność Polski nad Małopolską Wschodnią i Wołyniem. Niepowodzenie wyprawy kijowskiej zniweczyło plany federacyjne Piłsudskiego, a rezultatem wojny polsko-bolszewickiej były likwidacja URL i podział ziem ukraińskich między Polskę i ZSRR. W takiej sytuacji sojusz z Polską okazał się gorzkim rozczarowaniem dla oficerów i podoficerów Armii Czynnej URL. Po 1926 r. wielu z nich zostało jednak przyjętych do służby kontraktowej w Wojsku Polskim. Był to rezultat współpracy nawiązanej przez Andrija Liwyckiego (1879-1954), prezydenta URL na uchodźstwie (1926-1954), z polskim Sztabem Głównym. Sam Liwycki do 1939 r. pod ochroną polskiej policji mieszkał w Warszawie.
Na bazie frustracji spowodowanej niepowodzeniem walki o utworzenie własnego państwa rozwinął się wśród galicyjskich Ukraińców radykalny ruch nacjonalistyczny, który z czasem przyjął oblicze faszystowskie. 31 sierpnia 1920 r. w Pradze byli oficerowie UHA powołali Ukraińską Organizację Wojskową. W jej utworzeniu wziął udział Jewhen Konowalec (1891-1938), wówczas pułkownik Armii Czynnej URL, a więc formalny sojusznik Piłsudskiego. Konowalec stanął 20 lipca 1921 r. na czele UWO, a następnie utworzonej 3 lutego 1929 r. w Wiedniu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Zarówno UWO, jak i OUN prowadziły przeciwko II RP aktywne działania terrorystyczne, a ich ideologia propagowała najradykalniejszy szowinizm. UWO była wspierana przez Czechosłowację, natomiast OUN przez Niemcy hitlerowskie.
Zamachy, polonizacja
Pierwszą akcją terrorystyczną UWO był nieudany zamach








