Życiński i Michnik

Życiński i Michnik

BEZ UPRZEDZEŃ 

“Moim zadaniem, jako duszpasterza, jest nie potępiać, lecz prowadzić do zbawienia” – wyznał arcybiskup Życiński w polemice z Adamem Michnikiem. I rzeczywiście – kto słyszał, żeby abp Życiński kogoś potępiał? Zupełnie przypadkowo jego ulubionymi słowami są “groteska” i “groteskowy”. Skąd mu się to wzięło? W całym Piśmie Świętym, w Starym i Nowym Testamencie nie znajdziecie słowa “groteskowy”. Nie ma go również w papieskich homiliach i encyklikach. Nikt tych słów nie słyszał od Jana Pawła II, ani od Prymasa Tysiąclecia. Ale Życiński nie może się bez nich obejść. Arcybiskup dosyć niepewnymi drogami prowadzi do zbawienia, bo głównie za pomocą kpin i szyderstwa. Z reguły dysharmonijnie przyprawionych religijnym patosem. Trudno u niego znaleźć myśl wyrażoną dosłownie, a taki cud, żeby przytoczył wiernie pogląd przeciwnika, w ogóle się nie zdarzył. Pogląd Michnika w jakiejś tam sprawie “przypomina mi usprawiedliwienia sowieckich łagrów praktykowane w latach 50. przez francuską lewicę” – pisze. Na stwierdzenie, że pewien młody pracownik urzędu sądownictwa “nikomu paznokci nie wyrywał”, arcybiskup odpowiada w swoim stylu: “Na tym poziomie wartościowań nawet ludożerców można chwalić, że stylowo posługują się widelcem”. Ten, którego zadaniem, jak sam solennie wyznaje, nie jest potępianie, mówi jednym z tych, co doprowadzili poprzedni ustrój do upadku: “Stanowi on przerażające świadectwo mentalności, której obce jest jakiekolwiek poczucie winy moralnej”. Rozumiałbym ten zarzut, gdyby wyszedł od podkomendnych generała Kiszczaka, których on zdradził przy Okrągłym Stole, oszukując ich, może bezwiednie, do samego końca i wydając wreszcie na łaskę i niełaskę “Solidarności”. Niektórzy z nich nieźle sobie jednak poradzili (słyszało się o nich przy okazji sprawy Olina), inni zostali sponiewierani. Arcybiskup należy do beneficjentów upadku tamtego reżimu, więc co mu się jeszcze od Kiszczaka należy?
Profesor Sz., dość pilny czytelnik arcybiskupa lubelskiego, zaniepokojony jego niezmiennie szyderczym tonem mówi mi: “To osobowość dziwnie nie kapłańska”. Powiedziałbym inaczej: to osoba pod pewnymi względami niedojrzała. Nie byłoby to widoczne, gdyby abp Życiński zajął się tylko filozofią lub tylko prowadzeniem ludzi do zbawienia. Niestety, jego pasją jest polityka. A zwłaszcza złorzeczenie temu, co kiedyś było realną polityką. Rozliczanie przeszłości to jego idée fixe, ale znajomość tej przeszłości ma raczej nikłą. Powołuje się ten retrospektywny antykomunista na plakaty, jakie wisiały w 1945 r. w Paryżu: “Przebaczyć swoim katom to osiągnięcie najwyższej wielkości. Przebaczyć katom innych to popełnienie zbrodni wobec sprawiedliwości”. Najwidoczniej nie ma pojęcia, co się za tym kryło. Była to zwykła komunistyczna propaganda. W wyzwolonej Francji uzbrojeni komuniści zabili bez sądu od 10 do 30 tysięcy swoich przeciwników (według różnych źródeł, bo Francuzi się tym nie chwalą) pod pretekstem “nieprzebaczania katom”. Czyli dowolnie podejrzanym o kolaborację. Terror był większy niż to, co w tym czasie działo się w Polsce, tylko trwał krócej. Później rozliczanie zalegalizowano i sądy orzekły około jednego tysiąca wyroków śmierci w sprawach politycznych (nie wszystkie wykonano). Ktoś, kto ciągle nas przestrzega przed amnezją, może powinien wiedzieć, skoro się do tamtych czasów odwołuje, że wówczas w Paryżu 75% sędziów było komunistami. Ale co tam żądać od strażnika pamięci znajomości aż takich szczegółów. On się od nas domaga, żebyśmy pamiętali, że zgodnie z nakazami Lenina, zabronione były w PRL dzieła Platona, Kartezjusza, Kanta i innych klasyków filozofii. My, postkomuniści, będziemy jednak na złość arcybiskupowi utrzymywać, że Platon został wydany w całości, “Rozprawa o metodzie” miała nakłady masowe i mało kto ukończył studia uniwersyteckie, nie przeczytawszy przynajmniej fragmentów największych dzieł filozoficznych Kanta, Hegla czy Kartezjusza. Abp Życiński ma też coś do powiedzenia o sporcie w PRL: “W rozmowach ze sportowcami można znaleźć wiele bolesnych przejawów wpływu totalitarnego systemu”.
Złożył kiedyś pełny oburzenia protest przeciw Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, który w wywiadzie dla dziennika “La Stampa” miał podobno potraktować polskich duchownych jako “fanatycznych agitatorów” politycznych. Jeśli rzeczywiście tak powiedział, to się pomylił, ale nie w stosunku do Życińskiego. Prasa donosiła: metropolita lubelski, abp Józef Życiński, skrytykował w niedzielę weto prezydenta wobec ustawy o Instytucie Pamięci; potępił “groteskowy protest lewicy przeciwko reformom Balcerowicza”, “spotkał się wczoraj z przedstawicielami rządu Czeczeńskiej Republiki Iczkeria”; w fabryce konfitur apelował, aby nie głosować na Kwaśniewskiego. Popierał wszystkie co do jednej głupie ustawy wymyślone przez “Solidarność”, z lustracją i uwłaszczeniem powszechnym włącznie. Religię miesza z polityką nie tylko w listach pasterskich drukowanych w “Gazecie Wyborczej”, ale na każdym kroku: “Nie zapominajcie Boga, jak Oleksy i Miller”. Dopatrzył się nawet jakiegoś podobieństwa między lefebvrystami a frakcją PZPR (w “Gościu Niedzielnym” wszystkie wiadomości i cytaty za “Gazetą Wyborczą” i “Rzeczpospolitą”). Dlaczego ten próżny, ale inteligentny człowiek upodobał sobie akurat politykę, której nie obejmuje myślowo i która wcale nie służy zbawieniu, lecz ma skromne zadanie zaprowadzania porządku między ludźmi na tym padole płaczu?
W jego myśleniu najważniejsze jest pojęcie przebaczania. Ale to “przebaczanie” brzmi bardzo groźnie. Jest ono połączone z oskarżaniem i tak się składa, że na ogół na oskarżaniu się kończy. Aniele Boży, stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój i chroń mnie przed przebaczaniem arcybiskupa Życińskiego.
Jemu się wydaje, że broni niezwykle wysokich standardów moralnych. Michnikowi rozmawiającemu z generałem Kiszczakiem ma do zarzucenia dwie rzeczy: że rozmówcy przewrócili do góry nogami niektóre pewniki, jakie on miał o PRL i że Michnik zaniżył niedopuszczalnie wymagania moralne wobec gen. Kiszczaka. Wskutek tego został przez Życińskiego zesłany do grona tych, którym trzeba przebaczyć.
Ci, którzy mają za złe Adamowi Michnikowi jego zażyłe stosunki z generałami Jaruzelskim i Kiszczakiem, widocznie wyobrażają sobie, że on, który w dawnym ustroju zachowywał się inaczej niż inni, teraz będzie zachowywał się tak jak inni: Krzaklewski, Życiński czy ktokolwiek z tej partii, włączając do niej również jego uczniów. Tymczasem powinni sobie uzmysłowić, że kto miał determinację występować przeciw władzy bez widoków na zwycięstwo, za to z pewnością z widokiem na więzienie, ten i teraz może robić niespodzianki. Jeśli kogoś to dziwi, albo gorszy, to nie dlatego, że przyjmuje wysokie standardy moralne, lecz dlatego, że przyjmuje bardzo pospolite.
Generał Kiszczak trzymał kiedyś Michnika w więzieniu, a Michnik tak nienawidził tamtego systemu, że gotów był zaryzykować życiem. (Za połowę tego, co napisał w liście do ministra Kiszczaka, jakiś hiperkatolicki dyktator z Ameryki Łacińskiej kazałby zrzucić śmiałka z samolotu do morza). Pomińmy możliwości ostateczne, krańcowe. To, co było rzeczywistością, człowiekowi pospolitemu wystarczyłoby do hodowania w sobie wrogości do końcu życia. Michnik nie jest mi ani brat, ani swat, a nawet, jak się okazało, wprost przeciwnie. Ale fakty trzeba stwierdzać: to on, godząc się ze swoim byłym prześladowcą w sposób dla siebie naturalny i okazując mu coś w rodzaju przyjaźni czy zażyłości, postąpił według wysokich standardów moralnych, istnienia których jego zarozumiały polemista pewnie sobie nawet nie uświadamia. Abp Życiński stanął przed tym faktem z opustoszałą głową, bo stało się to bez przebaczania.

Wydanie: 7/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy