Druga niewidzialna ręka

Druga niewidzialna ręka

W realnym socjalizmie każdą racjonalną próbę reformy gospodarczej można było zaskarżyć przed trybunałem panującej ideologii za naruszenie zasady równości. Wiele słusznych projektów reformatorskich upadało z tego powodu. Już dawno zauważono, że im większa równość, tym większe uwrażliwienie na przypadki nierówności. Malkontenci nie przestawali zarzucać władzy socjalistycznej przyznawania sobie przywilejów. Najwięcej o tych przywilejach mówi wyrażenie „bananowa młodzież”: potomstwo dygnitarzy i prywaciarzy, które stać było na kupowanie sobie bananów. Gospodarstwa ogrodników, tak zwanych badylarzy, nazywano fortunami. Pominąwszy takie fantazmaty jak te, że Cyrankiewicz ma farmę srebrnych lisów, a żona pierwszego sekretarza lata samolotem do fryzjera w Paryżu, trzeba przyznać, że niektórzy dygnitarze mieli domy prawie dorównujące domom koncesjonowanych rzemieślników. Tak czy owak ludność żyła w stanie permanentnego oburzenia na nierówność i z tego oburzenia głównie wyrosła „Solidarność”. Dziś, gdy dochody jednych bywają kilkadziesiąt, a nawet sto razy większe niż dochody drugich, nie słychać głośnych narzekań na nierówności. Wydaje się, że akceptowanie nierówności przychodzi ludziom tym łatwiej, im nierówności są większe.
Nawet jeśli nierówność jest znoszona przez masy biedaków biernie, bez głośnego sprzeciwu, może ona się stać przyczyną degeneracji całego organizmu społecznego. Nie tylko prawodawcy demokratyczni, ale również myśliciele konserwatywni i liberalni mówią o potrzebie przeciwdziałania zbyt rażącym nierównościom i różnią się głównie w sprawie sposobów takiego przeciwdziałania.
Przeciwstawianie się zasadzie egalitaryzmu miało sens w realnym socjalizmie, nie dlatego jednak, że równość jest błędną zasadą. Przeciwnie, jest zasadą słuszną. Jeśli istnieje wybór między równością a nierównością, sprawiedliwość każe wybrać równość. W rzeczywistości jednak rzadko wybieramy między równością a nierównością. Wybieramy między równością a pracowitością: równe płace osłabiają motywację do pracy. Wybieramy między równością a wykształceniem. Wybieramy między równością a wolnością: ludzie, którym da się swobodę działania, wkrótce podzielą się na biednych i bogatych, utrzymanie równości wymagałoby stosowania przymusu na wielką skalę. Itp. Równość jest zasadą słuszną, ale relatywną; powinna być stosowana wszędzie, gdzie nie przynosi szkód.
Krytyka równości, która miała sens w warunkach realnego socjalizmu, jako krytyka źle zastosowanej równości, przekształciła się w trakcie walki z „komuną” w dogmat antyegalitaryzmu. Biedni ludzie zostali ogłuszeni propagandą nierówności jako czegoś bezwzględnie, wszędzie i zawsze lepszego od równości. To także należy do przyczyn biernej zgody na panujące w Polsce nierówności. W imię antyegalitaryzmu ucina się dyskusje na temat przesadnie wysokich płac w sferze regulowanej przez państwo. Antyegalitaryzm chroni przed sprawiedliwą oceną wysokie płace i jeszcze wyższe roszczenia finansowe członków skądinąd niepotrzebnej Rady Polityki Pieniężnej. Antyegalitaryzm w małym miasteczku sprawia, że były burmistrz otrzymuje na odchodne, zgodnie z przepisami, 85 tys. zł, co rujnuje budżet ubogiej gminy. Antyegalitaryzm umożliwia wywindowane ponad wszelki pragmatyzm płace menedżerskie, rażące zwłaszcza w przynoszących straty spółkach skarbu państwa.
Odchodzenie od zasady równości jest bardzo często niezbędne, ale w obrębie działania władzy państwowej takie odejście powinno być za każdym razem uzasadniane. Dogmat antyegalitaryzmu nie daje uzasadnienia.
Bezrobocie w Polsce jest jak księżyc: ma stronę widzialną i drugą, której nie można zobaczyć. Dlaczego wielu zarejestrowanych bezrobotnych żyje na takim samym poziomie jak pracujący albo i lepiej? Może to drugorzędna kwestia. Dlaczego bezrobocie, to widzialne i nieszczęśliwe, które jest olbrzymie, robi tak małe wrażenie na władzy politycznej – rządowej, sejmowej, partyjnej – oraz na „czwartej władzy”? Kręgi władzy wykazują wobec bezrobocia zadziwiającą nonszalancję. To nie jest zagadnienie tylko dla rządu – cały kraj powinien być wstrząśnięty, a nie jest. Na temat bezrobocia nie przychodzi mi do głowy żadna myśl, która nie byłaby banałem. Jestem tak samo otępiały jak cały kraj. „Tępy jak pień i niespokojny jak leśne zwierzę”. Pod wpływem wypowiedzi profesora Kabaja osiągam od czasu do czasu moment jasności i znowu popadam w socjalną znieczulicę, razem z SLD, z całą koalicją rządową i opozycją parlamentarną.
Bezrobocie to jeden problem, a masy ludzi ciężko pracujących i żyjących na poziomie bezrobotnych – to drugi. Obok tej biedy panoszy się państwo ze swoimi niezliczonymi urzędami, instytucjami indoktrynacji, ze swymi podróżującymi po całym świecie posłami, senatorami i prokuratorami, ze swoim konkordatem, na mocy którego dzieli się ono już nie dziesięciną, lecz prawie pięćdziesięciną z biskupami; państwo ze swoimi bankietującymi „przedstawicielami społeczeństwa” i z całą tą coraz zarozumialszą „nadbudową”, nietroszczącą się o to, na czym jest nadbudowana. Obarczanie winą przedsiębiorców za biedę pracujących jest pomyłką jednych i cynicznym „łapaj złodzieja” drugich. Dziś, tak jak przed pamiętną rewolucją, pracownicy i przedsiębiorcy należą do jednego stanu, „stanu trzeciego”, dźwigającego na grzbiecie księdza i wysoko opłacanego funkcjonariusza polityki. „Narody – pisał Adam Smith – nie ubożeją wskutek rozrzutności i złej gospodarki osób prywatnych, choć ubożeją czasem (to nasz przypadek) z powodu rozrzutnych rządów. W większości krajów (w Polsce uważa się, że to, co ma miejsce w większości krajów, tym samym jest usprawiedliwione) dochody państwowe zużywa się w całości lub prawie w całości na utrzymanie ludzi nieprodukcyjnych. (…) Ponieważ więc tacy ludzie sami niczego nie wytwarzają, przeto żyją z produktu pracy innych. Gdy więc liczba ich wzrośnie do niepotrzebnych rozmiarów, może się zdarzyć, że w którymś roku spożyją tak wielką część tego produktu, że ilość, jaka pozostanie, nie wystarczy na to, by utrzymać pracowników produkcyjnych. (…) Ci nieprodukcyjni ludzie, którzy winni się utrzymywać tylko z części zaoszczędzonego dochodu społeczeństwa, mogą spożywać tak wielką część całego dochodu i zmuszać w ten sposób tak wielu posiadaczy do tego, by naruszali (…) fundusze przeznaczone na utrzymanie pracy produkcyjnej, że największa nawet oszczędność i najbardziej rozsądne postępowanie jednostek może nie zrównoważyć marnotrawstwa…”.
Zwróćmy uwagę i zapamiętajmy, że Adam Smith mówi nie o jednej niewidzialnej ręce, lecz o dwu rękach. Ta druga, niewidzialna, bo przesłonięta ustawami i konkordatem, zajmuje się grabieniem producentów na korzyść stanów nic niewnoszących do wspólnej kasy.

 

Wydanie: 6/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy