Czy będą nowe afery?

Kuchnia polska

Mamy więc kolejną aferę, zwaną potocznie aferą „jednorękich bandytów”, dotyczącą gier losowych i maszyn grających.
Dostrzec w niej można – mówiąc językiem futbolowym – wszystkie znane już z poprzednich afer „stałe fragmenty gry”, a więc podejrzenie o łapówkę astronomicznej wysokości, podejrzenie o kupowanie ustawy sejmowej, a więc korupcję, „grupę trzymającą władzę”, zdolną tę ustawę sprzedać, zakulisową krzątaninę biznesowo-towarzyską, zwaną obecnie lobbingiem, wreszcie zajadłość mediów i partii politycznych, z których każda stara się włożyć odium płynące z tej afery na głowy swoich przeciwników.
Zagadka, którą przy okazji tej akurat afery staramy się rozwiązać, brzmi dość kuriozalnie, a mianowicie kto pierwszy zaproponował, aby podatek od maszyn grających obniżyć z 200 do 50 euro? Czy uczynił to poseł Platformy Obywatelskiej, czy też posłanka SLD? Nie znam oczywiście odpowiedzi na to pytanie, ale nie wydaje mi się, aby sama propozycja obniżenia jakiegokolwiek podatku musiała być od razu czynem karalnym, a przynajmniej budzącym podejrzenia o łapówkarstwo, korupcję itd. Wiele partii w Polsce wpisuje postulat obniżenia podatków do swoich programów, a rząd obniżył na przykład podatek od firm do 19%. Czy jest to więc wynik korupcji, lobbingu lub sprzedania ustawy podatkowej?
Ale nie o to chodzi. Wybuchanie takich lub podobnych afer jest i będzie jeszcze długo stałym elementem życia w Polsce. I to wcale nie dlatego, że stanowią one pożywny żer dla gazet i partii politycznych, ale dlatego, że wszystkie one razem stanowią wyraźny symptom patologii ustroju III Rzeczypospolitej.
Mówiąc zaś o ustroju, mam na myśli nie tyle system władzy zapisany w konstytucji, ile wynikający stąd system społeczny i pochodną od niego skalę wartości, także etycznych, obowiązującą w naszym społeczeństwie.
Nie trzeba bowiem żadnej przenikliwości, aby zauważyć, że podstawą tego systemu są pieniądze. Posiadanie pieniędzy nie tylko ułatwia życie, ale także nobilituje. Głupek wyposażony w pieniądze staje się obiektem zainteresowania publiczności, a wypowiadane przez niego opinie brane są pod uwagę. Osiąga on również przewagę nad otoczeniem, mogąc sobie kupić posłuszeństwo, a także usługi ludzi od niego mądrzejszych, lecz uboższych.
Jest to oczywiście ogólna zasada kapitalizmu, która w Polsce przybrała jednak formy patologiczne na skutek szokowego przejścia do systemu kapitalistycznego, który nagle wykazał, że spekulant, który rozpoczynał swą karierę od handlu ulicznego, stając się rychło jednym z najbogatszych ludzi na świecie, jest jednostką zarówno wartościowszą, jak i bardziej wpływową od profesora uniwersytetu czy ministra. Zasadniczym zaś punktem tej przemiany stał się, jak zauważył to już Jerzy Urban, moment, w którym ludzie władzy publicznej zorientowali się, że władza przemija, a pieniądze pozostają. W tym też momencie rozpoczęły się dwa procesy patologiczne: po pierwsze gwałtowna chęć ludzi władzy do prestiżowego zrównania się z ludźmi pieniędzy, a więc owe smokingi przywdziewane przez polityków lewicy, aby stosownie prezentować się na balach byłych ziemian, po drugie zaś, co gorsze, pokusa, aby sprawowanie władzy publicznej potraktować jako sposób na gromadzenie trwalszego niż władza majątku osobistego.
W tym też miejscu otwarły się drzwi do korupcji. Korupcja oczywiście nie została wówczas wynaleziona ani usankcjonowana, ale na samym dnie świadomości społecznej, zwłaszcza zaś elit społecznych, pojawiło się coś w rodzaju zrozumienia dla korupcji i jej motywów.
Odbiło się to także na świadomości całego społeczeństwa, które rzecz jasna ani nie ma za co korumpować, ani też nie może być korumpowane, bo i po co. To, że raz po raz wybuchać mogą afery, w których istnieje podejrzenie o sprzedawanie ustaw czy decyzji rządowych pod wpływem przekupstwa, niekoniecznie musi znaczyć, że w konkretnych przypadkach tak jest rzeczywiście. Mieści się to jednak, zdaniem opinii publicznej, w logice dominującego u nas systemu.
Społeczeństwo polskie, jak powtarzam to dosyć często, rozpadło się już na dwa coraz mniej kontaktujące się ze sobą światy. Jednym z nich jest świat beneficjantów transformacji ustrojowej, drugim świat przegranych. Każdy z nich ma oczywiście wiele stopni, ale rzecz nie wygląda bynajmniej w ten sposób, że beneficjantami są ludzie przedsiębiorczy, zaradni, wykształceni i usilniej pracujący, przegranymi zaś nieuki, obiboki i ślamazary. Do drugiej z tych kategorii należą bowiem nie tylko ciężko pracujący górnicy, mieszkańcy PGR-ów, ale i artyści obdarzeni wyobraźnią czy ludzie nauki, czemu zresztą, nawiasem mówiąc, przyjdzie przypisać także bezpłodność nauki polskiej. Naukowiec bowiem zmuszony, choćby ze względów prestiżowych, do utrzymania się na jakim takim poziomie materialnym może to z biedą osiągnąć, goniąc za rozmaitymi ofertami zarobkowymi, ale dzieje się to kosztem badań, lektur i koncentracji.
Niedawno „Duży Format” „Gazety Wyborczej” ujawnił majątki pięćdziesięciu najzamożniejszych posłów, a więc prawie jednej ósmej całego Sejmu. Wahają się one od prawie 18 mln posła Bondy do 1,3 mln najuboższego w tej grupie marszałka Borowskiego, uboższego o 300 tys. od premiera i o 1,4 mln od posłanki Beger. Nie o to chodzi, że sumy te są dla mieszkańców drugiej Polski niewyobrażalne, ani nie o to nawet, jakiej zaradności wymaga ich zgromadzenie.
Chodzi po prostu o to, w jakim stopniu, przy tym układzie majątkowym w parlamencie, owa druga Polska – jej sposób myślenia, jej potrzeby, jej dramaty i jej sposób życia, a także jej kryteria etyczne są w ogóle w systemie władzy przedstawicielskiej reprezentowane, a chociażby tylko rozumiane.
Afery, o których czytamy w gazetach i które pojawiają się i będą się pojawiać, są odbiciem patologii systemu, w którym nastąpił po pierwsze, zrost i rywalizacja pomiędzy ludźmi władzy publicznej i ludźmi pieniądza, po drugie zaś, w którym fakt posiadania uważany jest za niewymagającą komentarza cechę nobilitującą. Stało się to składnikiem naszego obyczaju i wartością naszego etosu.
Dlatego na pytanie, czy będą nowe afery, odpowiadam bez wahania, że będą, i to jakie!
Trwa bowiem u nas w najlepsze wyścig na szczyty finansowe i społeczne. W stabilnych demokracjach zdarza się nieraz, że wybitny człowiek – naukowiec, przedsiębiorca, wydawca – wychodzi ze służby publicznej uboższy, niż do niej wstąpił. W III RP z pewnością nie zdarzyło się to nigdy. Bo też i nie o to w tym chodzi.

 

 

 

Wydanie: 50/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy