Wesele i pogrzeb

Wesele i pogrzeb

Jadę na film „Wesele” Wojciecha Smarzowskiego. Za oknem szarobury czyściec, a ja dobrowolnie skazuję się na polskie piekło. Film wstrząsający. Popękany, pada ofiarą emocji polskiej wojny domowej, nie zawsze więc udany artystycznie, wklejone są klisze wszystkich filmów tego zdolnego reżysera, ale sięga do mrocznego jądra polskości. W czarnym worku jest wszystko, czasami chaotycznie pomieszane: antysemityzm, Holokaust, grzechy Kościoła, LGBT, imigranci, kibole, narodowcy, polskie cwaniactwo, pijaństwo, okrutne zarzynanie świń. Jak może być dobry naród, który tak okrutnie traktuje świnie? Gruba przesada. Ale to trafia w nasz splot słoneczny. Sala w Kinotece była pełna, coraz więcej ważył nad nią Pałac Kultury, wszyscy po projekcji przybici gwoździami do foteli. Że Polacy nie zasłużyli na taki film. To dlaczego w internecie pod recenzjami „Wesela” tysiące ksenofobicznych wpisów? To wszystko jest aktualne niestety. Tacy też jesteśmy, nie zawsze, ale za często. A PiS obnażyło polski mrok i na nim żeruje. Ale dopóki takie filmy mogą powstawać, a ludzie oglądają je w kinach, jesteśmy wolnym krajem. A tylko wolność leczy chorą duszę.

Dzwonię do mojego kolegi, reżysera Andrzeja Titkowa, właśnie instaluje się w mieszkaniu Wisławy Szymborskiej. Dostał stypendium z jej fundacji, w jego ramach jest możliwość korzystania z mieszkania poetki przez miesiąc. Byłem w tym mieszkaniu co najmniej dwa razy, gdy Wisława jeszcze żyła. Pamiętam okienko między kuchnią a salonem, przez które podawała potrawy. Salon, jak mówi Andrzej, niezmieniony, dwa pozostałe pokoje już urządzone dla stypendystów. I jest okienko. Pamiętam kolację z zabawami, odbijaliśmy balonik z napisem „Samoobrona”, przejmowaliśmy się wtedy Samoobroną, jak poczciwa teraz się wydaje. I była oczywiście, a jakże inaczej, słynna loteryjka, każdy coś wygrywał, Wisława, jak to poetka, była dziecinna. A mieszkanie skromne, w brzydkim domu z lat 70. Wielki jest smutek mieszkań, których lokatorzy umarli.

Zmusiłem się, by obejrzeć dwa odcinki „Squid Game”, nie było łatwo. Jednak to przerażające, że małe dzieci oglądają ten serial, w klasie Frania obejrzeli niemal wszyscy i o tym filmie dużo dyskutują. A to przecież jest Katyń, nieustanne egzekucje, krew tryska. Dorośli lepiej od dzieci wiedzą, że to jest fikcja, poza tym nam przeszkadza (mnie przynajmniej) gra koreańskich aktorów, wydaje się sztuczna, więc trudno uwierzyć w ten świat, dlatego nawet sceny ostateczne wydają się czasami śmieszne. Można oczywiście się pocieszać, że ten film przypomina gry komputerowe, gdzie też ciągle się zabija, a z pokolenia wychowanych na tych grach nie wyrosło pokolenie morderców. Kiepska pociecha, ale pociecha.

Jest już pierwsza śmiertelna ofiara ustawy antyaborcyjnej. Ile jest nieznanych? Powszechne oburzenie po śmierci kobiety z Pszczyny, lekarze czekali, aż przestanie bić serce dziecka. Mam nadzieję, że ta śmierć nie pójdzie na marne. Skala oburzenia i żalu zostawi ślad, szeroką bliznę. Nie idę na manifestację, ale mam usprawiedliwienie od lekarza, uwiera mnie biodro, a jednak gryzą mnie wyrzuty sumienia.

Moja słaba pamięć ma jedną zaletę, książki już czytane po jakimś czasie czytam, jakbym czytał je po raz pierwszy, więc radość z ponownej lektury. Mam brać udział w dyskusji o Dostojewskim. Czytam ponownie dzienniki drugiej żony pisarza, Anny, „Mój biedny Fiedia”. Anna jest niezbyt ładna, naiwna, czasami nawet głupia, ale głupia w sposób niezwykle interesujący. Nie mając talentu do myślenia, ma talent do pisania. Z zawodu stenografka, tak poznał ją pisarz, dyktował jej „Gracza” z nożem na gardle, miał na to miesiąc, a nie dotrzymując terminu, popadał w niewolę wydawcy. Anna po latach stenografuje też swój dziennik, naiwnie i pedantycznie zapisując rzeczywistość. Dziennik obejmuje głównie czas, kiedy jest z Dostojewskim w Dreźnie, więc to koniec lat 60. XIX w. Cierpiący na brak pieniędzy pisarz co jakiś czas oddaje się swojemu uzależnieniu od hazardu. Obok padaczki to była jego druga ciężka choroba. Ten dziennik nie tylko genialnie portretuje Dostojewskiego od kuchni, podejrzany bywa nagi, niemądry, słaby. Anna jakby kręci dokument na czarno-białej taśmie. Być żoną wielkiego artysty to zawsze jest ponad siły zwykłej osoby, wymaga to wyjątkowego hartu ducha, pokory, tolerancji, wytrwałości. Znałem kilka żon wielkich artystów i zawsze wykazywały te cechy. Potem zwykle zostawały wdowami po wielkich artystach, jest taki zawód. Anna ma wielkie zasługi dla światowej literatury, stała się mocnym oparciem dla pisarza tonącego w długach, „gracza” chorego na padaczkę, zjadanego przez neurastenię. Bez niej pewnie nie napisałby swoich wielkich powieści. Życie by go pożarło.

t.jastrun@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 47/2021

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy