Wahadło?

W okolicach świąt w nadawanym przez TVP katolickim programie „Ziarno” zdarzyło mi się widzieć osobę duchowną, księdza, który trzymając za ręce wianuszek dzieci w wieku przedszkolnym, tańczył z nimi w kółko, śpiewając przy tym, pewnie własnego wyrobu, piosenkę: „Chrześcijanin tańczy, tańczy, tańczą jego biodra, chrześcijanin tańczy, tańczą nogi chrześcijanina…”.
Dzieci jak to dzieci, kręciły się w kółko i było im chyba obojętne, czy bawią się w „kółko graniaste”, „chodzi lisek koło drogi” czy też w tańczącego chrześcijanina. Ale nam – mimo że rzecz sama w sobie jest kuriozalna – nie powinno być to całkiem obojętne, a to z kilku powodów.
Nie dlatego, oczywiście, że owe podskoki z chrześcijaninem na ustach mogą wydać się niepoważne nawet jako forma nauczania religii. Kościół już dawno porzucił swoją biblijną powagę, odprawia się msze rockowe, a – jak pisze Neil Postman („Zabawić się na śmierć”) – arcybiskup archidiecezji nowojorskiej, John J. O’Connor, podczas swego uroczystego ingresu w katedrze św. Patryka raz miał na głowie bejsbolówkę drużyny New York Yankee, raz znów New York Mets. Rzecz w tym natomiast, że chociaż dzieci z programu „Ziarno” z pewnością zostały starannie dobrane pod względem wyznaniowym, to przed telewizorami mogły się jednak znaleźć dzieci będące muzułmanami, buddystami, pochodzące z rodzin ateistycznych, a nawet, wstyd powiedzieć, żydowskich, które również chciałyby się przyłączyć do telewizyjnej zabawy w kółko graniaste.
Można by oczywiście zapytać, dlaczego te dzieci miałyby oglądać katolicki program „Ziarno”? Ale równie zasadne przecież byłoby pytanie, czy telewizja publiczna nie powinna służyć wszystkim, w tym także dzieciom niewłaściwych wyznań, mającym ochotę zatańczyć biodrami i nogami?
Jest to oczywiście jedynie drobny odprysk sprawy nieporównanie szerszej. Jesteśmy bowiem świadkami – zgodnie zresztą z zapowiedzią rządu braci Kaczyńskich – gwałtownej chrystianizacji Polski, która polega nie na głębokim przeżywaniu nauk ewangelicznych, lecz na sugestii, że religia katolicka jest wyznaniem oficjalnym, urzędowym, a losami naszego kraju, a także świata, kieruje wola boska, preferująca katolików. Dał temu wyraz kaznodzieja, ksiądz Tadeusz Szeszko, głosząc na warszawskim Bródnie, że ubiegłoroczne tragiczne tsunami, które zabiło około 300 tys. ludzi, „uderzyło dobrze, bo w ziemię niezamieszkaną przez katolików”, a w dodatku nawiedzaną przez bezbożników, którzy zamiast celebrować Boże Narodzenie przy wigilijnych stołach z karpiem i wódką, wylegują się na plaży. Tezę ks. Szeszki podważył Jerzy Urban („NIE”, nr 1/2006), który był wówczas w rejonie tsunami i twierdzi, że gdyby tym kataklizmem kierowała istotnie ręka Opatrzności, to utopiłaby przede wszystkim jego, zamiast moczyć go tylko do – niewysokiego, jak wiemy – pasa. Ale problem nadprzyrodzonej ingerencji pozostaje.
Bardziej rozbudowaną i poważniejszą teorię przedstawił niedawno abp Życiński, który obawiając się, i słusznie zresztą, zbyt bliskich związków władzy politycznej z Kościołem – uosabianym przez Radio Maryja i o. Rydzyka – stwierdził, że skutkiem tego aliansu może być bujnięcie się wahadła w przeciwną stronę i powstanie w Polsce państwa świeckiego , w którym Kościół oddzielony zostanie od państwa, a religia stanie się sprawą prywatną, jak we Francji na przykład. Rzeczywiście, Francja nie tak dawno – w ubiegłym roku – obchodziła stulecie formalnego oddzielenia Kościoła od państwa i zarówno Francuzi, jak i wielu innych Europejczyków obchodziło tę rocznicę jako zwycięstwo demokracji i wolności, przynajmniej w zakresie sumień.
Co do mnie jednak, to nie podzielam optymizmu abp. Życińskiego, że klerykalizacja prowadzi do laicyzacji. Klerykalizacja lansowana przez władzę i media prowadzi do klerykalizacji jeszcze głębszej i bardziej dokuczliwej. Dzieli ludzi na lepszych i gorszych w zależności od ich wyznania lub jego braku, dezintegruje społeczeństwo i promuje nie wiarę, lecz zabobon.
Polska raz już była widownią czegoś takiego, w czasach kontrreformacji mianowicie, gdy byliśmy „przedmurzem chrześcijaństwa” na Wschodzie, i skutki tego tkwią w naszej mentalności do dzisiaj. Odróżnia to nas od krajów zachodu Europy, z Francją włącznie, które nigdy żadnym przedmurzem nie były, a także od będącej naszym wzorem Ameryki, gdzie prezydent Bush, niewątpliwy bigot, starannie unikał w tym roku zwrotu Christmas, zastępując go wyrazem holidays, „święta”, aby nie drażnić tych obywateli Ameryki, którzy nie są chrześcijanami i Boże Narodzenie traktują wyłącznie jako okazję do zakupów i prezentów.
Nie zmienia to oczywiście faktu, że także Ameryka może stać się wylęgarnią wstecznictwa i nonsensu, wypływającego niestety ze źródeł religijnych. Świadczy o tym chociażby zajadła i opierająca się o sądy dyskusja, która dotyczy nauczania w szkołach nie tylko teorii ewolucji, ale także kreacjonizmu, to znaczy teorii powstania świata, tak jak to opisuje Księga Rodzaju. Sądy amerykańskie musiały więc rozstrzygać, czy rzeczywiście Wszechświat powstał pięć tysięcy lat temu, a człowiek ulepiony został z gliny i nie wywodzi się od maleńkich ssaków żyjących między dinozaurami, które z takim sukcesem bada teraz polska uczona. I niektóre amerykańskie sądy przyznały, że tak właśnie było, świat ma pięć tysięcy lat, a Ewa powstała z ziobra, chociaż nawet Jan Paweł II powiedział, że ewolucjonizm „jest więcej niż hipotezą”.
Nieszczęście bowiem polega nie na tym, że ludzie wierzą, w co im się podoba, ale że niektóre wierzenia stają się normą społeczną i obyczajową. Widzieliśmy to całkiem niedawno, kiedy rozeszła się pogłoska, że w operze „Wozzeck”, genialnym utworze Berga, solista śpiewa nago (będąc w tej scenie pacjentem w gabinecie lekarskim), a jakaś nawiedzona w „Newsweeku” napisała, że w pobliżu owego pacjenta znajduje się na scenie 11-letni chłopiec. Sprawę tę podchwycił oczywiście rydzykowy „Nasz Dziennik”, w którym duchowny, ks. Dziewiecki napisał, że ów chłopak był „molestowany seksualnie” przez sam widok nagości holenderskiego solisty Mattea de Montiego i wobec całego tego wrzasku „Wozzeck” o mało nie spadł z afisza Teatru Wielkiego.
I to jest właśnie ten moment, w którym dominacja doktryny religijnej staje się szkodliwa społecznie i kulturalnie. Jeśliby bowiem przyjąć rozumowanie „Newsweeka”, „Naszego Dziennika” i ks. Dziewieckiego, to nie tylko nie można iść z dorastającym chłopcem na plażę, nie mówiąc już o łaźni, ale nie można by było nawet tańczyć jak w programie „Ziarno”, gdyż fakt, że chrześcijanin ma biodra, a nawet nogi, ma charakter obsceniczny.
Tak właśnie okazać się może już wkrótce. Dopóki, w myśl teorii abp. Życińskiego, wahadło nie wahnie się w drugą stronę. Ale może się nie wahnąć nigdy, jeśli sami go nie wahniemy.

Wydanie: 2/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy