Obama – polski historyk

Obama – polski historyk

Ludzie dobrze wychowani, będąc świadkami gafy, udają, że niczego nie zauważyli. Trudno jednak wymagać od całej opinii publicznej, żeby była dobrze wychowana. Poza tym nie wiadomo, czy prezydent Barack Obama popełnił gafę, czy wprost przeciwnie – był według potocznego w Ameryce języka zwyczajnie poprawny. Moje doświadczenie amerykańskie jest skromne, ale ośmielam się twierdzić, że to drugie. Amerykanie w sytuacjach niepodlegających polskiej obserwacji albo i podlegających mówią „polskie obozy koncentracyjne” i wątpię, żeby ktoś potrafił ich tego oduczyć. Lech Wałęsa i inni twierdzą, że nadarzyła się okazja, aby Amerykanów nauczyć prawdy. Trzeba tylko prezydenta Stanów Zjednoczonych mocno przyprzeć do muru, żeby zadał kłam swoim słowom, i Amerykanie pod wpływem takiego autorytetu dowiedzą się całej prawdy i zaczną gadać, jak należy. Mam co do tego wątpliwości rozmaitej natury. Należy dziękować Bogu, że przynajmniej wielkie media jak np. „New York Times” uznają naszą rację w sprawie obozów lub są podatne na wysłuchanie polskiej strony. Nie należy chcieć za dużo, bo można nic nie dostać i tylko się ośmieszyć. Sprawa jest w rękach dyplomatów i sądzę, że oni jakieś gładkie wyjście znajdą i syzyfową pracę przekładania „polskie” na „nazistowskie” będą nadal prowadzić.
Na słowa prezydenta Obamy polski naród partyjny, telewizyjny i gazetowy, zwany krócej „społeczeństwem obywatelskim”, zareagował z właściwą sobie nadpobudliwością, ale tylko pierwszego dnia, bo dziś, kiedy to piszę, już się troszkę uspokoił. Z tych przesadnych reakcji miałem początkowo ochotę się wyśmiać, ale zastanowiwszy się, posmutniałem. Któryś ze starożytnych mędrców (tylko w starożytności istnieli mędrcy) powiedział, że pierwszym warunkiem szczęścia jest mieć szanowaną ojczyznę. Ojczyzna z wielu powodów może nie być szanowana. Kraje słynące z biedy nigdy nie są szanowane, podobnie jak te, gdzie panuje bezład i złodziejstwo. Wywodzić się z narodu, który zbudował obozy śmierci, jest okolicznością mocno obciążającą, ale w miarę upływu czasu coraz mniej. Jest to oczywiste i nie ma powodu zaciemniać faktu filozoficznym pogłębianiem. Rozumiem tych wszystkich, którzy z wielką przykrością odebrali słowa amerykańskiego prezydenta przydające powagi zupełnie fałszywemu przekonaniu.
Jedna z propagandowych gadających głów powiedziała dziwaczne zdanie: „Polska przegrała bitwę o pamięć z Obamą”. Nie zauważyłem takiej bitwy i nawet jej sobie nie wyobrażam. Widzę natomiast, że polityka historyczna w wykonaniu IPN i kół zależnych spowodowała taką intelektualną demoralizację, że obiektywne poznawanie przeszłości prawie już nie istnieje, wyparte przez „bitwę”, czyli narzucenie innym obrazu przeszłości zgodnego z celami propagandowymi panującego, dwupartyjnego obozu politycznego. Taka „bitwa o pamięć” ma zarówno płatnych, jak i bezinteresownych, głodujących rotacyjnie bojowników. Gdy ci bojownicy o pamięć gniewają się na Obamę, że popsuł im wizerunek Polski, z czego mogą wyniknąć wymierne szkody, to mają do tego prawo, ale są obłudnikami, hipokrytami, gdy występują rzekomo w imię prawdy historycznej. W samej Polsce jest dużo pracy dla tych, którzy by chcieli obalić fałsze historyczne i te odnoszące się do naszych czasów. Projektowane muzeum drugiej wojny światowej ma pokazać, że począwszy od wybuchu tej wojny do roku 1989 wszystko mistycznie prowadziło do objęcia władzy przez „Solidarność”. Rok 1945 był klęską Polski, a Gdańsk, Szczecin, Wrocław znajdują się w granicach Polski jako rekompensata za litewskie Wilno i ukraiński Lwów. Drugi okupant był zagadkowo perfidny, skoro tak skrupulatnie zatroszczył się o rekompensatę dla podbitego przez siebie narodu.
Obama powiedział nieprawdę, a czysto polskie Muzeum Powstania Warszawskiego pokazuje całą prawdę z wyjątkiem tego szczegółu, że powstanie skończyło się bezprzykładną w historii Polski katastrofą. Historia Polski, i ta przedstawiana w podręcznikach szkolnych, i ta opiewana w literaturze i publicystyce, i ta prezentowana uroczyście podczas uroczystości państwowych, jest zafałszowana i tylko może raz na kilkanaście lat znajdzie się ktoś zniecierpliwiony, kto się temu pobożnemu, patriotycznemu kłamstwu w miarę swoich sił sprzeciwi. I nagle przyzwyczajonym do tego Polakom zachciało się prawdy od Baracka Obamy.
Nie wszyscy tylko się skarżyli jałowo – IPN wystąpił od razu z konstruktywną propozycją. Chce nauczać Amerykanów prawdziwej historii. Ekshumacje w Polsce już ludziom obrzydły, spisy sołtysów i wójtów z półwiecza PRL już porobione, a żyć trzeba. Wśród Polonusów w Chicago ta instytucja jest z pewnością bardziej wiarygodna niż w Warszawie.
Słyszy się teraz ze wszystkich stron, że wskutek błędu prezydenta Obamy pomniejszony został zaszczyt, jaki spotkał pośmiertnie naszego rodaka. Zauważyłem wśród wyróżnionych Medalem Wolności postacie niedorównujące formatem i zasługami Janowi Karskiemu, więc może sprawa zaszczytu nie wygląda tak, jak się na pierwszy rzut oka wydaje.
Jan Karski był człowiekiem ofiarnym, odważnym i prawdomównym. Jego książka „Wielkie mocarstwa wobec Polski. Od Wersalu do Jałty” jest czymś więcej niż monografią naukową. Stanowi wzór intelektualnej uczciwości w badaniach historycznych. Dzieło człowieka mądrego.

Wydanie: 23/2012

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy