Moc Adama M.

Media i okolice

„Ulepiwszy z gleby wszelkie zwierzęta lądowe i wszelkie ptaki powietrzne, Pan Bóg przyprowadził je do mężczyzny, aby przekonać się, jaką on da im nazwę. Każda istota żywa winna nosić imię nadane jej przez Adama”, tak opisuje Biblia narodziny języka. Wówczas to człowiek zyskał moc przypisywania rzeczom imion. Obecnie adamową moc wykazują media – to one nadają rzeczom i wydarzeniom odpowiednią nazwę, wyznaczając ramy społecznej dyskusji i opinii publicznej. To one wyrokują, co jest dobre, a co złe, tak jakby posiadły boską wiedzę z drzewa wiadomości dobrego i złego. To one określają w swych serwisach informacyjnych, kto jest bojownikiem, a kto buntownikiem, kto jest partyzantem, a kto terrorystą, czyj postępek jest słuszny, a czyj naganny.
Przykładowo, gdy wydarzy się wypadek drogowy, to dziennikarze w swych sprawozdaniach ustalają domyślnych winnych: „samochód wpadł na przechodnia”, pośrednio wskazuje na winę kierowcy, natomiast „przechodzień wpadł pod samochód” sugeruje nieuwagę pieszego. I choć ich językowe implikacje nie mają mocy prawnej, to przecież tworzą klimat potępienia – bądź dla brawury kierowców, bądź dla beztroski pieszych.
Opinia publiczna, jak Ewa w raju, nie ma wielkiego wyboru podsuwanych im określeń. To Adam nazwał jabłko jabłkiem, więc może gdyby wybrał mniej smaczną nazwę, na przykład zgniłek, wąż nie zdołałby skusić Ewy.
O wielkiej mocy nazw dobrze wiedzą dzisiejsi marketingowcy, dbając, aby nieprzyjemne skojarzenia językowe nie psuły wizerunku reklamowanej marki towaru. Unika się wszystkiego, co może się źle kojarzyć. Na pewno nazwy „kasa chorych” nie wprowadzili specjaliści od zdrowia publicznego, a konserwatywni politycy. To amerykański biznes pogrzebowy usunął słowo „zmarły” (nie mówiąc już o słowach „trup” czy „zwłoki”), zastępując je eufemizmem „drogi nieobecny”.
Jednak media nie poddają się tendencji łagodzenia nazw. Przeciwnie, aby przyciągnąć i utrzymać czytelnika, coraz bardziej konkurencyjne media prześcigają się w nadawaniu coraz mocniejszych określeń. Nagłówki prasowe wręcz krzyczą. Profesor Władyka opisywał praktyki międzywojennej prasy sensacyjnej wezwaniem redaktora prowadzącego numer: „Dajcie krew na pierwszą stronę!”. Dzisiaj okrzyk brzmi: „Dajcie skandal na pierwszą stronę!”. Nic tak bowiem dobrze nie sprzedaje gazety jak skandal moralny. A gdy jeszcze się uda dołożyć elementy horroru – to efekt murowany.
Polską wstrząsnął reportaż „Gazety Wyborczej” zatytułowany bez ogródek: „Łowcy skór – reportaż o łódzkich handlarzach zwłok”. I zaraz potem: „W łódzkim pogotowiu od ponad dziesięciu lat handluje się zwłokami zmarłych pacjentów. Kto sprzedaje? Niektórzy lekarze, sanitariusze, kierowcy karetek i dyspozytorzy. Kto kupuje? Łódzkie zakłady pogrzebowe. Ciało zmarłego w pogotowiu nazywa się „skórą”. Za jedną skórę płaci się 1200-1800 zł. Czy aby zdobyć skórę, można zabić pacjenta? Są takie poszlaki”.
No i się zaczęło. Co – wie każdy czytelnik „Przeglądu”. Radio, telewizja, prasa pełna była informacji, komentarzy i dociekań na temat tych okropnych praktyk. W pierwszych kilku dniach z całym dobrodziejstwem inwentarza (semantycznego) przyjęto określenie „handel zwłokami”. Wyobraźnia podpowiadała utylizację zwłok: pobieranie organów, wyroby ze skóry itp. Nieliczne trzeźwiejsze opisy wskazywały na sprzedaż informacji, a nie zwłok, lecz mało kto przejmował się takimi subtelnościami. Moc prasowej terminologii była tak silna, że nawet minister sprawiedliwości i minister zdrowia nie zdołali się jej w pełni przeciwstawić. A lud wiedział swoje – horror i skandal.
Wobec moralnego wzburzenia elektoratu najwyższa władza natychmiast wysłała najlepsze ekipy do prześwietlenia nie tylko łódzkiego pogotowia. Na razie – poza ewidentnymi i masowymi przypadkami korupcji informacyjnej i naciągania ZUS-u – zebrano niewiele dowodów wskazujących na zbrodnicze szkodzenie pacjentom. Zapewne takie przypadki się znajdą, ale przecież i one nie są przypadkiem handlu trupami.
Jednak zarówno dziennikarze, jak i lekarze sami nigdy się nie przyznają do złych diagnoz. I jedni, i drudzy przechodzą nad nimi do porządku dziennego, co jest tym łatwiejsze, iż każdy dzień przynosi nowe okazje wykazywania troski o szarego człowieka. Trudno się zatem dziwić, że każdego ranka prasa dostarcza nam nowej manny – codziennej porcji skandali. Wieczorem zaś telewizja magluje skandale w wiadomościach. A skołowany, ubogi duchem, szary odbiorca boi się wezwać ratowników. Media ukazały obraz jakby żywcem wzięty z rysunków Andrzeja Mleczki – „Zenek, nasz wesoły sanitariusz”. Eutanazja po polsku.
Trzeba zatem uważać z mocą nadawania nazw. Nie wyszła ona na dobre wygnanemu z raju Adamowi, może też okazać się zgubna w wypadku panaadamowej gazety. Dopóki politycy i wyborcy bezmyślnie aprobują podsuwane im określenia, język „Gazety” ma moc kreacyjną. Ale skandale powszednieją, aż wreszcie znika magiczna siła nazwy.
Młodzi dziennikarze „Wyborczej” nie mieli wątpliwości językowych – handel informacjami czy handel zwłokami, cóż to za różnica. Trudno im się dziwić, ich koledzy też nie odróżniają bitów od atomów – już rok temu „Gazeta Wyborcza” w pięciu numerach na pierwszych stronach największą czcionką alarmowała o zagrożeniu polskiej suwerenności przez tajemniczy kabel światłowodowy. Mapka ilustrująca jego przebieg sugerowała coś groźniejszego niż niemieckie żądanie w 1939 r. eksterytorialnego korytarza. Jednak cóż się stało z tak wielkim larum? Bito w wielkie dzwony, wzywano prokuraturę. Bez rezultatu. Dziennikarska góra urodziła mysz.
Również w sprawie pogotowia emocje opadają, wracają proporcje i wraca rozsądek. Niestety, sprawdza się powiedzenie: „Błędy lekarzy kryje ziemia, błędy dziennikarzy drukuje się na pierwszej stronie”.

 

Wydanie: 6/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy