O chciejstwie i strachach na Lachy

O chciejstwie i strachach na Lachy

„Forum” (25.11-8.12.2016) przedrukowuje wypowiedź Pawła Kazarina, ukraińskiego publicysty z portalu internetowego Krym.Realia. Stwierdza on, że nacjonalistyczne hasła ukraińskie nie mają tego znaczenia co 70 lat temu. „Podobnie dotyczy to pojęcia »banderowcy«. Słowo wychynęło z lamusa historii i stało się bardzo popularne dzięki… rosyjskiej telewizji. Rosyjscy prezenterzy i komentatorzy tak często używali go do określenia zwolenników ukraińskiej niezależności, że spowodowało to reakcję zwrotną; »banderowcami« zaczęli nazywać siebie wszyscy Ukraińcy – na przekór rosyjskiej propagandzie. W ten sposób nacechowane negatywnie słowo straciło dawne konotacje”.
Wynika z tego, że gdyby jakiejś grupie etnicznej zarzucano ustawicznie np. nazizm, to zamiast bronić się przed zarzutem (o ile jest niesłuszny), grupa owa może przyjąć ów termin, przez co straci on swój złowieszczy sens. Dosyć karkołomne to rozumowanie. Ale mniejsza z tym. Gorzej, że Paweł Kazarin po prostu mija się z prawdą.

Stepan Bandera został zabity w Monachium 15 października 1959 r. Nie oznaczało to bynajmniej zmierzchu ideologii, którą głosił. O ile w Ukraińskiej SRR mógł być wspominany tylko w najgłębszej konspiracji, o tyle duże i dobrze zorganizowane grupy emigracji ukraińskiej w Niemczech, Francji, Kanadzie i USA kultywowały jego ideologię i pamięć o nim. Jak pisze Wiesław Romanowski w monografii Bandery (Warszawa 2012): „To nawet nie jest paradoksalne, że polityczne morderstwa i ich ofiary zaczynają żyć nowym życiem. Zamordowany przez Sowietów Stepan Bandera wrócił do głównego nurtu galicyjskiej, a także ukraińskiej polityki”. I dalej: „Mit Bandery ma kilka mutacji. Podstawowe to halicka, wschodnioukraińska, rosyjska i polska. Tylko w halickiej Stepan Bandera jest pozytywnym bohaterem, w pozostałych – emisariuszem zła…”.

Na to Paweł Kazarin: „Kwestie przynależności narodowej, języka, pochodzenia – wszystko to w ogniu Majdanu straciło rację bytu jako punkt odniesienia”. Wynikałoby z tego jasno, że dla mieszkańców Donbasu czy Krymu straciły znaczenie ich język i przynależność narodowa, a na wschodniej Ukrainie ludzie zaczęli się nazywać „banderowcami”. To już nie tylko mijanie się z prawdą, ale wręcz szalone chciejstwo nieznajdujące żadnych podstaw w złożonej rzeczywistości. Niestety, zbliżonemu chciejstwu ulegają ludzie skądinąd poważni, i to nie na rozpalonej namiętnościami Rusi Halicko-Wołyńskiej, ale w oddalonej o paręset kilometrów umożliwiających dystans Warszawie.
W „Polityce” (30.11-6.12.2016) piszą oto Jan Krzysztof Bielecki i Paweł Kowal: „Ukraińcy podczas kolejnych Majdanów alarmowali świat o rosnącym rosyjskim zagrożeniu. Aż wreszcie na przełomie 2013 i 2014 r. okazali niebywałe męstwo i wytrwałość. Nigdy w historii Europy po II wojnie światowej nikt nie oddał życia za idee integracji europejskiej. Dla Ukraińców w tym przypadku stawką było »tylko« stowarzyszenie z Unią Europejską. Jako naród uznali oni jednak, że jest to stawka warta ceny najwyższej – w trakcie euromajdanu, »rewolucji godności« – jak pisały ukraińskie media, zginęło prawie 100 osób, a ponad 3 tys. zostało rannych”.

Cześć ofiarom – to jest poza dyskusją. A teraz po kolei: nikt nie przeczy, że zajścia miały charakter antyrosyjski. „Rewolucja godności”, o czym dziwnie Bielecki i Kowal zapominają, zwrócona była jednak głównie przeciwko (może nie chcą wspominać, że legalnie wybranemu) skorumpowanemu satrapie i z jego siłami się ścierała. Kwestie europejskie były w dalekim tle, więc pisanie o euromajdanie, jak też o tym, „że oddawano życie za ideę integracji europejskiej”, jest daleko posuniętym naciąganiem interpretacji, w myśl tego, co by autorom pasowało, czyli chciejstwem właśnie. Temu, że Ukraińcy „jako naród uznali…” – „jako naród”, czyli wszyscy Ukraińcy – służyć ma uprzednie zapewnienie, że „wbrew stereotypom Ukraina nigdy nie była podzielona na dwie części: zachodnią i wschodnią”. Mniejsza z tym, że autorzy sami sobie zaprzeczają, pisząc: „W jej skład weszły zarówno wschodnia część Galicji, która doświadczyła demokracji, jak i Donbas z korzeniami głęboko w Imperium Rosyjskim”. Mniejsza, gdyż wystarczy przejechać się po Ukrainie, gdzie podział rzuca się w oczy, lub po prostu sprawdzić, kto głosował na Wiktora Janukowycza, a kto przeciwko niemu się buntował. Nawet taka niewinna elektoralna mapka jakby zaprzeczała przekonaniom Bieleckiego i Kowala.

„Ukraińcy alarmowali świat o rosnącym rosyjskim zagrożeniu” – trochę niejasne to zdanie. O zagrożeniu dla Ukrainy? Europy? Świata? Ależ nie – i to nam zostało wytłumaczone: „Zachłyśnięci wizją szybkiego doścignięcia Zachodu zapomnieliśmy o słowach Piłsudskiego o »zagrożeniach płynących dla Polski ze wschodu«”. Piłsudski umarł ponad 80 lat temu. Od tego czasu Europa cokolwiek się zmieniła. Prosiłbym więc bardzo panów Bieleckiego i Kowala, żeby zamiast pobożnych życzeń na tematy ukraińskie napisali nareszcie, w punktach najlepiej, w czym dzisiaj Polsce – członkini NATO i UE – zagraża złowroga Rosja, jakie plagi spadną na nas z Kaliningradu.

Wydanie: 52/2016

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy