Do Marii L.

Do Marii L.

Latem 1969 r. kochałem się na zabój w Marysi Lipok (skądinąd, jak mówi mądrość ludowa: „Stara miłość nie rdzewieje, lecz jak hubka w sercu tleje”). Nie byłem z urody nazbyt odpychający, fizycznie natomiast całkiem sprawny, umiałem założyć elegancki bajer i poszedłbym za nią na koniec świata. Niestety, nie miałem najmniejszych szans. I nawet gdyby dobry Bóg w niezasłużonym kaprysie uczynił ze mnie Apolla, najwspanialszego tancerza epoki, a oczom moim dał powłóczystość spojrzenia nieznaną dziejom, nie poprawiłoby to moich szans na jotę. Nie miałem ich ani przez sekundę z tego najprostszego powodu, że… nie byłem Ślązakiem. Dla mnie, kundla: Wilno, Kraków, Warszawa, Paryż… długo było czymś niepojętym, że można być tak związanym z jakimś skrawkiem ziemi bez lupy niewidzialnym na globusie. Ale nic nie wiedząc o Śląsku, o czym miałbym z nią pogadać w ewentualne długie zimowe wieczory? Czy nauczyłem się wtedy czegoś od Marysi? Chyba nie. Na zrozumienie i zaakceptowanie innych potrzeba czasu, dorosłości, a może też bliskości. Tymczasem Marysia wyszła za mąż za uroczego Ślązaka Bierwiaczonka i wkrótce wydała na świat wspaniałe śląskie dzieci. Nasze drogi nie rozeszły się, ale oddaliły o tyle mniej więcej, ile jest kilometrów z Tychów do Wersalu – niby sporo, ale w kosmicznym wymiarze niecały skrawek milimetra.
18 lat później brałem ślub z Basią w małym miasteczku Fontenay-le-Fleury koło Wersalu. Trudno sobie wyobrazić bardziej zbiurokratyzowany rytuał. Na pulpicie biurka stała gipsowa Marianna z pustymi oczodołami, gdzieś w górze François Mitterrand z portretu na niebieskim tle spoglądał ponad naszymi szczęśliwymi głowami na przyszłych wyborców. W prezencie od mera dostaliśmy pokaźny album o dziejach, geologii, demografii, kryminalnych przypadkach, architekturze zabytków oraz większych i mniejszych obywatelach naszego miasteczka. Zacząłem to czytać następnego dnia. I chociaż do Fontenay-le-Fleury zagnał mnie dziejowy przypadek, nagle poczułem się lepiej i bliżej. To już nie była ziemia zupełnie odległa i obca. W jakiś przedziwny sposób będziemy już i Basia, i ja w tym przypadkowym miasteczku serdecznie ukorzenieni.
Marysia Lipok skończyła studia etnograficzne w Krakowie, a z biegiem czasu została dyrektorką muzeum miejskiego w jej rodzinnych Tychach. Czasami (to ta hubka, co w sercu tleje) przysyła mi do Francji zbierane wraz ze współpracownikami, pięknie zredagowane opracowania na temat historii Tychów. Z lat 30., czasów okupacji, lat 50. itd. Czytam i w jakiś magiczny sposób staję się też obywatelem miasta Tychy. Nie ma bowiem w zbieranych przez Marię Lipok dokumentach żadnych stronniczych przesłań politycznych, bez których – wydawałoby się – nie można dzisiaj się obejść. Nie ma tez i antytez. Jest tylko pamięć. Ona zaś ciekawsza jest niż czarno-białe klisze i z góry założone paradygmaty.
W wydanym przez Muzeum Miejskie w Tychach (2013 r.) zbiorze wspomnień „Dzieciństwo, młodość i wielka budowa” pisze Paweł Grycholik: „W dniu 12 maja zostałem przyjęty do utworzonej przy tyskiej parafii Sodalicji Mariańskiej męskiej i zostałem wybrany sekretarzem. 19 maja nasza drużyna ZHP uczestniczyła w uroczystych obchodach 25-lecia wybuchu III Powstania Śląskiego na Górze Świętej Anny, w których brali udział marszałek Rola-Żymierski i Władysław Gomułka (…). W maju [1950 r.] zdawałem maturę. Najpierw część pisemną z polskiego i matematyki, potem część ustną. (…) Przy egzaminie ustnym w skład komisji egzaminacyjnej wchodził tak zwany czynnik społeczny, a więc przedstawiciel młodzieży pracującej, przedstawiciele zakładów pracy i inni. Nasz wychowawca pocieszał nas, że ci członkowie komisji i tak nie bardzo orientują się w zdawanym materiale. I tak było rzeczywiście. Siedzieli jak na tureckim kazaniu i byli szczęśliwi, kiedy egzaminy zakończyły się. Po maturze otrzymaliśmy pocztą indywidualne zaproszenia na rekolekcje zamknięte w domu rekolekcyjnym diecezji katowickiej w Kokoszycach koło Wodzisławia. Udział wzięli prawie wszyscy maturzyści naszej szkoły. W rekolekcjach uczestniczyli także maturzyści liceum w Pszczynie, wśród których byli moi koledzy z Tychów”. Cóż dodać? Jakże to odległe od „polityki historycznej” i jakże ważne dla powikłanej prawdy tamtych i wszelkich lat.
Marysiu, w przesyłce z wydawnictwami muzeum była też karteczka, że postanowiłaś przejść na emeryturę. Nie pozwalam! Liberum veto! Zdaj sobie sprawę, że dla mnie Tychy będą puste bez ciebie, a Polska zubożeje bez takich pań jak ty. I nie ma w tym żadnej przesady.

Wydanie: 16/2014

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy