Nowa kadra

Na ulicach można oglądać obecnie ogromne plakaty, na których babcia staruszka, promieniejąca czystością i dobrocią, sąsiaduje z hożą współczesną dziewoją. Na innych dziadek weteran o szlachetnej, pooranej bruzdami twarzy figuruje na wspólnym plakacie z dziarskim młodzieńcem o rysach nordyckich i zdecydowanym spojrzeniu. Napis zaś na tych plakatach głosi: „Łączy ich patriotyzm jutra”. W ten sposób PiS umacnia morale narodu.
Naprawdę jednak, gdy się przez chwilę zastanowić, owych dwóch pokoleń nie łączy nic albo prawie nic. Babcia staruszka wraz z dziadkiem weteranem wyglądają na oko na jakieś 70-75 lat. Urodzili się więc niedługo przed wojną. Przez cztery wojenne lata jadali raczej marnie i żyli w strachu, że coś losowego stanie się ich rodzicom albo im samym, o co wówczas nie było trudno, zwłaszcza jeśli mieszkali w Warszawie, gdzie wybuchło powstanie. I dopiero w roku 1945 wyzwoliła ich armia radziecka, dając szansę pójścia do polskiej szkoły wyższej niż podstawowa, a także, z czasem, najedzenia się do syta. Otworzyły się też przed nimi perspektywy kariery zawodowej, która – sądząc po ich dość inteligentnych obliczach – ułożyła się im jako tako, ponieważ o pracę było łatwo.
Być może nie doceniam ich wieku. Być może więc są oni o 10 lub 15 lat starsi. Wówczas mieli także szansę wziąć udział w walce podziemnej, mogli stracić z rąk hitlerowców najbliższych przyjaciół, dostać się do obozu, po wojnie zaś być narażonym na liczne przykrości i prześladowania, których kres nastąpił dopiero w 1956 r. Tak czy owak ich życie było ciężkie, lecz poprawiało się stopniowo, głównie w zależności od pracy i talentów.
Młodzi urodzili się 20-25 lat temu i wszystko, czym było życie tych staruszków, jest dla nich bajką o żelaznym wilku. Nawet stan wojenny nie jest dla nich wspomnieniem dzieciństwa, bo trudno mieć wspomnienia z pieluch. Sądząc jednak po ich zdrowym wyglądzie, mimo trudności, z jakimi szamotali się ich rodzice, karmieni byli mlekiem w proszku marki Humana oraz preparatami Gerbera, a także dokarmiani w szkole przez państwo i badani darmowo przez lekarzy. Gdy zaś zaczęli cokolwiek rozumieć, znaleźli się już w III RP, gdzie z telewizji głównie dowiedzieli się, że właśnie wydobyli się spod okupacji sowieckiej, a od znajomych, że najrozsądniejszym rozwiązaniem ich dalszych problemów życiowych będzie albo zrobienie znaczącej kasy, albo też wyjazd za granicę, najlepiej zaś jedno i drugie.
Młodzi starych uważają za naiwnych idealistów albo też za nikczemnych kolaborantów, starzy młodych za rozpieszczonych bęcwałów.
Oczywiście, że upraszczam. Nie zmienia to jednak faktu, że pedagogika społeczna, wyrażona na PiS-owskich plakatach patriotycznych, nie ma nic wspólnego z tym, co dzieje się naprawdę. Ponieważ wspólnym mianownikiem wszystkich posunięć obecnego rządu i jego agend nie jest wcale budowanie jakiejkolwiek ciągłości, nawet najbardziej fantastycznej, lecz przeciwnie, radykalne jej zrywanie. Na początek jest to oczywiście zrywanie wszelkich więzów z Polską Ludową, którą przymiarki do ustawy dekomunizacyjnej proponują uznać za państwo zbrodnicze, nie bacząc na międzynarodowo-prawne konsekwencje tego szaleństwa. Obecnie jednak także III RP okazuje się państwem agenturalnym, od którego należy się oderwać, i kariera w III RP staje się równie podejrzana.
Natomiast na forum życia publicznego wkracza grupa młodych, zdeterminowanych ludzi, publicystów, a nawet posłów, których ich kolega i rówieśnik, Michał Karnowski, tak charakteryzuje w „Dzienniku”: „Kiedy SB żegnała swoich najcenniejszych agentów, w tym kościelnych (…), publicysta Tomasz Terlikowski miał 15 lat i zaczynał naukę w liceum. Historyk Piotr Gontarczyk wtedy już studiował, a do liceum poszedł, gdy Bogusław Wołoszański podpisywał deklarację współpracy z wywiadem PRL”. A jednak – chwali swoich rówieśników Karnowski – to właśnie Tomasz Terlikowski dogrzebał się do akt demaskujących abp. Wielgusa, a Piotr Gontarczyk wyszukał Wołoszańskiego jako agenta. Młodzi też, tym razem posłowie, opracowali przyjętą przez Sejm wersję ustawy lustracyjnej, która przeraziła nawet prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Oni również, jak pisze Karnowski, „żądają pełnej prawdy, a gdy odpowiedzi są nieprzekonywające, sami wyciągają je na światło dzienne”.
Oto więc ile zostało z poczciwych plakatowych wnuczków, którzy z szacunkiem spijają z ust plakatowych PRL-owskich lub powstańczych dziadków „patriotyzm jutra”.
Osobliwy patriotyzm Terlikowskiego, Gontarczyka i innych jest niecierpliwy i ma spełnić się dzisiaj, czemu nie można się dziwić. Mamy tu bowiem do czynienia z generacją, która w momencie, gdy upadała PRL, naprawdę chodziła w pampersach. W tym samym zaś czasie dzisiejsi niespełna sześćdziesięciolatkowie, tacy jak Michnik, Tusk, Bielecki czy Kaczyńscy, a nawet zwani przenośnie „pampersami” ludzie z otoczenia Walendziaka, dzielili już między siebie najwyższe urzędy w państwie, mediach i biznesie. Co gorsza zaś, są oni do dzisiaj na tyle krzepcy, że mogą pozostać na swoich stanowiskach przez najbliższe 10, a nawet 20 lat. A na to koledzy Karnowskiego nie mają czasu. „Ta grupa będzie szła w górę”, pisze Karnowski. Już idzie.
Dwaj badacze, prof. Janusz Reykowski w „Przeglądzie” i prof. Wiktor Osiatyński w „The New York Times”, wyrazili zgodną opinię, że obecna ofensywa prawicowego ekstremizmu w Polsce jest walką pokoleń. Najjaśniejsza Rzeczpospolita wkracza w 18. rok swego istnienia, historia zaś uczy, że po takim mniej więcej czasie młodsze pokolenie buntuje się przeciw „ojcom założycielom”. Reykowski dowodzi, że w ZSRR w roku 1936, 19 lat po rewolucji 1917 r., przyszła pierwsza fala stalinowskich czystek, robionych przez młody zaciąg partyjny. W Chinach 17 lat po Wielkim Marszu przyszła rewolucja hunwejbinów. W Polsce Ludowej 22 lata po Manifeście Lipcowym nastąpiły wypadki marcowe i odsunięcie kadry dawnych komunistów. Wygląda, że to samo mamy obecnie i koledzy Karnowskiego, którzy podobno wychowywali się na Wołoszańskim i jego „Sensacjach XX wieku”, po prostu nie widzą powodu, aby nie zająć miejsca po Wołoszańskim.
Warto jednak dodać, że tymi ruchami pokoleniowymi rządzi jeszcze jedna prawidłowość. Otóż drzwi dla owych młodych barbarzyńców zawsze na początku otwiera ktoś ze „starych”, czyniąc to w nadziei, że przy ich pomocy pozbędzie się swoich konkurentów. Pogromców Bucharina, Kamieniewa czy Trockiego spuścił ze smyczy Stalin. Pogromców autorów Wielkiego Marszu wpuścił Mao. Pogromców KPP-owskiej kadry w roku 1968 wpuścił Moczar, sam należący do drugiego szeregu założycieli Polski Ludowej.
Kolegów Karnowskiego wpuszczają bracia Kaczyńscy. Na razie jako narzędzie w ich rozgrywce z Wałęsą, Michnikiem, Mazowieckim, legendą Kuronia, Okrągłym Stołem.
A potem się zobaczy.

Wydanie: 5/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy