Sądzenie

Sądzenie

W bardzo interesującym wywiadzie z sędzią Barbarą Piwnik (poprzedni numer „Przeglądu”) szczególnie zastanowiły mnie dwie wypowiedzi. Zapytana o poziom orzecznictwa pani sędzia odpowiedziała, powołując się na inną równie doświadczoną koleżankę po fachu: „obserwując to, co się dzieje, jeśli chodzi o poziom spraw, poziom przygotowania, wszystkim znajomym powtarza, żeby załatwiali wszystkie swoje sprawy w notariacie, w prokuraturze, w sądach, póki jeszcze są resztki starych sędziów, starych prokuratorów, starych notariuszy. Bo co się może stać za parę lat – ona nie jest w stanie sobie wyobrazić”. Równie niepokojące spostrzeżenia czynią osoby obserwujące kształcenie prawników i biorące w tym udział jako nauczyciele akademiccy. Nie ma siły, która byłaby zdolna skutecznie przeciwdziałać niebywałemu obniżeniu się poziomu kształcenia na wszystkich wydziałach nauk społecznych czy humanistycznych, o ile jednak źle wykształcony teatrolog, filmolog, archeolog czy filozof nie spowoduje swoją ignorancją i niedojrzałością praktycznie żadnej przewidywalnej szkody, to prawnik przeciwnie, może wyrządzić społeczeństwu dużo zła. Narzekania na działania prokuratury i sądów, jakie teraz zewsząd się słyszy, mogą w przyszłości nawet ucichnąć, tak bardzo sytuacja może być beznadziejna i w poczuciu ludzi nienaprawialna. Do złego stanu rzeczy może się jeszcze dodać apatia społeczeństwa, przekonanie, że widocznie tak musi być.
Czasami widzę w telewizji młode osoby, można powiedzieć: dziewczyny i chłopców, ubrane w togi i odczytujące wyroki skazujące lub uniewinniające, i boję się, że zaszło jakieś wielkie nieporozumienie, coś katastrofalnego musiało się w sądownictwie stać, że sprawę winy i kary daje się do rozsądzenia młodzieży. Tym młodym ludziom, uformowanym w atmosferze irracjonalizmu, jaka w Polsce panuje, nie dano odpowiedniego wykształcenia, nie dano czasu i okazji na nabycie doświadczenia i pozostawiono ich umysły nieomalże sam na sam z potężną swoimi wpływami machiną medialną. Media – to są ich uczelnie najwyższe. Jeżeli telewizja wyda swój wyrok, mało jest prawdopodobne, by niedojrzali sędziowie wydali inny. Jurysdykcja telewizyjna obejmuje jednakże tylko nieliczne przypadki, w pozostałych niedokształceni sędziowie gubią się na własną odpowiedzialność.
W krajach słynących z wysokiego poziomu orzecznictwa, anglosaskich przede wszystkim, obok prawa pisanego, zwyczajowego, precedensowego istnieje i jest w najwyższym stopniu respektowane „nadprawo” w formie logiki, racjonalnych reguł rozumowania. Jeśli tych reguł się nie respektuje, a do takiego stanu zmierza polskie sądownictwo, konstytucyjnego nie wyłączając (por. wyrok w sprawie emerytur), wszystkie ustawy i pojęcia prawne stają się płynne, mgliste, wieloznaczne i sporne. Za taki stan nikt nie odpowiada – jest to pochodna ducha czasu, ogólnego zmętnienia umysłów, irracjonalnej kultury, braku autorytetów, wystąpienia z brzegów interesów i egoizmów, a także w jakimś stopniu kontrkultury i postmodernizmu.
Dalej sędzia Barbara Piwnik mówi, że „gdy w Polsce zaczęły zachodzić gwałtowne zmiany społeczno-polityczne, gdy zaczęto przeprowadzać różne lustracje, weryfikacje, „porządki” w służbach takich czy innych, to te służby zaczęły się rozpadać. Została zerwana pewnego rodzaju ciągłość, także ciągłość wiedzy, uzyskiwania informacji…”.
Pamiętamy, że pierwszą akcją władz solidarnościowych w sądownictwie po 1989 r. było edukowanie stanu sędziowskiego do nowej dyspozycyjności. Karanie sędziów za dyspozycyjność w PRL, rzeczywistą czy urojoną, piętnowanie jednych, zmuszanie do dymisji drugich, awansowanie swoich, właśnie nowodyspozycyjnych, itp. metody nie miały przecież innego celu jak wskazanie, kogo teraz należy słuchać. Obserwowałem tę akcję wychowania przez zastraszanie, ale nie wiem, czy doprowadziła ona do założonego celu, mam nadzieję, że niezupełnie. Może się to okazać za parę lat. „Nie chcę nikogo straszyć – mówi Barbara Piwnik – ale może przyjść czas, że będą procesy za naruszenie prawa przez prowadzących postępowania przygotowawcze. Bo czy to, co dzieje się dzisiaj, za 10, 20 lat nie może być tak ocenione? Takie rzeczy zdarzały się już w historii, że ściga się dawnych prokuratorów, sędziów… Trzeba się liczyć z tym, że za parę lat będziemy mieli wznawianie postępowań, skuteczne kasacje…”.
Cytowanie wypowiedzi z poprzedniego numeru tygodnika nie jest może przykładem do naśladowania, ale nie uprawiam rzemiosła dziennikarskiego, lecz społecznikostwo. Chodzi mi głównie o to, aby przynajmniej o tydzień przedłużyć życie wywiadowi zasługującemu na szczególną uwagę.
.
„Gazeta Wyborcza” informując o śmierci Krzysztofa Teodora Toeplitza, napisała na pierwszej stronie: „Jeden z najbardziej znanych dziennikarzy PRL, zwolennik stanu wojennego, scenarzysta, pierwszy polski komiksolog”. Z wyjątkiem jednego, wszystko niby się zgadza. Po śmierci Kołakowskiego Radio Maryja nadało, że był on „wykładowcą marksizmu-leninizmu na Uniwersytecie Warszawskim”. Też niby się zgadzało. Nasz dziennikarz jest publicystą, ich publicysta jest dziennikarzem. Toeplitz był badaczem, teoretykiem kultury masowej, z tego jak się chce, można wyciągać na pierwsze miejsce „komiksologię”.
Nie jest prawdą, że był „zwolennikiem stanu wojennego.” Nikt go nie pytał, czy taki stan wprowadzić. Jeżeli człowiek pióra korzystał w latach 80. z poszerzonej swobody wypowiedzi w prasie legalnej, a cenzura wówczas została bardzo zliberalizowana, to nie znaczyło, że stał się zwolennikiem stanu wojennego. Wielu ludzi kultury protestowało wówczas przeciw władzy w ten sposób, że nie chciało wystawiać w galeriach, występować w telewizji i grać w teatrach. Wynikało z tego, że dawniej wystawiając i grając, popierali władzę. Toeplitz inaczej pojmował swoją rolę. Moim zdaniem był klerkiem bardziej niż ktokolwiek, władza z takimi czy innymi wadami była dla niego obiektywną daną, ani jej nie służył, ani nie udawał, że ją obala. Dlaczego miałby być zwolennikiem stanu wojennego, skoro nawet gen. Jaruzelski widział w nim jedynie mniejsze zło i zdecydował się wprowadzić ten stan tylko pod silną presją Moskwy, o czym zaświadcza bohater narodowy „Solidarności” Kukliński. Prawdziwi zwolennicy stanu wojennego przeważnie milczeli, a gdy nastała IV RP, tym bardziej milczeli, bo uznali, że lepiej byłoby dla nich, gdyby nie wyręczono Związku Radzieckiego, lecz on sam musiał zrobić to, na czym mu zależało.
Krzysztof Toeplitz był jednym z najbardziej zasłużonych ludzi pióra ostatniego półwiecza. Od jego felietonów i komentarzy zaczynało się czytać czasopisma, w których drukował. Swoimi wzorowo klarownymi tekstami, logicznym rozumowaniem, obroną zdrowego rozsądku stawiał opór ideologicznemu mętniactwu i natrętnej propagandzie. Jego trzeźwe, rozumne opinie tak w PRL, jak w III RP podtrzymywały na duchu tych wszystkich, którzy nie chcieli ani dać się zwariować, ani uśpić. Może inni widzieli go inaczej, dla mnie był uosobieniem liberalno-konserwatywnego socjalisty.

Wydanie: 14/2010

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy