Semantyka końca polityki miłości

Semantyka końca polityki miłości

To, że Jarosław Kaczyński wygrał, bo przegrał, jak wyjaśniają jego sztabowcy, jeszcze jest zrozumiałe, jako że nie jest oryginalne. Takie dialektyczne podejście do polityki znane jest jeszcze z czasów Lecha Wałęsy.
Przemówienie w sztabie wyborczym wygranego, bo przegranego Jarosława Kaczyńskiego nie powinno pozostawiać złudzeń. Końcówka kadencji obecnego parlamentu będzie świadkiem ostrej walki PiS z rządzącą Platformą. Jarosław Kaczyński zapowiedział, że rozliczy tragedię smoleńską. Będzie szukał odpowiedzialnych, i to w trzech wymiarach: moralnym, politycznym i prawnym. Aby nikt nie miał złudzeń, wyjaśnił, że na czas kampanii tę sprawę zawiesił, teraz odwiesza. Nie zazdroszczę rządowi. Za chwilę rozlegnie się zmasowany jazgot prawicowych, propisowskich mediów, będą mu wtórować posłowie PiS, którzy z trudem powstrzymywali swe temperamenty i nienawiść na czas kampanii. Aby z tego jazgotu rozliczania katastrofy smoleńskiej we wspomnianych trzech wymiarach był jakiś polityczny profit, potrzebne jest także lekkie podrasowanie semantyki. Jarosław Kaczyński o ofiarach katastrofy lotniczej znów powiedział, że „polegli”, „ponieśli śmierć męczeńską”.
Różnica między nimi a zamordowanymi w Katyniu w 1940 r. przez NKWD została po raz kolejny zatarta. Wewnętrzna awantura z rządem i personalnie premierem (tym, o którym już wiemy, że „ma krew na rękach”) oraz nowo wybranym prezydentem, rzekomo zbyt uległym Rosji (o którym fanatycy PiS skandowali na przedwyborczym wiecu „Komo-ruski”), siłą rzeczy będzie musiała podważać zaufanie do Rosji, jej rządu, prokuratury, a także personalnie do Putina. Wyjdzie więc poza granice Polski i będzie skutecznie psuć początek polsko-rosyjskiego pojednania.
Niewątpliwie już z chwilą ogłoszenia pierwszych sondażowych wyników drugiej tury wyborów skończyła się polityka miłości PiS. Genialny chwyt propagandowy na czas kampanii. Wybijający Platformie z ręki wszystkie w zasadzie argumenty, bo niczym innym niż anty-PiS być nie umiała, a jej popularność napędzał dotąd strach przed partią braci Kaczyńskich.
Ogromnie szkoda. Także z tego względu, że polityka miłości i pokoju w wykonaniu Jarosława Kaczyńskiego była na swój sposób zabawna. Kaczyński wychwalający Gierka jako patriotę dążącego do potęgi Polski – i bacznie spoglądający, czy elektorat lewicy to słyszy, albo Kaczyński mówiący ciepło o Józefie Oleksym jako „o polityku lewicowym średnio-starszego pokolenia” wręcz rozczulał. Czekałem, kiedy abp. Wielgusa nazwie „cichym, anonimowym społecznikiem trudnego okresu PRL budującym pomost między państwem a Kościołem”, ale nie zdążył. Polityka pokoju i miłości się skończyła. A szkoda, wszak PiS ma do tej polityki szczególnie dobrze przygotowane kadry. Hasło „Peace and Love” było przecież hasłem hipisowskiej młodości jego prominentnych polityków: Ryszarda Terleckiego i Marka Kuchcińskiego.
Nie ma wyjścia. Platforma z PiS wezmą się teraz za łby silniej niż dotychczas. Przegrany/wygrany Kaczyński będzie robił wszystko, by pokazać, że Platforma nie dość, że rządzić nie potrafi, to jeszcze wyrzeka się polskiej narodowej dumy (nie będzie Ruski pluł nam w twarz, a już zwłaszcza prowadził śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej). Mataczy coś ze śledztwem sama, najwyraźniej więc ma coś do ukrycia. Będzie Kaczyński rozliczać Komorowskiego z jego obietnic wyborczych, a przy okazji z obietnic Kaczyńskiego (bo gdyby on wygrał, toby realizował). Będzie się domagać reformy wydatków publicznych, a równocześnie sprzeciwiać się ograniczeniom wydatków. Będzie bronić praw nauczycieli i domagać się dla nich przyspieszonych podwyżek, bronić służb mundurowych przed reorganizacją i redukcją (np. straży granicznej, której po przystąpieniu do traktatu z Schengen nie trzeba już tyle, ile dotąd), a także przed reformą emerytur.
Jak znam służby, w ostatnim roku kadencji rozeznają one, czy po najbliższych wyborach nie zmieni się ich cywilny nadzorca, i gdy prawdopodobieństwo takie wyczują, zaczną z jednej strony stosować strajk włoski (by przyszłym panom nie podpaść), z drugiej zaś zaczną wyciekać z nich informacje przydatne dla szykujących się do przejęcia władzy. Gwałtownie zwolnią śledztwa przeciw ludziom nadużywającym władzy w IV RP, nowych w zasadzie nie będzie się wszczynać, w każdym razie zrobi się wiele, by od wszczęcia się wykręcić. Tak jak przez 20 lat nie dopracowaliśmy się apolitycznej służby cywilnej, bezpartyjnego aparatu administracji, tak też nie dopracowaliśmy się apolitycznych służb. Swoją drogą, kolejnym rządom taki stan najwyraźniej zawsze przez trzy czwarte kadencji odpowiadał, później już było zwykle za późno.
Społeczeństwo ma już dość awantur. Rosnąca w czasie kampanii popularność Jarosława Kaczyńskiego pokazała, że spokojem i zrównoważeniem można zyskiwać społeczną sympatię.
Tymczasem konflikt między PO i PiS musi przybrać na sile. Gdyby istniała realna alternatywa dla tych dwóch zwalczających się partii, szybko zyskałaby popularność.
W tej sytuacji lewica, trzymając dystans od dwóch głównych zapaśników na politycznej arenie, powinna ich metodycznie, merytorycznie punktować. Konsekwentnie powtarzać swoje żądania: pilne przystąpienie do Karty praw podstawowych, wyrównywanie dostępu do dóbr publicznych, w szczególności do edukacji i opieki zdrowotnej, świeckość państwa, krytyczny stosunek do narodowych mitów, wycofanie wojsk z Afganistanu, szacunek dla pracy pokoleń PRL, refundacja in vitro, edukacja seksualna w szkołach…
Ale przede wszystkim lewica powinna podjąć hasło, które Kaczyński właśnie porzuca: koniec wojny polsko-polskiej!
Lewica dostała w ostatnich wyborach nowy impuls do działania. Sprawna kampania prezydencka Grzegorza Napieralskiego pokazała możliwości terenowych struktur SLD, a także zdolności organizacyjne samego przewodniczącego. To dobry pierwszy krok. Obok zdolności organizacyjnych, tak istotnych dla życia i funkcjonowania każdej partii politycznej, potrzebna jest jeszcze jej atrakcyjność dla kilku milionów wyborców. Zdobyć ich może tylko pogodzona ze sobą, na nowo zjednoczona, choć wewnętrznie pluralistyczna lewica, grupująca środowiska i poglądy „na lewo od Platformy”, czyli od politycznego centrum, w Polsce niezajętego, w lewo. Od socjaldemokratów po socjalliberałów. Czy w krótkim czasie SLD zdoła te środowiska przyciągnąć?

Wydanie: 28/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy