Alles vorbei

Przed niedawnym czasem mój ulubiony „Przegląd” ujawnił kłopotliwy fakt z mego życiorysu, jakim jest nieuchronny upływ czasu, który, zdaniem „Przeglądu”, uczynił mnie „jubilatem”.
„Jubilat” to jest taki facet, któremu przyrasta liczba wykorzystanych lat życia, z drugiej jednak strony tych lat życia mu także ubywa, o czym mówi się mniej, zostawiając to na głowie „jubilata”. Oprócz „Przeglądu” moją metryką zainteresował się zresztą także ZUS i oficjalnym pismem przyznał mi „dodatek pielęgnacyjny” w wysokości 153 zł. Poczułem się znacznie lepiej jako obiekt społecznej pielęgnacji, ale z drugiej strony, kto i co zechce mi pielęgnować za jedne 153 zł miesięcznie?
Aby się więc w tym wszystkim połapać, postanowiłem choćby na chwilę uciec za najbliższą granicę, to znaczy do Berlina.
Dawniej, gdy jeżdżenie było towarem limitowanym, każdy wyjazd za granicę, nawet najbliższą, był wystarczającym pretekstem do pisania reportaży, wygłaszania odczytów i nieustannego opowiadania znajomym o zagranicznych dziwach. Dziś jesteśmy narodem globtrotterów i na każdej zagranicznej ulicy słyszy się naszą mowę ojczystą, zwłaszcza w jej zgrzebnym wydaniu ludowym. Gdy zaś zwróciłem się po niemiecku do pewnego pana, czytającego uważnie „Der Spiegel”, odparł mi po polsku: „Gazeta nic nie znaczy”, wstał i odszedł.
Mimo to jednak nie mogę się powstrzymać od kilku uwag o naszych najbliższych sąsiadach, co może być przestrogą także dla nas.
Otóż ostatnio Niemcy wyrządzili sobie wielką krzywdę, wprowadzając mocą ustawy całkowity, powszechny i bezwzględny zakaz palenia tytoniu. Wszędzie. W pociągach, urzędach, barach, kawiarniach i restauracjach, o każdej porze dnia i nocy. Przyjęta niedawno ustawa dopuszcza palenie tytoniu jedynie na policji i w jednostkach wojskowych, w czym widzę ostatni lekki ukłon w stronę starych tradycji. Czym bowiem jest policjant niewypuszczający w twarz przesłuchiwanego złoczyńcy kłębów dymu albo generał niepokazujący ustnikiem fajki lub cygarem kierunków natarcia na mapie sztabowej? W kulturze niemieckiej palenie, papieros czy cygaro zdobyły sobie poczesne miejsce. W malarstwie ekspresjonistycznym roi się od palaczy, zwłaszcza cygar, pełno ich w teatrze, w literaturze, w filmie. W imponującym berlińskim muzeum filmu przy Potsdamerstrasse pokazuje się stale fragment pięknego filmu z Marleną Dietrich, w którym główna, najbardziej dramatyczna scena zbudowana jest w ten sposób, że piosenkarka wyjmuje papierosa z ust zasłuchanego żołnierza, zaciąga się nim, nadal śpiewając przeciska się przez tłum mężczyzn, pożądliwie patrzących na papierosa i na nią, aż wreszcie, na końcu, wkłada papierosa do ust wiernie akompaniującego jej pianisty. Cały dramat pożądania i prowokacji z tym jednym rekwizytem!
Teraz jednak – nic z tych rzeczy. Alles vorbei, jak mówią Niemcy.
Ach, wiem oczywiście, jak niezdrowe jest palenie tytoniu i jak zabójcze jest dla ludzi niepalących tzw. palenie bierne, na które są narażeni w towarzystwie palaczy. Tłumaczy mi to nieustannie
prof. Zatoński swymi publikacjami, a także mój przyjaciel prof. Woy-Wojciechowski. Ale chciałbym ich teraz, jako ludzi o gołębim sercu, zaprowadzić do Berlina, gdzie przed każdą restauracją i kawiarnią wystawiane są na ulicy mimo zimna i deszczu stoliki z popielniczkami, a na fotelach leżą koce, aby wyganiani na mróz palący mogli się nimi okryć, jeśli chcą zakończyć obiad lub kolację cygarem lub papierosem, jak za dawnych czasów. A rozmowa przy kawie, z fajeczką w ręku? A Bierstuba, spowita dymem niemiecka Bierstuba, miejsce dzielnicowego, sąsiedzkiego braterstwa, lokalna agora? Obecnie większa część bywalców Bierstuby stoi na chodniku, wpadają tylko na chwilę do wnętrza, aby wypróżnić kufel, i wracają, trząść się i palić na ulicy!
Być może kiedyś, w myśl nauk antynikotynowych doktrynerów, Niemcy będą zdrowsi. Ale jestem pewien, że przedtem spora ich część wyginie nie od tytoniu, lecz z przeziębienia, zużywając przy tym miliony papierowych chusteczek do nosa, po czym już obecnie można odróżnić niemieckiego palacza.
Piszę o tym nie tylko dlatego, że niemal całe życie „jubilata” spędziłem pod wpływem nikotyny, ale dlatego, że na coś podobnego zanosi się i u nas. Ludzie zawsze z lubością wynajdywali sposoby, aby dokuczyć sobie nawzajem, a więc pewnie to się uda.
Zanim jednak weźmiemy w kwestii palenia przykład z Niemców, weźmy z nich przykład w innej sprawie.
Jak wiadomo, toczą się właśnie polsko-niemieckie rozmowy dotyczące upamiętnienia historii wypędzonych, także tych z Wrocławia i Szczecina, a polska prasa poświęca tym rozmowom pierwsze strony. Jest więc u nas zupełnie odwrotnie niż w Niemczech, gdzie nie spotkałem nikogo, kto by poświęcał tej kwestii jakąkolwiek uwagę i potrafił na przykład odróżnić symboliczne znaczenie „muzeum wypędzonych” od „widocznego znaku”, którym obecnie skłonna jest się zadowolić strona niemiecka.
Może głupio tak mówić, wydaje mi się jednak, że dla przeciętnego Niemca cała ta sprawa, z panią Steinbach włącznie, znaczy niewiele więcej, niż dla nas znaczą czy znaczyły sentymentalne spotkania lwowiaków, którym patronował nieodżałowany Jerzy Janicki, gromadzący wszystkie przedwojenne lwowskie pamiątki, łącznie z biletami tramwajowymi i numerkami z przedwojennych lwowskich szatni. Lwowiacy śpiewali lwowskie piosenki o Wysokim Zamku i panu Bazylim, ale nikt z nich nie zamierzał zdobywać Łyczakowa. Nostalgia jest wielką siłą, ale nie jest siłą niszczycielską. Dopóki oczywiście nie podsypie się pod nią prochu, czego ze strony niemieckiej naprawdę nie widać.
Pokazuje to dość wyraźnie nie tyle sprawa wypędzonych, ile sprawa żydowska. Otóż w przeciwieństwie do kwestii „widocznego znaku”, który mało kogo obchodzi, napotkałem w Berlinie, w mediach głównie, echo polskich dyskusji wokół Grossa i jego „Strachu”. Tym echem jest zdziwienie. Ktoś niedawno tłumaczył mi w Polsce, że opór wobec książki Grossa bierze się u nas nie z antysemityzmu, ale z tego właśnie, że zwłaszcza młodzi Polacy nie chcą być antysemitami i nie chcą, aby im ktokolwiek mówił, że byli nimi kiedykolwiek ich rodzice. Jest to teza prawdopodobna, ale ona właśnie dziwi Niemców, ponieważ tu proces edukacji społecznej przebiegał całkiem inaczej. Polegał on na niezwykle brutalnym i uporczywym aż do bólu podtykaniu przed oczy społeczeństwa niezbitych dowodów popełnionych przez nie zbrodni. I Niemcy wreszcie przyjęli to do wiadomości. Ich problemem jest więc dzisiaj nie to, czy tak było, lecz co należy zrobić i jakim należy być, aby nie zdarzyło się to nigdy więcej.
Takie przynajmniej wrażenie odniosłem w kontakcie ze stojącymi na chłodzie i deszczu nieszczęsnymi niemieckimi palaczami przed Bierstubą. Ludźmi łagodnymi i nad wyraz przyjaznymi, którzy być może ów bestialski zakaz palenia także traktują jako część nałożonej na siebie, dobrowolnej kary.

Wydanie: 7/2008

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy