Selekcjonerzy narodowi

Selekcjonerzy narodowi

Tytuł nie nawiązuje do funkcji trenerów reprezentacji narodowych w piłce nożnej czy koszykówce. Chodzi raczej o zawód popularny w czasach kapitalizmu konsumpcyjnego, dzięki któremu konsument ma dobrze się bawić. Po to właśnie stworzono selekcjonerów, którzy mają wpuszczać do klubów czy restauracji odpowiednich gości. Takich, którzy nie będą przeszkadzać pozostałym w dobrej zabawie, a przy okazji można będzie na nich coś zarobić. Masz nieodpowiedni wygląd, niewłaściwe ubranie, zbyt cienki portfel oraz odbiegającą od pożądanych wzorów otoczkę estetyczną – nie wchodzisz do środka. Jesteś wybrakowanym konsumentem i nie pasujesz do reszty towarzystwa.

Selekcja to zastępcze słowo dla segregacji. Lepiej brzmi w rynkowej nowomowie. I nie kojarzy się tak mocno ze swoim odpowiednikiem politycznym, który ma większe zasługi dla zachowania „czystości” – czy to rasowej, czy etnicznej, czy religijnej, czy też politycznej.

Proces tworzenia państw narodowych, a następnie pielęgnowanie mitów założycielskich i historycznych narodu to nic innego jak systematyczna praca ogrodnicza oraz oddzielanie „zdrowych” i pożądanych roślin od chwastów, które należy zwalczać podczas pielęgnacji każdej zadbanej i „czystej” działki. Można stosować herbicydy albo wyrywać je z korzeniami. Wymaga to jednak dużego zaangażowania i racjonalnego planu.

Planowa izolacja Żydów w czasie panowania III Rzeszy wymagała sprawnej maszyny administracyjnej. Oddzielanie pożądanych elementów rasowych od tych gorszych składało się z wielu etapów organicznej pracy. Zarządzanie selekcją, izolacją, a następnie likwidacją gorszych elementów rasowych odbywało się na wielu poziomach. Najpierw należało obmyślić fundamenty selekcji, a później – jak pisze Zygmunt Bauman – „zbudować, racjonalnie uzasadnić, zaprojektować od strony technicznej, a potem administrować, nadzorować i zarządzać”. Efekt miał być planowy i na każdym etapie dbał o to cały aparat biurokratyczny nowoczesnego państwa.

Obawiam się, że dziś również budzą się ambicje speców od inżynierii społecznej i niespełnionych selekcjonerów, którzy znowu chcą narzucać swoje kryteria jako absolutne wyznaczniki prawdy i fałszu, prawa i bezprawia, porządku i chaosu, bieli i czerni. A że cierpią na „zespół niespokojnych głów”, z którym demokracja nie zawsze sobie radzi, to działają nerwowo i z zapałem.

Każda selekcja społeczna wyklucza jakieś grupy. Spycha je na margines. Eliminuje z życia publicznego.

Kapitalizm dzieli ludzi na klasy i dużej części społeczeństwa zamyka szansę na godne życie. Uzasadnia to na różne sposoby – tłumaczy się logiką ekonomiczną, przejściowymi trudnościami, kryzysem gospodarczym, koniecznością istnienia nierówności społecznych. Gorzej, kiedy tej kapitalistycznej selekcji towarzyszą inne formy segregacji – ze względu na pochodzenie etniczne, wyznanie lub brak wyznania religijnego, płeć, orientację seksualną czy niewłaściwy styl życia. Wtedy narasta opresja jednostki i całych grup społecznych. Im więcej coraz bardziej rozbudowanych form kontroli oraz kryteriów sprawdzających nasze upodobania, tym gorzej dla społecznej wolności i równości. Z drugiej strony im więcej ośrodków selekcji i nadzoru higieny moralno-politycznej społeczeństwa, tym więcej powstaje odpadów. A to stwarza warunki do rodzenia się solidarności wykluczonych. Po pewnym czasie maszyny biurokratyczne selekcjonerów też się zapychają i przestają być efektywne.

Dodatkowo pojawia się spontaniczny odruch moralnej, ludzkiej odpowiedzialności za tych „naznaczonych” i wyrzuconych. Tak tworzy się opór i zaczyna koniec każdej kolejnej ambitnej ekipy selekcjonerów. „Kolaboranci”, „V kolumna”, „kosmopolici”, „degeneraci” i wszystkie inne dyżurne etykietki naznaczały zazwyczaj ludzi podobnego typu – bez względu na kontekst historyczny i geograficzny zawsze była to bardziej twórcza i niezależna część społeczeństwa.

Gdy dziś słyszę o ludziach gorszego sortu, z założenia budzi się moja sympatia dla tych „naznaczonych”. Poza tym jakoś tak się składa, że zawsze bliżej mi było do tych gorszych elementów. W gorszych dzielnicach jest mniej hipokryzji niż w wypieszczonych, zamkniętych osiedlach. Strażnicy moralności w każdej epoce byli bardziej zakłamani niż cała reszta. Większą moją sympatię wzbudzali zawsze ci, którzy pytali o sens istniejącego porządku, niż ci, którzy stali na jego straży. „Inni” są bardziej interesujący od nudnych „normalnych”. Kiedy oglądam konflikty społeczne, bliżej mi do związkowców niż do szefów firm. Z kolei w filmach sensacyjnych kibicuję zazwyczaj złodziejom i bandytom, a nie policji, która tylko udaje moralną wyższość. No cóż, takie skrzywienie polityczne. Po prostu ci, którzy odgrywają rolę zwierzyny łownej, są zawsze spontaniczniejsi i bardziej skomplikowani, a dzięki temu ciekawsi niż umundurowani i uzbrojeni myśliwi.

I dobrze by było, aby oficjalni planiści i selekcjonerzy mieli mniejszą władzę. To będzie lepsze dla nas wszystkich. I tego trzeba sobie życzyć w Nowym Roku!

Wydanie: 52/2015

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Komentarze

  1. lolo
    lolo 4 stycznia, 2016, 19:47

    Gorszy sort nie podoba się określenie, a dlaczego ?. Bo za PO było weselej ?

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy