Kac po cydrze

Do niedawna trudno było znaleźć jedną miarę współczesnego patriotyzmu Polaków. Inną stosowały partie lewicowe, inną PO i PSL, jeszcze inną PiS, nie mówiąc już o narodowcach. Teraz wydaje się, że obowiązuje jeden miernik – liczba zjedzonych jabłek i ilość wypitego cydru. To ile Polak powinien spożyć jabłek dziennie? Trzy? A prawdziwy Polak? Co najmniej cztery! Oczywiście na złość Putinowi.
Jedzenie polskich jabłek urosło do sprawy wagi państwowej, ma być przejawem obywatelskiej postawy i frontu walki z Rosją. Jeszcze trochę, a co głupsi będą głosić, że kto nie je naszych jabłek, ten jest agentem wpływu (wiadomo jakiego), a przynajmniej gorszym Polakiem. Tej swoistej jabłkomanii wtórują politycy, media, celebryci. Kiedy się ich słucha, musi zastanawiać, gdzie byli wszyscy ci, którzy teraz tak bardzo zachęcają do spożywania jabłek. Jakoś do tej pory nie kwapili się promować polskiej żywności, brać udziału w akcjach typu „Dobre, bo polskie” czy choćby je popierać. Co szkodziło mówić prawdę, że jabłko to jest polska pomarańcza? Strach przed zarzutem nierównego traktowania towarów, łamania zasady wolnego handlu? A teraz ta zasada nie obowiązuje?
Podobnie jest z cydrem – alkoholowym napojem z jabłek. Wykreowana nie tak dawno moda na cydr (sankcje ją wzmocniły) ma wpłynąć na jego picie. Mało tego, władze w trybie niemalże natychmiastowym chcą zniesienia na niego akcyzy, bo to może uratować producentów jabłek. Osobiście wątpię, by Polacy na dłużej rozsmakowali się w tym napoju, bo moda, jak każda, przeminie, a i smak samego cydru – gorszej jakości wina musującego, nie przyciągnie na dłużej miłośników niskoprocentowych napojów.
Antysankcje Rosji od razu uaktywniły opozycję, która uznała, że i w tym momencie można coś dla siebie ugrać. Czyni to głównie PiS, zarzucając ministrowi rolnictwa, że nie przygotował resortu do takiej decyzji Moskwy i nie zadbał o należyte pokrycie ze środków unijnych strat polskich producentów żywności. Droga opozycjo, jak się było i się jest orędownikiem sankcji wobec Rosji, to trzeba się liczyć z jej reakcją. Inni zresztą też ponoszą straty z tytułu zawieszenia z nią handlu.
PO nie jest partią z mojej bajki, zawsze zarzucałem jej, że nie prowadzi rozsądnej polityki wschodniej, że jest zbyt PiS-owska. Nałożone niedawno przez Rosję embargo na wiele produktów żywnościowych powinno Polakom dać wiele do myślenia, bo pokazuje, że gdyby rządziło PiS, to z Moskwą bylibyśmy w stanie permanentnej wojny handlowej. I warto, by wiedzieli o tym nie tylko rolnicy, których produkty przez lata trafiały na rosyjski rynek, ale wszyscy, którzy nadzieję na lepiej rządzoną Polskę pokładają w partii Kaczyńskiego.
Trzeba się przygotować na długotrwałą wojnę handlową z Rosją, głoszą zwolennicy twardego kursu. Ciekawe, co będą mówić, gdy Moskwa, czytaj Putin, kiedyś odwoła embargo? Eksport polskiej żywności będzie wtedy patriotyczny? Do Rosji?
Tak czy inaczej po całej tej sprawie zostanie kac. I to nie tylko po cydrze. Pytanie, u kogo większy?

Wydanie: 34/2014

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy