Wpisy od Paweł Dybicz

Powrót na stronę główną
Kraj

Zgorszenie w Markowej. Stosunek do Żydów – czuły punkt Polaków

Reakcje na felieton prof. Andrzeja Romanowskiego na temat Żydów i rodziny Ulmów

Felieton prof. Andrzeja Romanowskiego „Tryptyk chłopski. I. Zgorszenie w Markowej” („Przegląd” nr 30/2026) wywołał lawinę komentarzy i wpisów na Facebooku. Tylko do piątku było ich ponad 2 tys. Oczywiście ich poziom merytoryczny jest różny, nie brakuje też obelg wobec autora felietonu.

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że matka prof. Romanowskiego była z domu Bytnar, a jej ojciec Jakub był kuzynem Stanisława, ojca Jana Bytnara „Rudego”, o czym szerzej można przeczytać w książce „Życie pełne historii”, dostępnej w sklepie „Przeglądu”.

Prof. Romanowski podjął ważny temat – prezentowania (a raczej ukrywania) przeszłości, w tym wypadku wsi Markowa, Żydów, rodziny Ulmów i ich sąsiadów.

W reakcji na felieton odezwał się nawet IPN, który zarzucił autorowi głoszenie nieprawdy, przywołując prace Mateusza Szpytmy, faworyta Karola Nawrockiego na fotel prezesa. Szpytma na rodzinie Ulmów zbudował swoją pozycję w instytucie. Wierzy tylko w wybrane źródła i dokumenty, a deprecjonuje ustalenia innych, w tym badaczy z dorobkiem naukowym.

Poniżej publikujemy wpisy odnoszące się zarówno do felietonu, jak i do naszej historii, które można określić jako reprezentatywne, pokazujące różne poglądy i postawy komentujących.

Beata Michajłow: Pana Romanowskiego chyba poniosła fantazja literacka albo w jasny sposób wpisuje się w nurt antypolonizmu, od jakiegoś czasu toczącego tzw. elity. Otóż mord na Żydach przez Markowian nigdy nie miał miejsca. Nie bardzo wierzę, by człowiek wykształcony miał tak duże braki w elementarnej wiedzy lub nie sprawdził faktów,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Dziedzictwo Polski Ludowej

Siedzi w nas, czerpiemy z dorobku PRL, nie uświadamiając sobie tego, jak bardzo

Wbrew temu, co wieszczono przed laty, nie słabnie zainteresowanie Polską Ludową. Nie tylko dlatego, że żyją jeszcze miliony ludzi, którzy się w niej urodzili, kształcili i pracowali. Także, a może przede wszystkim, ze względu na dziedzictwo – wielorakie, nie do zakwestionowania – jakie po sobie zostawiła. A w zasadzie jakie zostawiła Polska Rzeczpospolita Ludowa, która tak de iure istniała dopiero od 1952 r. Polskę Ludową traktuję jako państwo istniejące w latach 1944-1989, toteż nie będę rozwijał wątku, kiedy formalnie powstała. Ani kiedy przestała istnieć i dlaczego. O tym jest moja najnowsza książka, zatytułowana „Pożegnanie z Polską Ludową. Rozmowy o schyłku PRL i narodzinach III RP” (Wydawnictwo Iskry).

Chcę już na wstępie jednoznacznie powiedzieć: dziedzictwo Polski Ludowej siedzi w nas, czerpiemy z jej dorobku, często nawet nie uświadamiając sobie tego, jak bardzo. Dlatego też nie ma mojej zgody na to, co robi się z PRL od ponad 30 lat, a szczególnie po powstaniu Instytutu Pamięci Narodowej. Oto bowiem w ramach oficjalnej państwowej polityki historycznej zmarginalizowano, a tak naprawdę wyrzucono z historii Polski okres PRL, niemalże zrównując go z okresem rozbiorów. Przed nimi istniała I Rzeczpospolita, w latach 1918-1939 była II Rzeczpospolita, a po 1989 – III RP. Czasy Polski Ludowej uznano za jakąś czarną dziurę, hybrydę, twór (państwowy?), który nie może istnieć w głównym nurcie historii Polski, a jedynie na jej obrzeżach. I w zasadzie zasługuje wyłącznie na potępienie oraz obśmianie.

Tę prostacką wizję niedawnej przeszłości charakteryzuje myślenie ahistoryczne, nie uwzględnia się tego, że każde państwo pozostawia po sobie dziedzictwo i że jest ono wianem dla kolejnego. III RP, trzymając się powszechnej terminologii, nie była budowana na gruzach PRL, ale właśnie na jej dziedzictwie i dorobku. Na gruzach, po tragicznej wojnie, ogromnych stratach ludzkich i materialnych, budowano natomiast Polskę Ludową. Nie wolno o tym zapominać, bo wpłynęło to w znaczący sposób na politykę i działania rządzących oraz społeczeństwa Polski Ludowej.

Nie zamierzam wdawać się w rozważania, czym była Polska Rzeczpospolita Ludowa. Nie była państwem w pełni demokratycznym, suwerennym, ale rządzący robili wiele, by uniezależniać się od Moskwy, co z dekady na dekadę następowało. Poluźniali krępujący Polskę gorset, co dobrze rozumiał prymas Stefan Wyszyński. Słowem, Polska Ludowa wybijała się na niepodległość. Warto więc pokazać, co po niej zostało, co wniosła do III Rzeczypospolitej. Nie będę pisał oczywistości, w rodzaju zagospodarowania Ziem Odzyskanych, odbudowy stolicy czy bezpłatnego szkolnictwa na poziomie średnim i wyższym. Muszę natomiast przypomnieć coś, co ma znaczenie w patrzeniu na historię Polski, tę prawdziwą, a nie politykę historyczną rodem z IPN.

Ciągłość historii

Jak dorobek II Rzeczypospolitej, a właściwie jej zacofanie oraz II wojna światowa odcisnęły się na Polsce Ludowej, tak dziedzictwo PRL miało wpływ na III RP. To w PRL położono podwaliny pod obecny kształt państwa. Choćby w całej sferze ustrojowej. To w Polsce Ludowej zdecydowano się (także w wyniku porozumienia ekipy gen. Jaruzelskiego z opozycją) na demokratyczne formy rządzenia, na parlamentaryzm i na nowe organy władzy.

Dziś mało kto pamięta, że jeszcze przed Okrągłym Stołem w PRL utworzono instytucje tak ważne dla funkcjonowania państwa, ale również dla zwykłych Polaków, jak Trybunał Konstytucyjny (w 1982 r., a jego działalność orzecznicza rozpoczęła się w 1986 r.), Trybunał Stanu (istniał przed wojną, przywrócono go w 1982 r.) i Rzecznik Praw Obywatelskich (powołany ustawą z 1987 r., rozpoczął działalność rok później, a pierwszym rzecznikiem została prof. Ewa Łętowska). Jeszcze w czasach PRL utworzono inne proobywatelskie instytucje,

p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Paweł Dybicz

Jałowy spór o fotel prezesa IPN

Niebawem minie rok, odkąd prezes Instytutu Pamięci Narodowej Karol Nawrocki złożył przysięgę w Sejmie jako prezydent RP. Instytucja nie ma więc szefa, co nie znaczy, że nie funkcjonuje. Na miarę umiejętności, pracowitości i intelektu zatrudnionych w niej osób.

Jak ważną osobą w państwie jest prezes IPN, mogliśmy się przekonać w czasie wyborów prezydenckich. Instytucja wykreowana w celu zwalczania Polski Ludowej, lewicy i jej ludzi, deprecjonowania ich dokonań, okazała się znakomitą trampoliną do władzy. O wyborze Nawrockiego nie zdecydowała jego kibolska osobowość, zaważyły potęga i wpływy instytucji, którą kierował. Nade wszystko jednak polityka historyczna realizowana przez IPN za setki milionów złotych rocznie.

Sejm już raz głosował nad kandydaturą Karola Polejowskiego, bliskiego współpracownika Nawrockiego. I ją odrzucił. Od wielu tygodni trwa proces wyłaniania następnego kandydata. Jest nim kolejny współpracownik prezydenta – Mateusz Szpytma. Ta kandydatura dzieli koalicję,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Polska w czasie Wielkiego Kryzysu

Często pierwsi do zwolnienia byli ludzie najbardziej kosztowni dla pracodawców

Dr Kamil Piskała – adiunkt w Katedrze Historii Polski Najnowszej na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Łódzkiego, autor książki „Zredukowani. O społecznych skutkach Wielkiego Kryzysu”.

Czy doświadczenie Wielkiego Kryzysu z początku lat 30. odcisnęło się, obok traumy czasów okupacji, na postawach Polaków po wojnie, przyczyniając się do akceptacji zmiany ustrojowej?
– Na pewno. I da się to wyczytać choćby z pamiętników wysyłanych na konkursy organizowane niedługo po wojnie. Szczególnie ze wspomnień pisanych przez chłopów. Nawet jeżeli Wielki Kryzys nie jest przywoływany wprost, to stanowi tło, punkt odniesienia dla zmian zachodzących po wojnie, np. w dziedzinie usług społecznych. Doświadczenia lat kryzysu miały istotny wpływ na wybory polityczne znacznej części społeczeństwa. Pamiętając o tym, można w głębszy sposób zrozumieć dylematy tamtych czasów i tym samym wykroczyć poza czarno-biały, komiksowy obraz pierwszych lat powojennych.

Trzeba też dodać, że wiele wprowadzanych wówczas zmian szło w kierunku tego, co głoszono w programach i deklaracjach partii politycznych skupionych w obozie londyńskim. Odrzucenie paradygmatu wolnorynkowego i idea jakiegoś rodzaju gospodarki planowej były wówczas powszechne, a źródła miało to właśnie w latach Wielkiego Kryzysu.

Jak nasz kryzys jawi się w porównaniu ze światowym?
– Kryzys był globalny i poszczególne państwa przechodziły go na różne sposoby. Gdyby jednak popatrzeć na wskaźniki ekonomiczne, to wydaje się, że Polska była jednym z tych państw, które najsilniej go doświadczały, w skali porównywalnej z wielkimi państwami przemysłowymi, takimi jak Niemcy czy USA. Polska, mimo że była krajem w dużej mierze rolniczym, doświadczała zarówno potężnego kryzysu agrarnego, spowodowanego spadkiem cen żywności, jak i kryzysu przemysłowego o intensywności porównywalnej z państwami wysoko uprzemysłowionymi.

Kogo Wielki Kryzys bardziej zepchnął z drabiny społecznej? Mieszkańców miast czy biedotę wiejską?
– Wyjątkowość Wielkiego Kryzysu w Polsce polegała na tym, że w przeciwieństwie do wcześniejszych kryzysów gospodarczych nie ma żadnej grupy, która w jakimś sensie byłaby jego beneficjentem. Poprzednie kryzysy selektywnie uderzały w różne gałęzie gospodarki, ale były grupy społeczne, które prosperowały, wręcz dorabiały się na nich. Wielki Kryzys dosięgnął wszystkie grupy, może z wyjątkiem tych, które dysponowały stałą pracą i pensją, jak pracownicy administracji i zakładów zbrojeniowych. Kryzys uderzył zarówno w miasta, ludzi żyjących w nich z pracy najemnej, jak i w polską wieś – bardzo mocno. I dlatego trudno byłoby powiedzieć, który z tych światów – miasto czy wieś – został bardziej doświadczony.

A jaka była skala bezrobocia?
– Nie jesteśmy w stanie wyliczyć go tak, jak liczymy dzisiaj, bo nie możemy ustalić liczby osób aktywnych zawodowo, z tego względu, że poza osobami zatrudnionymi w zakładach przemysłowych mamy takie sektory jak chałupnictwo, rzemiosło, gdzie pracują członkowie rodziny – i one w ogóle nie podlegają żadnym statystykom. Natomiast ówczesne szacunki w odniesieniu do grup, które były objęte statystykami – pracowników średnich i dużych zakładów – wskazują, że w przemyśle i usługach bezrobocie mogło sięgać nawet 30% zatrudnionych, w niektórych miejscowościach niemal 50%.

Czy bezrobocie w pierwszej kolejności dosięgnęło robotników niewykwalifikowanych?
– Rzecz była bardziej złożona. Często pierwsi do zwolnienia byli niekoniecznie ci, którzy mieli najniższe kwalifikacje, raczej ci, którzy dla pracodawców byli najbardziej kosztowni. Kobiety czy młodociani pracujący na podobnych stanowiskach zarabiali zwykle kilkadziesiąt procent mniej niż mężczyźni, choć wykonywali podobną pracę z porównywalną efektywnością. Dlatego przedsiębiorcom bardziej opłacało się zwolnić np. mężczyznę niż kobietę. Z drugiej strony ci, którzy mieli najmniejsze kwalifikacje, mieli dużo większe problemy ze znalezieniem nowej pracy.

Gdyby spojrzeć na bezrobocie od strony branż, które z nich najbardziej ucierpiały?
– W pierwszej kolejności wymieniłbym górnictwo i przemysł metalurgiczny, a także budownictwo, które drastycznie się załamało. No i włókiennictwo, gdzie doszło do znacznej redukcji zatrudnienia, ale jednocześnie rozpowszechniło się zjawisko półbezrobocia, czyli osób pracujących w niepełnym wymiarze pracy. W tej branży w taki sposób zatrudniona była niemal połowa wszystkich pracowników. Udawało się utrzymać posadę, ale pracowano przez dwa, trzy, cztery dni w tygodniu, co oczywiście wiązało się ze znacznie zmniejszonymi zarobkami.

Czy Wielki Kryzys rozłożył się proporcjonalnie na obszarze II Rzeczypospolitej?
– Były takie miejsca, gdzie kryzys był bardziej widoczny z perspektywy władzy i społeczeństwa. To głównie duże ośrodki przemysłowe, np. Łódź z dominującym przemysłem włókienniczym czy Śląsk i Zagłębie Dąbrowskie z dominującym górnictwem i przemysłem metalowym. W tych ośrodkach rzesze bezrobotnych były

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia Wywiady

Marszałek z lewicy

Ignacy Daszyński wnosił do polskiego życia politycznego najlepsze wartości i tradycje demokratyczne

Michał Śliwa – politolog i historyk, były rektor Akademii Pedagogicznej i Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, badacz dziejów polskiego ruchu socjalistycznego i II RP. Członek Komitetu Honorowego obchodów Roku Ignacego Daszyńskiego.

 

Kalendarium życia Ignacego Daszyńskiego:

1866 (26 października) – urodził się w Zbarażu, w patriotycznej, średniozamożnej rodzinie szlacheckiej.

1882 – zostaje wydalony z gimnazjum za wygłoszenie mowy o Wiośnie Ludów.

1883 – w Drohobyczu zaczyna pisać do „Gazety Naddniestrzańskiej” o robotnikach pracujących w zakładach naftowych w Stanisławowie i Drohobyczu.

1890 – rozpoczyna studia przyrodnicze na uniwersytecie w Zurychu. Jest jednym z założycieli Stowarzyszenia Robotników Polskich „Zgoda”, współpracuje m.in. z Julianem Marchlewskim i Gabrielem Narutowiczem.

18901919 – współzałożyciel i lider Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej.

1891 – na II Międzynarodowym Kongresie Robotniczym i Socjalistycznym II Międzynarodówki w Brukseli przewodniczy delegacji socjalistów polskich z trzech zaborów.

1897 – zostaje najmłodszym posłem w Izbie Posłów Rady Państwa Przedlitawii – cesarskiej części Austro-Węgier ze stolicą w Wiedniu. W 1900 zostaje wybrany ponownie.

1910 – bierze udział w uroczystościach odsłonięcia pomnika grunwaldzkiego w Krakowie, podczas przemówienia namawia do walki o niepodległą Polskę.

1914 – PPSD zawiązała porozumienie z PPS – Frakcją Rewolucyjną Józefa Piłsudskiego. Daszyński wstępuje do Legionów Polskich jako strzelec.

1917 – głosuje w parlamencie austriackim za wnioskiem PSL „Piast”, w którym Koło Polskie Sejmowe stwierdza, że jedynym dążeniem narodu polskiego jest odzyskanie niepodległej i zjednoczonej Polski z dostępem do morza.

1918 – wraz z innymi Polakami w parlamencie austriackim uchwala dokument, w którym członkowie izby składają deklarację, że uważają się od tej pory za obywateli polskich.

1918 (z 6 na 7 listopada) – powstaje Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej, w którym Daszyński zostaje premierem oraz ministrem spraw zagranicznych.

1919 – w wyniku zjednoczenia PPSD, PPS i PPS Zaboru Pruskiego utworzono jednolitą PPS, w której Daszyński zostaje jednym z przewodniczących Rady Naczelnej.

1920 – (24 lipca) wchodzi w skład Rządu Obrony Narodowej, obejmuje stanowisko wicepremiera (szefem rządu był Wincenty Witos).

1926 – na wniosek Daszyńskiego CKW PPS zajmuje „rzeczowo opozycyjne” stanowisko wobec rządu Józefa Piłsudskiego.

1928-1930 – posłowie wybierają Daszyńskiego na marszałka Sejmu.

1929 – jest jednym z założycieli Centrolewu – antysanacyjnego bloku stronnictw partyjnych.

1930 – po rozwiązaniu Sejmu przez prezydenta Mościckiego ponownie zostaje posłem z listy państwowej.

1930-1935 – po fali represji wobec opozycji (sprawa brzeska) jako krytyk sanacji i lider Centrolewu staje się celem ataków piłsudczyków.

1931 – postępująca choroba serca zmusza go do ograniczenia działalności. Udaje się do Domu Zdrowia w Bystrej Śląskiej, spotykając się z kolegami partyjnymi, kontynuuje prace nad wspomnieniami.

1934 – otrzymuje tytuł honorowego przewodniczącego PPS.

1936 (31 października) – po długiej chorobie umiera w Bystrej Śląskiej. Zostaje pochowany z wielkimi honorami w Krakowie na Cmentarzu Rakowickim.

 

Dlaczego określenie: „Daszyński – ojciec niepodległości Polski” jest w pełni uprawnione?
– Należał do pokolenia twórców odrodzonej Polski, któremu było dane „wybić się” na niepodległość i zrealizować marzenia kilku generacji poprzedników, bezskutecznie walczących o przywrócenie wolności narodowej. Na to miano zasłużył sobie w największym stopniu. Wyróżniał się bowiem wśród swojego pokolenia, wyrosłego w cieniu klęski powstania styczniowego, przedsięwzięciami i działaniami niepodległościowymi, prowadzonymi konsekwentnie przez niemal 40 lat przed 1918 r. W pracy publicznej kierował się zawsze myślą, wypowiedzianą w 1898 r.: „Polacy mają tylko jedną wielką politykę, a tą jest niepodległość Polski”.

To musiało skutkować bliską współpracą z Piłsudskim.
– Oczywiście. Daszyński był kluczową postacią w procesie odrodzenia Rzeczypospolitej, w działaniach bezpośrednio związanych z odnowieniem dążeń niepodległościowych – irredenty narodowej pod przywództwem współtowarzysza z ruchu socjalistycznego i przyjaciela, Józefa Piłsudskiego. Wspierał jego akcje militarne i polityczne, uprawomocniając je i torując im drogę w galicyjskim życiu politycznym i w polityce austro-węgierskiej, a więc początkowo m.in. działalność Związku Strzeleckiego i Komisji Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych, a następnie, w końcu sierpnia 1914 r., utworzenie Legionów Polskich. Odegrał także wybitną rolę w tworzeniu pierwszych lokalnych polskich struktur państwowo-administracyjnych na terenie zaboru austriackiego: Rady Narodowej Księstwa Cieszyńskiego oraz Polskiej Komisji Likwidacyjnej w Krakowie, z zadaniem – jak oznajmiał – „uprzątnięcia gruzów panowania austriackiego”.

Owo uprzątnięcie musiało objąć trzy zabory. I tu przechodzimy do utworzenia rządu w Lublinie.
– Pierwszego ogólnopolskiego rządu koalicji ludowo-socjalistycznej – utworzonego w Lublinie Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej (7-14 listopada 1918 r.), na czele którego stanął.

Użycie w nazwie słowa Ludowy musiało wiele znaczyć.
– Było znakiem urzeczywistnienia programu socjalistów. Ogromnego ich zaangażowania i wkładu w proces uobywatelnienia i unarodowienia warstw plebejskich – robotników i chłopów. Słowo Ludowy podkreślało też znaczenie kształtowania postaw demokratycznych i obywatelskich robotników i innych warstw ludności pracującej oraz konieczność dochodzenia swoich praw i racji na drodze parlamentarnej i pokojowej, a nie wystąpień radykalnych czy wręcz rewolucyjnych.

Czy niepodległościowa myśl Daszyńskiego i socjalistów uwzględniała doświadczenia historyczne sprzed dziesięcioleci i losy powstań?
– W działalności ideowo-politycznej polskich

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Paweł Dybicz

Lekcja zamachu majowego

Jeżeli historia jest nauczycielką, to czego nas uczy zamach majowy z 1926 r.? I czy ma dla nas, współczesnych, jakieś znaczenie?

Dlaczego doszło do zamachu? Do najważniejszych jego przyczyn trzeba zaliczyć to, że po wojnie z bolszewikami wśród polityków odżyły animozje, osobiste niechęci mające początek jeszcze w czasach zaborów.

Nie bez znaczenia była osobowość Józefa Piłsudskiego. Typ konspiratora, który – w przeciwieństwie do Ignacego Daszyńskiego – nie miał doświadczenia w instytucjach parlamentarnych, a funkcjonowanie państwa widział jako przedłużenie struktur wojskowych. Lewica bała się,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Ubijanie interesu z PiSem

Mateusza Szpytmy na prezesa IPN?

Składające się w ogromnej mierze z nominatów PiS Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej wskazało parlamentowi dr. Mateusza Szpytmę jako kandydata na prezesa instytutu. Co prawda, kandydatów było dziesięciu, w większości absolutnie nieznanych, ale wybór Szpytmy był pewny. Dotychczasowy wiceprezes IPN był faworytem pisowskich członków kolegium, ludzi o poglądach nie tylko jawnie prawicowych, ale wręcz skrajnych, jak w przypadku przewodniczącego kolegium prof. Wojciecha Polaka, prof. Mieczysława Ryby, prof. Andrzeja Nowaka czy Bronisława Wildsteina.

W czasie przesłuchań konkursowych Szpytma, przedstawiając się jako kandydat merytoryczny, silnie zakorzeniony w strukturach IPN, znający instytut od wewnątrz, deklarował, że planuje w nim „pewne korekty”. W rzeczywistości są one kosmetyczne (słyszał ktoś, by je zgłaszał?), a sztandarowym projektem na lata jego kadencji ma być naukowo-dokumentacyjny „Rejestr zbrodni 1939-1956”. Tak więc byłaby to kontynuacja obowiązującej za poprzedników polityki historycznej, czyli ciągła walka z prosowiecką władzą i jej bezpieczniackim aparatem. Ciekawe,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Książki

Zredukowani, znaczy niepotrzebni 

Światowy kryzys (1929-1933) dosięgnął II Rzeczpospolitą i mocno się odcisnął na życiu i zasobach Polaków. Spowodował, że w wielu regionach kraju aż 20-30% ludzi straciło zatrudnienie (w niektórych miastach i branżach nawet ponad 50%), zarówno na terenach zurbanizowanych, jak i typowo rolniczych. Bieda dotknęła całe rodziny,

Kamil Piskała, Zredukowani. O społecznych skutkach Wielkiego Kryzysu, Muzeum Historii Polski, Warszawa 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Masowa organizacja powojennego wyżu

Moja generacja stworzyła ZSMP, teraz młodzi niech budują swoją Polskę

Dr Krzysztof Janik – w latach 1965-1976 działał w Związku Młodzieży Wiejskiej, od 1976 do 1986 r. był aktywistą Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, w latach 1981-1986 zasiadał w zarządzie głównym jako sekretarz i zastępca przewodniczącego.

Czy powstanie Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej to pokłosie myślenia wielu członków ekipy Gierka, które wyrastało z czasów funkcjonowania jednej organizacji, ZMP, jako realizacji polityki jedności narodu?
– Na pewno było wtedy sporo doktryny ideologicznej. Obowiązywał wówczas pogląd, że oto Polska – podobnie jak inne kraje obozu – weszła w etap budowy rozwiniętego socjalizmu. Nikt za bardzo nie wiedział, co to takiego, generalnie uznawano, że przemiany społeczne, ekonomiczne i polityczne zaszły tak daleko, że stały się nieodwracalne. Dotyczyło to także świadomości społecznej. Wierzono, że istnieje powszechna akceptacja polityki PZPR, a w ślad za tym nastąpiła unifikacja wyznawanej hierarchii wartości. To zjawisko – tak naprawdę nieistniejące i dziś wiemy, że niemożliwe do osiągnięcia – nazywano jednością ideowo-moralną narodu.

Na tym tle rozpatrywać można postępującą unifikację ruchu młodzieżowego. Wszędzie dodawano słówko „socjalistyczny”. Tak powstały Socjalistyczny Związek Studentów Polskich, Związek Socjalistycznej Młodzieży Wiejskiej, Socjalistyczny Związek Młodzieży Wojskowej czy Harcerska Służba Polsce Socjalistycznej. Ale trzeba pamiętać, że młodzież na ogół traktowała to jako niezbędny element scenograficzny. Nie zmieniano programów działania, nie zwiększano w nich dawki ideologii. Ot, taki obowiązkowy rytuał, cena za swobodę działania. Przyznasz, że dość niska.

Dla wielu nie był to jednak mało znaczący rytuał.
– Nie ma co ukrywać, że byli tacy; że niektórzy z nas – i było ich niemiało – wierzyli w te ideały. Tysiące z nas było świadkami awansu społecznego rodziców, wielu od dziadków wiedziało, jak wyglądała przedwojenna Polska. Ten socjalizm, szczególnie gierkowski, przemawiał do wyobraźni, a do tego wedle deklarowanych przez władze reguł projektowaliśmy własną przyszłość i kroiliśmy własne aspiracje.

Żyliśmy także mitem Związku Młodzieży Polskiej, o który pytasz. Masowy awans ze wsi do miasta, wielkie budowy socjalizmu, na których stała polska gospodarka w owym czasie – tak, to działało na wyobraźnię. Nie chcieliśmy być gorsi od pokolenia naszych rodziców. Zwłaszcza że polityka Edwarda Gierka przypominała trochę minione lata. Te wielkie budowy socjalizmu – Huta Katowice, fabryka samochodów, nowe kopalnie, elektrownie, program budowy mieszkań – wszędzie byli potrzebni młodzi, chętni do roboty,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Przesiedleńcy czy wypędzeni?

Nieznana relacja z rozmów Mariana Orzechowskiego z Hansem-Dietrichem Genscherem

W całej powojennej historii relacje między Polską a RFN miały niezwykłą wagę. Nawet w III RP co jakiś czas wyciąga się „niemiecką kartę”. Ostatnio robi to PiS, co powoduje, że i premier Donald Tusk musi się odnosić do podnoszonych przez Jarosława Kaczyńskiego żądań reparacji. Punktów spornych między Polską a RFN byłoby więcej, gdyby ich części nie udało się uregulować przez ekipy gen. Wojciecha Jaruzelskiego i Tadeusza Mazowieckiego.

Poniżej drukujemy nigdzie do tej pory nieupubliczniane obszerne wspomnienia prof. Mariana Orzechowskiego, ministra spraw zagranicznych w latach 1985-1988. Tekst jest skrótem części „Niemieckie obrachunki”, napisanym przez byłego ministra w 1991 r. Z tych wspomnień publikujemy opis dwóch wizyt – Mariana Orzechowskiego w RFN w 1986 r. i Hansa-Dietricha Genschera, wieloletniego lidera FDP, wicekanclerza i ministra spraw zagranicznych (1974-1992, z krótką przerwą w 1982 r.) w Polsce w 1988 r.

Opis obu wizyt pokazuje, jak wiele spraw trzeba załatwić, przezwyciężając wzajemne uprzedzenia i fundamenty dotychczasowej polityki. Bez tych działań coś, co nazywamy polityką pojednania i współpracy, byłoby tylko w sferze marzeń.

 

12 listopada 1985 r. Sejm powołał mnie na stanowisko ministra spraw zagranicznych. Nominację poprzedziła długa rozmowa z Jaruzelskim. Istotną jej częścią były stosunki polsko-niemieckie, a zwłaszcza stosunki z RFN. Jednym z moich podstawowych zadań miała być ich poprawa, „oczyszczenie przedpola” dla ich normalizacji.

Dalekie od „normalności” były nie tylko stosunki z RFN, ale i z NRD. Za fasadą oficjalnej przyjaźni skrywało się wiele wzajemnych urazów, nieporozumień, nierozwiązanych problemów spornych. (…).

Stosunki z Republiką Federalną Niemiec były wówczas bardzo chłodne. Hans-Dietrich Genscher w ostatniej dosłownie chwili odwołał przewidzianą na jesień 1985 r. wizytę w Polsce. Powód był banalny, ale wystarczający. MSZ za wiedzą i zgodą Jaruzelskiego odmówiło wizy dziennikarzowi z „Die Welt”, który miał towarzyszyć Genscherowi. Uznano go za rewizjonistę, źle nastawionego do Polski. (…)

Bardzo szybko po mojej nominacji wróciliśmy do sprawy wizyty Genschera w Polsce. Zasugerował on jednak, abym ja pierwszy przyjechał do Bonn. Sugestie przyjęliśmy. W rozmowach z Jaruzelskim ustaliliśmy główne założenia wizyty. Miałem w Bonn przedstawić nie tylko naszą gotowość porozumienia, ale i konkretną koncepcję „oczyszczenia przedpola”, umożliwiającą porozumienie, a w przyszłości i pojednanie polsko-niemieckie. „Oczyszczenie przedpola” oznaczało usunięcie przeszkód wynikających głównie z tzw. niemieckich pozycji prawnych,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.