Ziarno i plewy

Naginanie ocen historycznych do potrzeb polityki to jeden ze starych sposobów uprawiania propagandy. Większych tub mniejszych fałszerzy historii nigdy nie brakowało. Każda władza miała pod ręką uczonych dziejopisów, którzy oddawali się bez skrupułów dworskiej pseudonauce.

Jednakże w czasach największego nawet ucisku niezależnej myśli znajdowali się uczciwi historycy, mający odwagę głosić niewygodną dla rządzących prawdę. Wzorem dla wielu pokoleń pozostanie na zawsze ostatni wybitny historyk starożytnego Rzymu, P. Cornelius Tacitus (Tacyt), który niezłomnie kierował się w swych badaniach prawdą historyczną, nie bacząc na gniew cezarów. Czynił aluzję do despotycznych rządów słowami, które zachowały do dziś aktualność: rządzący są śmiertelni, ale rzeczpospolita trwa wiecznie (principes mortales, rem publicam aeternam ese).

Dwaj żyjemy w czasach nie skrępowanej przez żaden urząd cenzorski wolności myśli i słowa. Mimo to wielu intelektualistom trudno jest się zdobyć na odwagę wystąpienia przeciw oficjalnej propagandzie, która deformuje obraz minionej rzeczywistości.

Okres Polski Ludowej na pewno źle zapisał się w historii naszego narodu. Czas ten nie doczekał się jednak dotąd w pełni obiektywnego opisu w żadnej monografii. Jest tak dlatego, ponieważ nad badaniami historii Polski przedsolidarnościowej ciąży wciąż obsesja antykomunistycznej ideologii. Dążenie do odkłamania dziejów PRL pobudza do badań tylko nad czarnymi kartami komunizmu. Lęk zaś przed pomówieniami o sympatie do komunizmu paraliżuje wolną myśl historyczną.

Wielu autorów odnoszących się do tamtego „ponurego okresu w dziejach naszego narodu”, nie potrafi wyzbyć się wszechogarniającego gniewu do komunizmu i złości do tych, którzy rządzili krajem pod wszelkimi względami źle.

Każdy jednak prawdziwy historyk, który w sposób odpowiedzialny traktuje swój zawód, powinien kierować się słynną przestrogą, przekazaną przez Tacyta kronikarzom narodowych dziejów: pisać o historii swych narodów należy sine ira et studio (bez gniewu i zbytniej gorliwości).

Obiektywizmowi w uprawianiu badań historycznych nie sprzyja coraz bardziej nasilająca się gorączka rozliczeniowa. Z całej 45letniej historii komunistycznej Polski wyłuskuje się elementy świadczące o samych nieprawościach systemu. Nikt nie ośmiela się podjąć próby dokonania choćby przybliżonego bilansu PRL, ukazującego nie tylko negatywy, ale także jakieś pozytywy ówczesnej Polski. Co więcej, panuje nawet pogląd, że takiego bilansu historykom zrobić się nie uda, wobec czego należy to zadanie pozostawić politykom. Tymczasem rozliczenie komunizmu w rozumieniu prześwietnych „elit”, będących obecnie przy władzy, ma polegać na potępieniu w czambuł wszystkiego, co działo się w tamtych czasach za sprawą poprzedników obecnej ”postkomuny”. Zresztą nawet to nie wystarcza. By zaspokoić do końca żądzę rozliczenia, należy jeszcze zmusić postkomunistów do samokrytyki, podobnie jak to czynili niegdyś bolszewicy ze zdrajcami ludu pracującego. Mają przyznać się do wszystkiego, zarówno do win własnych, jak też do win odziedziczonych po przodkach. Bilans ma być jednoznaczny: saldo ujemne, po stronie pozytywów zero.

Klinicznym wprost przykładem skrajnie jednostronnego podejścia do historii komunizmu w Polsce jest zamieszczona w „Gazecie Wyborczej” (3.01.br.) laurka publikacji pt. ”Wizja Polski na łamach „Kultury” 1947-1976”. Zasłużona w walce z komunistycznym reżimem w Polsce autorka odbywa w tej recenzji „bolesną podróż do rozmywającej się w niepamięci rzeczywistości początków PRL”. Na dowód rosnącego terroru policyjnego przytacza takie oto zdanie zaczerpnięte z jednego z wielu „pełnych rozpaczy listów, które nadchodziły do redakcji („Kultury”) z kraju”: „Kto by do kina na sowiecki film nie poszedł, już jest politycznie podejrzany i przy pierwszej okazji się go oskarży za byle jaki wymyślony sabotaż i już siedzi”.

Pamiętam jak dziś tamte czasy. Znam z autopsji niegodziwości ówczesnego reżimu, ale z tak niesamowitą brednią, jak wyżej cytowana, nigdy dotąd się nie spotkałem. W szczytowym nawet okresie nasilenia stalinizmu w Polsce nikt do chodzenia na sowieckie filmy nie był zmuszany. Gdyby za taką absencję groziła odpowiedzialność karna, to trzeba by wówczas prawie całe dorosłe społeczeństwo polskie wsadzić za więzienne kraty! Socrealistyczne filmy radzieckie były bowiem, z nielicznymi wyjątkami, beznadziejne do tego stopnia, że sale kinowe świeciły pustkami.

Sumienni badacze dziejów wiedzą, że do źródeł historycznych trzeba podchodzić z największą ostrożnością. Doświadczony uczony potrafi w masie materiałów, listów, pamiętników i innych dokumentów z przeszłości odróżnić prawdziwe ziarno od bezwartościowych plew.

Bezkrytyczna apologetyka książek, artykułów i innych publikacji ferujących negatywne sądy o dawnych czasach wcale nie służy uczciwemu, zgodnemu z prawdą kształtowaniu pamięci narodowej. Recenzent z prawdziwego zdarzenia umie dostrzec słabe punkty w każdej publikacji, która oddaje tylko część prawdy. Świadomość historyczna narodów musi opierać się na autentycznych faktach, a nie na nie popartych rzetelną wiedzą fantazjach.

Głos na temat historii lat 1944-1989 należy oddać niezależnym uczonym, zwłaszcza tym, którzy zwycięsko przeszli próbę politycyzacji tego zawodu w czasach realnego socjalizmu. Tylko oni mogą w sposób odpowiedzialny dokonać rozrachunku z historią Polski tego trudnego okresu oraz wnieść konieczne uzupełnienia i korekty do najnowszej historii Europy, którą opisał z literacką swadą Norman Davies w opasłej księdze pt. “Europa. Rozprawa historyka z historią”, Kraków 1998 (przekł. E. Tabakowskiej).

Powierzenie tego zadania politykom nic dobrego nie wróży. Obecni koalicjanci, tworząc Instytut Pamięci Narodowej, dowiedli swymi żałosnymi zabiegami o wybór politycznie dyspozycyjnego dyrektora tej placówki, że bardziej im zależy na zaspokojeniu partyjnych ambicji niż na kształtowaniu rzetelnej wiedzy o losach Narodu. Dyrektor Instytutu ma być „nasz”, choćby z dorobionym życiorysem, a nie żaden tam bezstronny historyk. Aliści kiedy taki się już znalazł z poręki słusznej partii, okazało się, że jest niepomny własnej przeszłości, z kretesem więc w końcu przepadł jako specjalista od pamięci narodowej.

Chyba należałoby już dzisiaj zmienić nazwę szacownej instytucji na: „Instytut Polityzacji Świadomości Narodowej”?

Wydanie: 2000 8/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy